"Dla Schetyny i opozycji to gra o wszystko" [ROZMOWA Z KRZYSZTOFEM ŁAPIŃSKIM]

- Grzegorz Schetyna nie ma takiej pozycji w PO jak Jarosław Kaczyński w PiS-ie, żeby przegrać kilka wyborów i ocalić swoje przywództwo - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Krzysztof Łapiński, były poseł Prawa i Sprawiedliwości oraz były rzecznik prasowy prezydenta Andrzeja Dudy.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Koalicja Europejska dogoniła Zjednoczoną Prawicę. Przynajmniej wedle sondaży z ostatnich tygodni. Zmienia się układ sił?

KRZYSZTOF ŁAPIŃSKI: Do sondaży zawsze należy podchodzić z odpowiednim dystansem. Są odzwierciedleniem poparcia w danych dniach, więc to poparcie często się zmienia, często pod wpływem pojedynczych wydarzeń. Ale nie jest to zaskoczenie. Koalicja Europejska składa się z pięciu podmiotów. Jeśli spojrzeć na wcześniejsze poparcie każdego z nich osobno i zsumować je, dostaniemy – w zależności od sondażu – właśnie pomiędzy 30-40 proc.

Elektoraty podobno się nie sumują.

Oczywiście to nie jest proste dodawanie, ale gdy partie tworzą koalicję, zawsze oczekują tzw. premii za jedność.

Ona faktycznie jest czy to tylko takie pobożne życzenia tych, którzy się jednoczą?

Mamy bardzo silną polaryzację sceny politycznej i dla wyborców opozycji odsunięcie PiS-u od władzy jest absolutnym priorytetem. To właśnie obiecał im Grzegorz Schetyna, który stanął na głowie, żeby do antyrządowego bloku wciągnąć jak najwięcej partii. Poza Wiosną Biedronia zgromadził wokół siebie w zasadzie wszystkich, których mógł, więc nie dziwi, że wyniki Koalicji Europejskiej są zbliżone do wyników PiS-u. Ale zalecam ostrożność w ekscytowaniu się sondażami, bo to dopiero początek kampanijno-wyborczego maratonu, a sondaże mają to do siebie, że często się zmieniają.

Zgoda, że to dopiero początki, ale wyniki sondaży jednak o czymś mówią. Bardziej o zadyszce lub błędach obozu władzy czy zwyżkowej formie Koalicji Europejskiej?

Notowania Zjednoczonej Prawicy są stabilne, nie ma większych wahnięć ani w jedną, ani w drugą stronę. To ciągle jest wyraźnie ponad 30 proc., zazwyczaj między 35 a 40 proc. Różnicę widać przy Koalicji Europejskiej, która notuje poparcie zbliżone do sumy wyników konkretnych formacji wchodzących w jej skład.

Jako stary kampanijny wyjadacz, gdyby miał pan postawić pieniądze na czyjeś zwycięstwo, postawiłby pan dzisiaj na Zjednoczoną Prawicę czy Koalicję Europejską?

Abstrahując od tego, w jakim obozie działałem, wciąż byłbym ostrożny z tak jednoznacznym typowaniem wyniku majowych wyborów.

Czyli szanse 50:50?

Nawet nie o to chodzi. Po prostu ten wynik jest uzależniony od bardzo wielu zmiennych. Pierwszą jest zdolność do mobilizacji własnego elektoratu. Do tej pory w wyborach europejskich wygrywały partie, które najlepiej zmobilizowały własnych zdeklarowanych wyborców. To nie wybory parlamentarne, żeby walczyć o nowych zwolenników. Przy niższej frekwencji najważniejszy był twardy elektorat. Tutaj teoretycznie łatwiej ma Koalicja Europejska, bowiem w eurowyborach zawsze liczniej brali udział wyborcy mocno proeuropejscy albo mocno eurosceptyczni. Tyle że tych drugich jest w Polsce dużo mniej.

Druga kluczowa zmienna to frekwencja. Dzisiaj większość komentatorów i obserwatorów polityki jest zgodna, że 26 maja frekwencja może być rekordowa jak na wybory do PE. Na pewno przebije 24 proc. sprzed pięciu lat. Wszyscy zastanawiają się raczej, czy będzie powyżej, czy poniżej 40 proc. Im wyższa, tym szanse dzisiejszej opozycji rosną, bo – jak mówiłem – patrząc historycznie to jej wyborcy liczniej chodzą na eurowybory. Aczkolwiek temperatura sporu mobilizuje także wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Oni też znają stawkę tych wyborów.

Wreszcie swoją rolę odgrywa też fakt, że wybory europejskie odbywają się w tym roku w bliskim sąsiedztwie czasowym z wyborami parlamentarnymi. Dlatego wszystkie partie traktują je jako generalny sprawdzian przed jesienną elekcją. 26 maja będzie sprawdzianem aktualnej siły i próbą zdobycia strategicznej oraz psychologicznej przewagi nad konkurencją. Jeśli wygra Koalicja Europejska, będzie przekonywać swoich wyborców: zobaczcie, potrafimy pokonać PiS. Jeśli wygra PiS, to pokaże , że wygrywa kolejne wybory i trudno go pokonać. Wynik eurowyborów ma również wymiar mobilizacyjny, bo może albo podbudować morale elektoratu i partyjnego aktywu, albo je osłabić.

Ponieważ głosowanie będzie się odbywać w końcówce maja, swoją rolę odegra także pogoda. Kiedyś popularna była teza, że wyborcy Platformy w weekendy wyjeżdżają za miasto, ale wybory samorządowe pokazały, że sporo się zmieniło. Frekwencja była wówczas rekordowa, bo elektorat wielkomiejski był wyjątkowo zmobilizowany. Koalicja Europejska na pewno liczy na powtórkę z rozrywki, bo to bardzo zwiększyłoby jej szanse na końcowe zwycięstwo. Walka na pewno będzie się toczyć do końca, ale wielce prawdopodobne, że 26 maja różnice będą nieznaczne. Może być nawet powtórka z roku 2014, gdy zwycięstwo rozstrzygało się o włos, bo raczej nie z 2009, gdy Platforma wygrała olbrzymią przewagą.

Zaskoczyło pana, że awantura wokół karty LGBT+ i adopcji dzieci przez pary jednopłciowe nie zaszkodziła Koalicji Europejskiej?

Na pewno to był trudny moment dla Koalicji Europejskiej. Zwłaszcza dla ludowców, bo wiemy, że elektorat PSL to raczej osoby o tradycyjnym światopoglądzie. Na pewno nie było to także w smak konserwatywnej części Platformy – i politykom, i wyborcom. Ostatnio ten temat trochę przycichł w mediach – specyfika rzeczywistości medialnej – ale w najbliższych tygodniach zobaczymy, czy i ewentualnie jak bardzo odłożył się w świadomości wyborców. Jeśli PiS chciałoby dalej grać tym tematem, to zapewne ze świadomością, że może odebrać trochę głosów PSL.

Wirtualna Polska i „Newsweek” pisały, że PiS przeprowadzało wewnętrzne badania w tej sprawie. Wynikało z nich, że opłaca im się kontynuować temat, bo to działa na ich elektorat.

Na pewno tak było. Z drugiej strony PSL też było tego świadome. Proszę zauważyć, w jakie tony uderzał ostatnio prezes ludowców – Władysław Kosiniak-Kamysz przywoływał nazwisko Jana Pawła II i obiecywał, że PSL będzie wierne jego nauce. Ludowcy wiedzieli, że temat LGBT jest dla nich bardzo niebezpieczny, bo w ich elektoracie dla słów Pawła Rabieja nie ma akceptacji. Z kolei PiS wie, że jeśli gdzieś może uszczknąć głosów Koalicji Europejskiej, to zwłaszcza w grupie wyborców PSL. Na razie oba wspomniane tematy nie spowodowały rewolucji w sondażach, ale to nie znaczy, że nie odbiją się w nich z opóźnieniem. Poza tym, nie wykluczam, że kwestia LGBT wróci jeszcze w tej kampanii.

JĘDRZEJ NOWICKI

Podpisanie karty LGBT+ było taktycznym ruchem całej Platformy, lub szerzej Koalicji Europejskiej, czy samodzielną inicjatywą Rafała Trzaskowskiego, którą później zarządzano w miarę rozwoju wydarzeń?

Prezydent Trzaskowski mówił, że Grzegorz Schetyna o wszystkim wiedział. Pytanie, czy został poinformowany o fakcie, czy był konsultowany przed podpisaniem karty. Potem padły słowa Pawła Rabieja o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. To była łatwa piłka dla PiS-u. Nawet jeśli niezamierzony, to jednak prezent. W polityce gra się tak, jak przeciwnik pozwala, więc PiS starało się maksymalnie wykorzystać sytuację.

Spór o LGBT obnażył, jak głębokie są podziały światopoglądowe wewnątrz samej Koalicji Europejskiej. W kampanii europejskiej to jeszcze nie jest poważny problem. W perspektywie wyborów parlamentarnych może jednak okazać się bombą z opóźnionym zapłonem?

Miesiąc miodowy szybko się skończył. Mniejsze lub większe różnice programowe między PSL a SLD, Zielonymi i Nowoczesną są ewidentne. To jeden poważny punkt zapalny, który jeszcze da o sobie znać. Drugim problemem, który jednak udało się Grzegorzowi Schetynie rozwiązać, była kwestia list wyborczych. W każdej partii jest to newralgiczny moment. Nawet w PiS-ie, gdzie lider ma decydujące słowo przy układaniu list. W Koalicji Europejskiej Grzegorzowi Schetynie udało się sprawę dopiąć do końca, choć nie wszyscy są zadowoleni. Nowoczesna nie ma nikogo na „jedynkach” i „dwójkach”. SLD niby ma „jedynki”, ale nie do końca swoje, bo związki byłych premierów z Sojuszem są dzisiaj głównie symboliczne i historyczne. Jednak żeby dać te „jedynki” SLD i ludowcom...

… Schetyna musiał odebrać swoim.

Dokładnie. Słyszymy teraz, że sporo osób w Platformie jest z tego powodu niezadowolonych. Poza tym, każdy będzie liczyć, jak na tej koalicji wyszedł. Jeśli Platforma z dziewiętnastu europosłów straci jednego czy dwóch, nie będzie robić tragedii. Ale jeśli PSL z czterech straci dwóch, to jest 50 proc. stanu posiadania. Bardzo dużo. Dlatego już 27 maja każda partia wchodząca w skład Koalicji Europejskiej zacznie oceniać, na ile ten sojusz się jej opłacił. Jeśli nawet założą, że także jesienią lepiej iść razem, to znów zacznie się misterna procedura układania list. A w tym przypadku będzie to bez porównania trudniejsze niż przy listach do europarlamentu. Nawet jeśliby się na tym nie wywrócili, mogą w toku układania list stracić dużo czasu, sił i wzajemnego zaufania. Wreszcie jest kwestia programu i pytanie, czy uda się wynegocjować minimum programowe, pod którym każdy z koalicjantów się podpisze. Już teraz widzimy, gdzie i jak silne są różnice.

Tak szeroka koalicja może uzgodnić program, który z jednej strony każdy z koalicjantów zaakceptuje, a z drugiej – przekona ich wyborców?

Dotychczas głównym spoiwem wszystkich członków tej koalicji było hasło „antyPiS”. Tyle że na pewnym etapie to będzie za mało, przestanie wystarczać. Koalicja Europejska będzie wówczas musiała odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chce wygrać i rządzić, czy chce się pięknie różnić.

Jeśli chce wygrać, spodziewam się, że pięcioro liderów usiądzie do stołu, wypracuje i podpisze porozumienie programowe. Do tego ustali, że nikt nie robi żadnych wyskoków – w wypowiedziach dla mediów, w wywiadach, w rozmowach na offie. W drugim scenariuszu – takiego minimum nie będzie albo koalicjanci będą je łamać. Wtedy Koalicja Europejska będzie się pięknie różnić, ale wyborów na pewno nie wygra.

Po eurowyborach sytuacja może zmienić się o 180 stopni. Zwłaszcza w razie wygranej Koalicji Europejskiej. Koalicja wskoczyłaby na falę, która mogłaby ją ponieść do wygranej na jesieni. Tyle że każda z partii stałaby się także zakładnikiem tego sojuszu. Opuszczając go, zostałaby oskarżona o zniweczenie szans opozycji na odsunięcie PiS-u od władzy.

Zgadza się. Ale ten szantaż emocjonalny już jest, już trwa. PSL początkowo chciało iść do tych wyborów samodzielnie, ale ugięło się pod presją, żeby dołączyć do szerszego bloku. Może nie chciało być obiektem oskarżeń, że jeśli nie chce iść razem, to rozbija opozycję i wzmacnia rządy PiS-u.

Przyglądałbym się jednak nie tylko temu, co dzieje się w dwóch głównych obozach, ale także w pozostałych partiach. Możemy przyjąć niemal za pewnik, że na jesieni nikt nie będzie już rządzić samodzielnie. To zdarzyło się raz i nie sądzę, żeby prędko się powtórzyło. Dlatego pojawia się pytanie o to, jak poradzą sobie mniejsze ugrupowania – Wiosna Biedronia, Kukiz'15, Konfederacja. To wszystko są potencjalni koalicjanci na jesieni dla dwóch głównych graczy. Chociaż cena takiego sojuszu na pewno będzie bardzo wysoka.

3Prezentacja hasel Koalicji Europejskiej w Warszawie3Prezentacja hasel Koalicji Europejskiej w Warszawie Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta / / Agencja Gazeta

Wróćmy do kwestii list wyborczych. Koalicja Europejska postawiła na duże nazwiska i znane twarze. W odstawkę poszło wielu doświadczonych europosłów Platformy – albo na listach się nie znaleźli, albo otrzymali miejsca, z których o mandat będzie bardzo ciężko. Ta strategia pana zaskoczyła?

Nie wiem, czy zaskoczyła, ale na pewno zaciekawiło mnie zagranie z byłymi premierami. Dla osób, które interesują się polityką – publicystów, dziennikarzy, działaczy, polityków – to znane nazwiska. Ludzie doświadczeni i w swoim czasie bardzo popularni. Kluczowe jest jednak, na ile popularni są obecnie. A tego nie wiemy, bo dawno nie przechodzili wyborczej weryfikacji. Ostatnie lata spędzili na politycznym poboczu, więc nie wiem, czy będą w stanie „pociągnąć” listy tak, jak liczy na to Grzegorz Schetyna.

Zapytam inaczej: to silne listy?

Jeśli chodzi o nazwiska, to niewątpliwie są silne listy. Bez dwóch zdań.

Jak silne?

To kluczowa kwestia. Zna pan pewnie piłkarskie powiedzenie, że nazwiska nie grają. Zawodnik za 75 mln euro może w meczu spisać się gorzej niż ten za 5 mln. Nazwiska na pewno są bardzo mocne, ale to nie oznacza, że świetnie sprawdzą się też w walce wyborczej. Wystawianie byłych premierów jest praktyką ogólnoeuropejską, zwłaszcza w eurowyborach. To naturalna kolej rzeczy, że ktoś, kto pełnił tak wysokie funkcje jest postrzegany jako osoba bardzo doświadczona, która przyda się w Brukseli. Mnie tercet Belka – Miller – Cimoszewicz, czyli trzej byli szefowie rządu, mówi bardzo wiele. Ale ja od lat mocno interesuję się polityką. Ważniejsze jest, jak są kojarzeni i oceniani przez młody elektorat i ludzi, którzy w dorosłość wchodzili już po tym, jak oni pełnili swoje funkcje.

Odsuwając wielu swoich doświadczonych ludzi Platforma sporo zaryzykowała. W partii i strukturach mogą przez to narastać napięcia. Jeśli Koalicja Europejska wygra eurowybory, zapewne wszyscy przejdą nad tym do porządku dziennego. Ale jeśli powinie jej się noga...

Jeśli Koalicja Europejska przegrałaby eurowybory o włos, żadnego rozliczenia nie będzie. Grzegorz Schetyna będzie mógł wówczas powiedzieć: „Patrzcie, ledwie dwa, trzy miesiące po zjednoczeniu zrobiliśmy naprawdę mocny wynik. Jesteśmy bardzo blisko PiS-u”. Dopiero jeśli porażka byłaby ewidentna, kilkupunktowa lub większa, szef Platformy może być zmuszony do tłumaczeń.

Wiele będzie również zależeć od konkretnych wyników polityków z „jedynek” i „dwójek”, którym Schetyna zapewnił najlepsze miejsca na listach. Jeśli zostaną europosłami, ale będą mieć słabe wyniki i nie „pociągną” list, wtedy z pewnością podniosą się głosy krytyki i pytania „Po co nam to było?”. Podejrzewam, że nie tylko wewnątrz partii, ale także publicznie. W Platformie może zrobić się wtedy nieprzyjemnie.

Koalicja Europejska miała pewien handicap, bowiem układała swoje listy, wiedząc, kto jest na listach Zjednoczonej Prawicy. W tym kontekście ich kontroferta jest dostatecznie mocna?

Nie sądzę, żeby listy Koalicji Europejskiej były układane wyłącznie w odniesieniu do list PiS-u. Gdyby tak było, liderem np. w okręgu obejmującym Świętokrzyskie i Małopolskę zostałby na pewno jeden z byłych premierów. Większy wpływ miała raczej sytuacja wewnątrz Koalicji Europejskiej i konieczność pogodzenia wielu sprzecznych interesów. Fakt, że udało się uzgodnić listy jest dużym sukcesem Schetyny. Jego determinacja w tym zakresie na pewno nie była tutaj bez znaczenia.

Na niecałe dwa miesiące przed eurowyborami wygląda, że Grzegorz Schetyna dopiął swego – jest niekwestionowanym numerem jeden w opozycji. Jak mocna jest dzisiaj jego pozycja?

Na pewno jest politykiem, który w opozycji ma najwięcej do powiedzenia. Jednak śledząc jego wypowiedzi medialne i wywiady widzę, że twardo stąpa po ziemi, woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Ma świadomość, że dla niego jest to sytuacja zerojedynkowa. Grzegorz Schetyna nie ma takiej pozycji w PO jak Jarosław Kaczyński w PiS-ie, żeby przegrać kilka wyborów i ocalić swoje przywództwo.

Święto niepodległości w Łodzi. 2018 rokŚwięto niepodległości w Łodzi. 2018 rok MARCIN STĘPIEŃ

Schetyna spokorniał?

Raczej przeszedł długą i trudną drogę przez ostatnie trzy lata, żeby być w tym miejscu, w którym jest teraz. Przetrzymał sporo nawałnic. Na początku kadencji, kiedy powstał KOD i szybko zdobył wielką popularność, wydawało się, że to Mateusz Kijowski i spółka będą rozdawać karty w opozycji. Potem niespodziewanie numerem jeden w opozycji została Nowoczesna, a Ryszard Petru już mówił o sobie jako przyszłym premierze. Tymczasem Schetyna, jako wytrawny polityczny gracz, wiedział, że takie trudności się zdarzają, ale są przejściowe i po prostu trzeba je przetrzymać. Zdawał sobie sprawę, że w 2016 i 2017 roku nie ma wyborów, więc ówczesny układ sił nie zostanie w żaden sposób zweryfikowany. Wiedział, że ma czas i nawet, jeśli pojawi się kilka słabych sondaży, to i on, i Platforma są w stanie to przetrwać. Tak też się stało, choć na pewno kosztowało go to sporo wysiłku.

W niedawnym wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” powiedział: „Nikt mi jednak nie pozwoli przegrać tych wyborów, następnych i prezydenckich. Nikt mi nie da następnej szansy”.

Schetyna zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, co dobrze świadczy o jego umiejętnościach politycznych. Wie też, że eurowybory są niezwykle ważne, ale kluczowe będą wybory parlamentarne na jesieni. Przegrana dzisiejszej opozycji w walce o Sejm i Senat może oznaczać ogromne perturbacje w tym obozie. Schetyna ma świadomość, że dla niego i opozycji to gra o wszystko.

Przegrana już w eurowyborach też może kosztować Schetynę tak drogo?

Wszystko zależy od wyniku. Jeśli różnica między Koalicją Europejską a PiS-em byłaby nieznaczna, to myślę, że jest w stanie udowodnić swoim partnerom, że ten sojusz ma sens. Powie, że to dopiero początek drogi i jak na trzy miesiące funkcjonowania sojuszu, to taki wynik jest pozytywny. Jeśli porażka byłaby wyraźna, na pewno czekają go problemy wewnętrzne. Chociaż nie sądzę, że takie, które pozbawiłyby go funkcji przewodniczącego Platformy czy nieformalnego lidera opozycji. Nie bardzo jestem sobie w stanie wyobrazić, kto miałby go w tej roli zastąpić na kilka miesięcy przed wyborami krajowymi.

Na przykład Donald Tusk.

Podstawowe pytanie brzmi, czy Tuskowi naprawdę chce się wracać. Na razie jego strategia polega na tym, żeby Polakom o sobie przypominać. Realizuje ją bezbłędnie. Wystarczy jeden jego tweet albo zdjęcie na Instagramie, żeby było o nim głośno. Żeby politycy, dziennikarze, ale i wyborcy mówili o nim i ogłaszali jego powrót do polskiej polityki. Tymczasem on nie złożył i nie składa żadnej jednoznacznej deklaracji odnośnie swojego powrotu. To bardzo sprytne, bo nie ma go z czego rozliczać.

Kiedyś będzie musiał się określić. Nie można cały czas być w zawieszeniu, a przespać właściwy moment na powrót do gry jest łatwo.

Donald Tusk jest na tyle wytrawnym politykiem, że zaczeka do ostatniej chwili z podjęciem ostatecznej decyzji. Na pewno zobaczy, jak zakończą się jedne i drugie tegoroczne wybory. Do tego czasu wciąż będzie pokazywać, że jest, przypominać o sobie – czy to wywiadem, czy aktywnością w mediach społecznościowych. Będzie podsycać nadzieje, ale bez żadnych wiążących deklaracji. Tak, żeby w każdej chwili móc się ze wszystkiego wycofać albo wrócić do polskiej polityki np. kandydując w wyborach prezydenckich. To bardzo przemyślana i z jego perspektywy optymalna strategia.

Co z Ruchem 4 Czerwca, który Tusk miałby stworzyć z popularnymi samorządowcami? To byłaby bardziej faktyczna niż teoretyczna deklaracja z jego strony.

Tutaj wciąż więcej jest znaków zapytania niż odpowiedzi. Tusk na pewno dokładnie przeanalizuje wynik wyborów do europarlamentu. Potem można sobie wyobrazić różne scenariusze. Jeśli wynik opozycji będzie dobry, obchody 4 czerwca będą wyłącznie kontrapunktem dla rządowych czy państwowych uroczystości, a Tusk nie będzie chciał się ujawniać ze swoimi planami. Jeśli opozycja zawiedzie w walce o Parlamentu Europejski, może dojść do powołania ruchu społecznego czy społeczno-politycznego. I tu znowu możliwe są różne opcje. Albo Tusk zechce włączyć się już w kampanię parlamentarną, albo da sobie jeszcze czas i dalej będzie obserwować rozwój sytuacji z myślą o wyborach prezydenckich w 2020 roku.

Więcej o:
Komentarze (160)
Krzysztof Łapiński o Koalicji Europejskiej i Grzegorzu Schetynie
Zaloguj się
  • lukasz_patrykus

    Oceniono 30 razy 16

    Pis będzie się bił do końca, bo oni walczą o życie... W wypadku przegranej połowa tej skorumpwanej bandy kolesi ma zagwarantowane cele w pierdlu, włączając w to największego dewelopera w Polsce i Pinokia, który chciał płacić długi tatusia przy pomocy państwowego banku, ukrywając na dodatek podatek VAT
    Im porażka pachnie kryminałem i tym razem nie będzie litości

  • kaczychlam

    Oceniono 20 razy 14

    tee panie Rojgosz czy jak ci tam już skoncz tym oswajaniem Pissowskich aparatczyków! Schetyna i inni sa jak każdy widzi ale może zajmij się tym co robi i jak Piss?? bo widze ze pissowskie Kundle jedzą ci z reki tutaj i się spuszczają jaki to cudny wywiad analiza... Oddpjerdol się od koalicji i może zajmij się analizą Pissowskich najeźdźców co??

  • maaac

    Oceniono 24 razy 10

    Jeszcze bardziej od wyborców PiS stawkę znają politycy PiS. To nie dyskusja o korycie+. Teraz przeciwnicy PiS oczekują dla nich celi+. Za bardzo tym razem na rozrabiali.

  • justas32

    Oceniono 30 razy 8

    Dlaczego PiS tak bardzo nienawidzi Polski i Polaków ? Przecież pozwalamy im kraść ile chcą ...

  • bmarten

    Oceniono 15 razy 7

    Po jaką cholerę szanowna GW zamieszcza takie głupie i jątrzące wywiady z pisuarowymi przydupasami tego ciula Maliniaka? Zastanówcie się zanim ponownie wypuścicie takiego smrodliwego "bąka".

  • tomtg123

    Oceniono 14 razy 6

    1) PiS ma gacie pełne strachu - i słusznie, towarzysze z PiSu trafią do pierdla.
    2) Zabawne było obserwowanie TVP Info - dziś była konwencja Koalicji Obywatelskiej i jest konwencja PiSu.
    Z tej pierwszej nie ma transmisji (zaglądałem tam co pare minut - były wiadomości lokalne). Z tej drugiej - właśnie leci relacja na żywo.
    Z jednej strony oburzające (choć nikt się już niczego innego nie spodziewał), ale z drugiej strony pokazuje skalę strachu PiS :)
    Przecież oni wiedzą już, że po 4 latach rządów PiS stację TVP Info ogląda już tylko najtwardszy beton. Reszta się brzydzi.
    Wiedzą o tym, ale i tak się boją tam pokazać opozycję. Oni dziś walczą o własny beton, bo już wiedzą, że ten ich własny beton też ma już ich dość. Nawet oni.
    No i DOBRZE. Bójcie się bandziory z PiSu. Macie się czego bać. Litości nie będzie. Więzienia czekają.

  • ks.pedofil

    Oceniono 34 razy 6

    Gdzie ten wybitny polityk widzi miejsce dla Developera po przegranych wyborach? Podpowiem. W pierdlu. A ko bok w celi? Maliniak. A Developerowi odbierze sie emeryture bo nalezal do SB jako TW Balbina.

  • ryyys

    Oceniono 6 razy 4

    Kaczyński i jego PigS próbują kupić bezkarność. To oni walczą o wszystko.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX