Prof. Paruch o ogromnych zarobkach w NBP: PiS nie uległo dystansowi władzy. Jest wyjątkiem

Jacek Gądek
"Dwórki" prezesa NBP Adama Glapińskiego zarabiają nawet 70-80 tys. zł. Prof. Waldemar Paruch, nazywany "mózgiem rządu", w wywiadzie dla Gazeta.pl komentuje, że po 2-3 latach pojawia się dystans władzy. Ale zastrzega: - Otóż PiS nie uległo temu mechanizmowi. Dopóki prezes Jarosław Kaczyński ma tzw. słuch społeczny, to jestem spokojny o bardzo dobry wynik wyborczy PiS.

Jacek Gądek: To pan jest "mózgiem rządu"?

Prof. Waldemar Paruch (szef Centrum Analiz Strategicznych): - Akurat tak bym tego nie ujął. Wolę się posługiwać językiem naukowym, a nie medialnym.

Pana rola w obozie władzy?

- Mam nadzieję, że ważna. Jestem szefem Centrum Analiz Strategicznych odpowiedzialnym za jakość prawa przechodzącego przez kancelarię premiera oraz ocenę jego skutków politycznych i społecznych.

Czyli ma pan szukać min, które rząd kładzie sobie pod nogi?

- To jest jedna perspektywa. Ale jest i inna: w 2018 r. przyjęto o 40 proc. mniej aktów prawnych niż w 2017. Redukujemy "produkcję" prawa. Ale dla jasności też: w latach 2015-17 mnogość przyjmowanych ustaw była niezbędna, bo bez nich nie byłoby zmian.

Czy tegoroczne wybory do Sejmu będą dla PiS walką o wszystko?

- Na pewno będą ważne z perspektywy kolejnej dekady.

Jeśli PiS straci władzę, to rewolucja PiS zostanie zaorana. A jeśli ją przedłuży, to ugruntuje zmiany.

- Jeśli PiS będzie kontynuowało swoje rządy po 2019 r., to nie będzie już powrotu do stanu sprzed 2015 r. Odwrócenie zmian stanie się już niemożliwe. Tego jestem pewny.

A wizja utraty władzy z czym się wiąże?

- To już pytanie do opozycji, ale nieprzypadkowo słynne jest zdanie: "żeby było tak, jak było".

Wypowiedziała je reżyserka Agnieszka Holland. Nie ma więc co przesadzać z ich znaczeniem.

- Ale jest lansowane przez wielu sympatyków obozu odsuniętego od władzy. W dzisiejszej opozycji ważną rolę odgrywają celebryci. Nie szedłbym w kierunku deprecjonowania ich znaczenia.

Na prawicy artyści albo celebrycie nie mają znaczenia?

- Celem konserwatywnej prawicy, a więc PiS, nigdy nie było budowanie świata celebrytów. Wystarczy spojrzeć na listy wyborcze do Parlamentu Europejskiego. To dzisiejsza opozycja stawiała na Krzysztofa Hołowczyca, Bogdana Wentę i innych. Na listach PiS było za to znacznie więcej profesorów.

Znam jednego profesora, który nie dostał się do PE, mimo że startował z pierwszego miejsca.

- Tak. Też znam.

Bo to pan. Ma pan z tego powodu jakąś zadrę? Wygrywają protegowani o. Tadeusza Rydzyka, celebryci, partyjni wyjadacze, politycy opozycji. A pan - profesor z poparciem Jarosława Kaczyńskiego - już nie.

- W polityce nie chodzi o moją wygraną. Strategia polityczna w 2014 r. miała stały element: PiS dążyło do tego, aby zmonopolizować prawą stronę sceny politycznej. To się udało.

Po porażce w 2014 r. definitywnie skończył pan z kandydowaniem w wyborach?

- Absolutnie nie. Nigdy takiej deklaracji nie składałem, ani nawet tak nie myślałem.

Rozmawia pan często z prezesem Jarosławem Kaczyńskim i premierem Mateuszem Morawieckim?

- Jeśli ma pan na myśli raz na tydzień, to tak.

I co pan radził ostatnio prezesowi PiS?

- Tego powiedzieć nie mogę. Ale powiem o jednej istotnej politycznie opinii: podkreślałem, że podwyżek cen prądu w 2019 r. ma nie być. Problemem było znalezienie rozwiązania prawnego, ale nie określenie celu.

Jest pan pewny, że ceny nie wzrosną?

- Tak w ujęciu generalnym.

Zweryfikujemy to za parę miesięcy.

- Dobrze.

Sporo sondaży pan zamawia?

- One oczywiście są wykonywane, ale nie redukujmy analiz do sondaży. A jeśli już analizujemy sondaże, to akurat nie te, które są dla masowych odbiorców najatrakcyjniejsze - to nie są na przykład badania, na kogo wyborcy chcą głosować. Dużo ważniejsze są sondaże "miękkie" - jak ludzie oceniają różne zjawiska. Ostatnio szeroko komentowane w mediach było badanie, które pokazało, że 500+ aktywizuje kobiety na rynku pracy, a nie - jak twierdziło wielu ekspertów i polityków - że kobiety odchodzą z pracy.

Pan doskonale wie, że to był tylko sondaż. Kobiety odpowiadały, czy przez 500+ odeszły z rynku pracy, czy zaczęły raczej jej szukać bądź znalazły.

- Ale jeden wniosek można sformułować: nie jest prawdą, że 500+ zdezaktywizowało ludzi na rynku pracy. A na ile zachęciło do pracy? To jest już dyskusyjne.

Ale to badanie dla GUS to tylko deklaracje, które rozmijają się z rzeczywistymi liczbami. W gospodarstwach domowych otrzymujących 500+ między I i II kwartałem liczba matek biernych zawodowo zwiększyła się z 877 tys., do 918 tys.

- Proszę pana, polityka to taka działalność, że świadomość i wola społeczna są wyjątkowo ważne. Oceny ludzi są bardzo ważne - niekiedy nawet zdecydowanie ważniejsze niż twarde dane. Tak jak istnieje fakt medialny, który jest wymyślony i nieprawdziwy, to potrafi przynosić tak samo dolegliwe i ważne skutki społeczne jak zjawisko, które jest rzeczywiste.

Tu z miękkiego sondażu wynika, że kobiety dzięki 500+ szukają pracy, a z twardych danych, że jednak odchodzą. Sondaż mówi "tak", a liczby "nie". I co jest ważniejsze?

W czytaniu sondażu nie można być dogmatycznym, bo umyka nam na przykład perspektywa: odeszłam z rynku pracy, szukam lepiej płatnej i lepiej dostosowanej do moich oczekiwań i mojej sytuacji życiowej.

Teraz musimy się skupić na aktywizacji osób z niepełnosprawnościami. Będzie ustawa Dostępność+, która jest na etapie prac w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju. Była zapowiadana już w exposé premiera w 2017 r.

Pan mówi: "O wynikach decydują emocje - i to jest pytanie, kto i jakie emocje wyzwoli w roku wyborczym". Jaka jest dziś emocja społeczna wokół PiS?

- W badaniach przed wyborami samorządowymi pytano o pozytywne skojarzenia z marką partii politycznych. Bezapelacyjnie wygrało PiS, którego markę pozytywnie kojarzyło ok. 40 proc. wyborców. Pozostałe partie wskazywało lekko ponad 20 proc. Trudno, żeby partia rządząca nie skorzystała z tego pozytywnego kojarzenia jej przez wyborców.

A jak?

- W wyborach samorządowych po raz pierwszy, bo nikt dotychczas tak nie robił, PiS prowadziło kampanię w sposób zcentralizowany - ze wspólnym przekazem dla całej Polski. W pierwszych tygodniach kampanii było jeszcze widać bezradność opozycji wobec takiej strategii, ale tylko dopóki stronnictwa opozycyjne nie stworzyły modelu centralnej kampanii, który obserwowaliśmy w ostatnich 3-4 tygodniach przed głosowaniem.

Jakie wnioski z kampanii i wyborów samorządowych, pan wyciąga z myślą o kolejnych wyborach?

- Pierwszy i bardzo istotny: wynik wyborów 2019 r. będzie w dużym stopniu zależał od tego, jak PiS skonsumuje swój sukces w wyborach samorządowych. Jak skonsumuje przejęcie władzy w ośmiu województwach.

Przełożę pana akademicki język: jak PiS będzie dzielić miliardy z kasy województw.

- To jedno. Ale chodzi też o politykę kadrową. W znacznej liczbie regionów istniała ciągłość rządzenia przez ostatnie lata. Na Lubelszczyźnie - 12 lat, na Śląsku - 18. A dziś przychodzi tam PiS, rządzące dotychczas tylko na Podkarpaciu, które nie ma doświadczonych polityków samorządowych. Politycy PiS często muszą to doświadczenie dopiero zdobyć.

W skali Polski PiS zdobyło władzę także w ok. 200 powiatach - albo samodzielnie, albo w koalicjach. To wiele stanowisk kierowniczych do obsadzenia.

Wielu działaczy partyjnych jest wygłodniałych władzy. Jest więc pytanie o skalę personalnych pomyłek.

- One będą. Uniknięcie takich pomyłek jest niemożliwe. Ale mamy też wiedzę z poprzednich lat: koalicja PO-PSL przegrała w 2015 r. także dlatego, że zgnuśniała. Koalicja w latach 2013-15 zablokowała kanały awansu pionowego. Ówczesna władza sprawiła, że młodzi prawie stracili możliwość indywidualnej kariery. Platforma zapomniała o młodych ludziach, więc w 2015 r. zagłosowali oni w dużo większym stopniu na PiS i Kukiz'15, a więc partie zmiany, a nie kontynuacji. W samorządzie trudno było zrobić karierę młodym ludziom, jeśli nie mieli jednoznacznie partyjnych powiązań z PSL albo PO.

I ledwo PiS przejęło władzę, to wystrzeliły awanse pionowe. Koronnym przykładem jest Bartłomiej Misiewicz, który zaczął doradzać zarządowi Polskiej Grupy Zbrojeniowej. A akcja opozycji ujawniająca innych "PiS-iewiczów" wyrządziła pana obozowi duże szkody. Teraz takie sytuacje mogą się powtórzyć w każdym z powiatów i województwach, w których PiS przejęło władzę.

- I tak, i nie. Akurat do kariery pana Misiewicza nie chcę się odnosić, bo znam ją z mediów.

Partyjna komisja uznała, że nie ma żadnych kompetencji, aby pełnić wysokie stanowiska.

- Bardzo pozytywnie podchodzę do inwestowania w nowe pokolenia. PiS chce zmieniać państwo i tworzyć możliwości awansów, ale pod warunkiem: nie można dwudziestokilkuletnich ludzi czynić kreatorami polityki na najwyższym szczeblu - samorządowym i centralnym. Na takim szczeblu trzeba jednak mieć doświadczenie, a nie tylko wykształcenie wyniesione ze studiów.

PiS odblokowało ścieżkę awansu dla Adama Andruszkiewicza. On ma akurat 28 lat i został wiceministrem. Wspaniały awans, prawda?

- Tak.

A jakie kompetencje?

- Nie wiem, jakie będzie miał zadania, ale znając ministra cyfryzacji Marka Zagórskiego, to jestem o to spokojny.

Współpraca resortu z parlamentem.

- Będzie można weryfikować, jak wypełnia swoje nowe obowiązki.

I to jest dobra ścieżka awansu?

- Przeszedł pozytywną weryfikację, gdy zdobył mandat poselski. Pozytywnie weryfikował się też w wielu debatach telewizyjnych - akurat on jest rozpoznawalny, w przeciwieństwie do większości posłów. Zdecydowanie postawiłbym na taką karierę, ale poczekajmy na efekty. Mam nadzieję, że udanie będzie sprawował urząd wiceministra.

Pan żartuje?

- Nie żartuję. Zdecydowanie nie żartuję.

Mówi pan jak polityk pełną gębą, a nie profesor.

- Ależ nie. Dziennikarze będą mogli obserwować rozwój kariery pana Adama Andruszkiewicza. A to jest przecież kariera polityczna. Gdyby został dyrektorem jakiegoś departamentu - na przykład ds. wprowadzenia telefonii 5G - to nie wiem, czy sam podjąłbym decyzję o takiej nominacji. Ale czymś innym jest praca urzędnicza, a czym innym polityczne stanowisko wiceministra - a do tego pan Andruszkiewicz ma kwalifikacje.

Pan zajmuje się strategiami, a więc rzeczami długoterminowymi…

- I średniookresowymi.

Przed wyborami Andruszkiewicz mówił, że żadnych wojsk - także amerykańskich - ma w Polsce nie być.

- Słyszałem, że parę dni temu się z tego wycofał.

Tak. I teraz mówi, że "fort Trump" w Polsce to super pomysł.

- Ma prawo do zmiany poglądów. Ani mnie to nie bulwersuje, ani nie zaskakuje.

Ale to jest sprawa polskiej racji stanu, strategii na dziesięciolecia, a Andruszkiewicz ot tak zmienia zdanie z radykalnego na inne równie radykalne.

- Mówimy ciągle o młodym człowieku. Gdyby miał lat 60, a nie 28, i zmienił tu zdanie, to pewnie byłbym zaskoczony. Mówię to z własnej perspektywy: gdy miałem 20 lat to częściej zmieniałem zdanie niż mając ponad 50.

Dzisiaj polską racją stanu jest obecność wojsk USA w Polsce. Cieszę się, że pan poseł też do takiego wniosku doszedł.

Odkrył Amerykę. Pan poseł ma - jak pan mówi - wielkie kwalifikacje.

- Ależ wcale nie powiedziałem, że ma wielkie kwalifikacje. Przejął stanowisko polityczne, do czego ma kwalifikacje, chociażby z tego powodu, że jest posłem, a w Polsce mamy system parlamentarno-gabinetowy.

Jako największe swoje zalety wymienia on wyższe wykształcenie, które ma ponad 20 proc. Polaków, więc to nie jest żadna przewaga konkurencyjna. I jeszcze duże zasięgi na Facebooku.

- Ale o jakim rynku pracy mówimy? O politycznym. Wyborcy i media takich polityków rozliczają. Wiceminister to nie jest takie miejsce pracy jak choćby dyrektor czy kierownik w firmie.

"Najzdrowsza tkanka jest w Polsce wschodniej. Nie w żadnej 'warszawce'. Nie w żadnych pedalskich knajpach przy tęczy. Tam nie ma zdrowej Polski. Tu jest zdrowa Polska" - podkreślał Andruszkiewicz jeszcze w 2015 r. Pan chyba nie jest przyzwyczajony do takiego stylu i pogardy?

- A czy pana bulwersowały wypowiedzi…

Michała Kamińskiego, Romana Giertycha?

- Tak, ale sprzed lat. I przeróżnych polityków, którzy przewijali się przez Sejm.

Owszem, bywało.

- To nie jest moja poetyka. Ja się takim językiem w polityce, a tym bardziej w nauce, nie posługuję. Ale przyznajmy ludziom prawo do posługiwania się takim językiem, jaki uznają za stosowne. Mnie język Lecha Wałęsy nie razi. Dlaczego? Bo każdą wypowiedź polityka traktuję jako źródło, a naukowiec ma do źródła podchodzić krytycznie. Interesuje mnie to, do kogo, kiedy, w jakim kontekście i sytuacji coś powiedział.

Śmiesznie by wyglądało, gdybym ja - profesor - wystąpił na wiecu wyborczym i używał języka naukowego.

Opozycja ma swojego byłego prezesa Młodzieży Wszechpolskiej - Romana Giertycha - więc PiS ma teraz i swojego - Adama Andruszkiewicza. Pluralizm.

- A gdzie dziś znajdują się politycy, którzy przed laty należeli do ZChN, choćby Stefan Niesiołowski? Wszędzie. Chyba tylko nie w SLD.

Może Andruszkiewicz znów równie szybko zmieni zdanie i zaraz znajdzie się w szeregach opozycji i to liberalnej.

- Politycy mają prawo do ewolucji.

A partie mają prawo do uciszania swoich polityków? Tak jak to uczyniono z posłanką Krystyną Pawłowicz.

- Obóz rządzący, a na pewno rząd i klub parlamentarny, mają obowiązek dbania o formę swojego komunikowania politycznego.

Często zarzucano PiS, zwłaszcza w pierwszych miesiącach po wyborach 2015 r., chaos komunikacyjny. Wiele problemów PiS generowało w wyniku niespójności własnych przekazów. Wraz z miesiącami rządzenia - a widzę to od środka w rządzie premiera Mateusza Morawieckiego - jest coraz lepiej i precyzyjniej. Przykład: komunikacja ws. cen energii elektrycznej. Trochę wielogłosu na początku owszem było, ale potem komunikacja rządu została ogarnięta bardzo sprawnie.

Tak bardzo, że ani pan, ani ja już nie pamiętamy, ile razy minister energii zmieniał wersje, jak zastopuje wzrost rachunków.

- Tak, ale już przez ostatnie dwa tygodnie przed finalnymi decyzjami wypowiadał się już tylko premier i pani rzecznik w jego imieniu. A nie minister. Podjęliśmy decyzję o monopolu premiera na komunikację w tym punkcie i się tego trzymaliśmy.

Problemem nie było określenie celu, czyli utrzymanie cen energii elektrycznej. Problemem było znalezienie rozwiązania ustawowego. Do ostatniej chwili, tu w kancelarii premiera, trwały prace nad projektem ustawy. Do godziny 22 przed dniem posiedzenia Sejmu. Znaleźć zabezpieczenie dla ok. 8 mld złotych to trudne przedsięwzięcie.

Ma pan gwarancję, że na ostatniej prostej prof. Pawłowicz nie zacznie znów mówić o "unijnej szmacie"?

- Znam bardzo dobrze ostatnią wypowiedź pani profesor Pawłowicz. Bardzo mi pani poseł zaimponowała.

Ta o przerwie w "kuracji" od milczenia o polityce, bo - jak pisała na Twitterze - "nikt jej nie chowa ani nie wyrzuca"?

- Nie. Ta, w której powiedziała wyraźnie: to były moje określenia, moje słowa, a nie PiS. PiS jest klasyczną partią europejską. W Polsce nie ma innej formacji, która od swojej genezy byłaby jednoznacznie euroatlantycka.

Prof. Pawłowicz została wyciszona, żeby nie podkopywać takiej narracji.

- Pani profesor obniżyła intensywność swojej aktywności.

Czy duże natężenie emocji w TVP będzie służyć wynikowi PiS w kolejnych wyborach?

- Bardzo sobie cenię dorobek ostatnich trzech lata: pluralizm w mediach. Patrzę na media całościowo. Bardzo doskwierał mi monizm komunikacyjny z lat poprzednich. Jako nauczyciel akademicki cieszę się, że jeśli moi studenci włączą telewizor o 18:50 i będą oglądać Polsat, TVN i TVP, to zobaczą trzy różne serwisy informacyjne. Mogą mieć własną opinię o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. Wreszcie.

Pluralizm w mediach jest wartością, ale nie tego dotyczyło pytanie.

- TVP ma swoich widzów. Przepływy widzów nie są wielkie. Ale generalnie widzowie TVP i TVN oglądają też Polsat. Rzadko kiedy widz TVN ogląda TVP i odwrotnie. Jeden z tygodników pisał: powiedz mi, którą telewizję oglądasz, a powiem ci, którą partię popierasz. Tak właśnie jest.

Przy okazji kampanii samorządowej nie wprost, ale krytykował pan TVP.

- To nieprawda.

"Kampania w Warszawie w ostatnim tygodniu tak rozhuśtała emocje, przy pomocy także telewizji publicznej, że mamy w Warszawie zdecydowaną nadfrekwencję" - mówił pan w Radiu Wnet. "Rozhuśtane emocje", a to dzieło również TVP, uznał pan za przyczynę niższego niż możliwy wyniku PiS.

- TVP relacjonowała kampanię w Warszawie. Skoro kandydat PiS Patryk Jaki był bardzo aktywny w kampanii i wykonał tytaniczną pracę, to trudno, aby nie był obecny w mediach, także publicznych.

TVP biła w Rafała Trzaskowskiego jak w bęben, wyśmiewała i wręcz oskarżała o narkomanię. TVP rozhuśtywała emocje, a pan to krytykował.

- Nie krytykowałem TVP. Natomiast na pewno pobudzanie emocji zwiększyło frekwencję w Warszawie do ponad 66 proc.

Czy TVP przyłożyła rękę do huśtania emocjami?

- Każda telewizja musiała oddawać emocje społeczne. One w wyborach miejskich - zwłaszcza w Warszawie, Gdańsku i Krakowie - były bardzo duże. Trudno, aby telewizje abstrahowały od temperatury kampanii.

Jaki dziś jest potencjał wyborczy Donalda Tuska?

- W tej kwestii jest ważnych kilka kwestii. Po pierwsze: Polacy bardzo dobrze odróżniają byłych prezydentów i premierów od aktualnych. Z jednym wyjątkiem: Jarosław Kaczyński - jest on jedynym politykiem niemalże ciągle obecnym w polityce i nie jest postrzegany jako były premier. Donald Tusk z kolei odbierany jest jako "były" - to stawia go w gorszej sytuacji. Ciągle też nie zatarła się społeczna pamięć o jego rządach.

Po drugie: przedłużenie kadencji Tuska nie odbyło się na wniosek państwa, którego jest obywatelem, ale to podajże Malta postawiła ten wniosek. Po trzecie: w ocenie przez Polaków wykonywania urzędu szefa Rady Europejskiej przez Donalda Tuska przeważają głosy negatywne. Po czwarte: Tusk łamiąc unijne zwyczaje nie przestał ingerować w politykę krajową, dwa przykłady: przemówienie przed puczem w grudniu 2016 r., a potem przemówienie w Łodzi na Igrzyskach Wolności.

Doceniam pana poczucie humoru, gdy pan mówi o "puczu".

- Ależ to nie jest żadne poczucie humoru. Byłem wtedy w Sejmie i wychodziłem z gabinetu marszałka o godz. 3 nad ranem. Widziałem przekazy w mediach prywatnych i to, co dzieje się przed Sejmem i w środku budynku.

I to był pucz?

- "Pucz". To nie ja tę nazwę wymyśliłem. Jedynie cytuję ze źródeł.

Pan tak krytykuje Tuska, a przecież w sondażach szef RE idzie łeb w łeb z prezydentem Andrzejem Dudą.

- Każda kampania zużywa kandydatów. Gdyby Tusk wystartował w wyborach prezydenckich, to zobaczylibyśmy jego dorobek i poglądy.

Na dziś zaryzykuje pan tezę, że Donald Tusk wystartuje - albo nie - w wyborach w 2020 r.?

- Gdyby dziś decyzja zapadała, to nie wystartuje.

Kiedy będzie ogłoszony projekt "Europa Kaczyńskiego", o którym pan napomknął?

- Najpewniej gdy będzie prezentowany nowy program wyborczy PiS: na przełomie lutego i marca. Pewnie odbędzie się partyjna konwencja. Z pewnością prezes Jarosław Kaczyński wielokrotnie będzie mówił o wizji Europy.

Z czego wynika ta erupcja miłości PiS do Europy?

- Nigdy nie było ani niechęci, ani miłości PiS do UE. PiS to partia eurorealistyczna.

Beata Szydło grzmiała o "szaleństwie brukselskich elit" i mówiła, że jeśli Europa nie wstanie z kolan, to "codziennie będzie opłakiwać swoje dzieci". A teraz premier mówi o Polsce jako "bijącym sercu Europy".

- Poetyka pani premier była wtedy bardzo ciekawa, bo - proszę zwrócić uwagę - Beata Szydło kierowała przemówienie do widzów telewizji. A co realnie się dzieje w Europie? Patrząc chłodno: im głośniej euroentuzjaści mówią o federalizacji, o ludzie europejskim i przewodnim znaczeniu Berlina, tym bardziej w państwach Europy Zachodniej wzrasta popularność ruchów eurosceptycznych, groźnych dla Unii.

Ma być wizja "Europy Kaczyńskiego", a kiedy będą projekty nowych traktatów Unii Europejskich, które prezes PiS zapowiadał w roku 2016?

- Wtedy toczyła się debata, czy zmieniając UE mamy otwierać dyskusję o nowych traktatach, czy można działać na gruncie traktatów obowiązujących. Pamiętam taką rozmowę na spotkaniu z panią kanclerz Angelą Merkel: odrzucała ona rewizję traktatów, ale później zmieniła zdanie i zaczęła mówić, że istnieje możliwość przedyskutowania aktualnych traktatów.

Wzruszenie tych traktatów stwarza niebezpieczeństwo, bo otwiera się olbrzymia przestrzeń do dyskusji. A czy dziś - przy obecnej Komisji Europejskiej - państwa UE są gotowe do tej dyskusji? Nie.

Ale wtedy prezes zapowiadał projekty, a ich nie ma. Teraz ma być wizja "Europy Kaczyńskiego" i też się może skończyć tylko na słowach.

- Projekt "Europa Kaczyńskiego" jest sloganem. Przed wyborami nie przedkłada się przecież ani projektów ustaw, ani projektów traktatów.

Projekty traktatów, które obiecywał prezes PiS, byłyby czymś twardym, a slogan i wizja ogłaszane w kampanii nic nie będą znaczyć. Prezes powie: by żyło się lepiej, wszystkim, w państwach narodowych. Obieca zarobki jak w bogatych państwach Zachodu, zabraknie tylko śródziemnomorskiego klimatu.

- Prezes jest znany ze szczegółowych ofert w swoich wystąpieniach. Bez pustosłowia. Jest politykiem, który konsekwentnie unika lania wody.

Europejska ofensywa PiS to obawa przed narracją o polexicie?

- Mówienie o polexicie jest dla PiS niebezpieczne, bo ożywia demony, że Polska chce wychodzić z Unii Europejskiej, co jest kłamstwem.

A czy lunatyk chce wychodzić z sypialni albo wyskakiwać przez balkon?

- Nie wiem. Nie jestem specjalistą od lunatykowania.

Otóż nie chce, ale czasami może to uczynić.

- Decyzja Wielkiej Brytanii o wyjściu z UE nie była wynikiem emocji czy "lunatykowania" Brytyjczyków, którzy zagłosowali za brexitem. W bieżącej polityce wiąże się to z wieloma problemami, więc prawdopodobny jest tzw. twardy brexit, ale już w perspektywie średniookresowej opuszczenie Unii będzie dla Londynu korzystne. Polsce nie opłaca się wychodzić z Unii, co jest jasne. PiS jest partią europejską i stoi konsekwentnie na gruncie obecności Polski w Unii.

Jakie są największe ryzyka, które wiszą nad PiS-em?

- Zawsze wszelkie ryzyka wiążą się z błędami politycznymi. A te ryzyka są jeszcze większe, bo temperatura sporu jest wysoka, dodatkowo media są mocno podzielone na sprzyjające obozowi rządzącemu albo opozycji. W takich warunkach jedno słowo w projekcie ustawy  może wywołać wielką dyskusję w mediach i szkody.

PiS nie ma z kim przegrać?

- PiS ma z kim przegrać. W czasie wyborów samorządowych Grzegorz Schetyna utwierdził swoje przywództwo w Platformie Obywatelskiej - wchłonął aktywistów Nowoczesnej i część jej wyborców. PO ma olbrzymie zasoby: od poparcia celebrytów po wsparcie z zagranicy. Jeśli Schetyna i inni liderzy opozycji będą z nich umiejętnie korzystać, to staną się dla PiS bardzo niebezpieczni.

Pan mówi o zasobach, a ludzi teraz bardzo irytują zasoby PiS jak zarabiające wedle wyliczeń "GW" i Oko Press ogromne pieniądze współpracowniczki prezesa NBP - nawet 70-80 tys. miesięcznie.

- Mechanizm jest stały i dotyczy każdej partii rządzącej: po 2-3 latach pojawia się dystans władzy. Jest to nieuchronne zjawisko opisywane przez politologów. Politycy uwikłani w rządzenie, w podejmowanie decyzji, pracę po 14 godzin dziennie mają tendencję do zapominania, że istnieje jeszcze świat za murami kancelarii premiera, Sejmu, Pałacu Prezydenckiego.

Skoro to mechanizm nieuchronny, to PiS już się odkleiło od rzeczywistości i ma dystans do ludzi.

- Otóż PiS nie uległo temu mechanizmowi.

PiS jest wyjątkiem?

- PiS w wielu sprawach jest wyjątkiem na polskiej scenie politycznej.

Jakim cudem?

- Zabezpieczenie jest proste. Po pierwsze: PiS to partia, która serio traktuje obietnice wyborcze. Po drugie: PiS nauczyło się - mam nadzieję - na swoich własnych doświadczeniach, że nie można rządzić wbrew oczekiwaniom społecznym. Dopóki prezes Jarosław Kaczyński ma tzw. słuch społeczny, to jestem spokojny o bardzo dobry wynik wyborczy PiS.

"Mam nadzieję". Pan chciałby, aby tak było.

- Pewności oczywiście nie mam. To jest myślenie warunkowe.

Więcej o:
Komentarze (135)
"Mózg rządu" o zarobkach w NBP. "PiS nauczyło się, że nie można rządzić wbrew ludziom"
Zaloguj się
  • aa_propos

    Oceniono 34 razy 28

    A co ma piedrolić? Gada sobie jak potrafi. Faktem jest że PiSowi udało się zebrać ten dziwny elektorat wiejsko-małomiasteczkowy ale ostatnie wybory i kolejki do punktów w miastach pokazały że co bardziej myślący ruszyli dupami ze strachu przed prymitywami. I to jest dobry znak.

  • kiks11

    Oceniono 34 razy 28

    Nooo, jeżeli paruch jest mózgiem rządu, to jak wygladają pozostałe członki? Rzadko trafia sie człowiek tak wygadany, a jednocześnie niemający nic do powiedzenia, klasyczny ideolog partyjny, a żaden mózg, co najwyżej szyszynka rządu.

  • remo29

    Oceniono 34 razy 26

    Te świnie tak się rozochociły, że zeżrą wszystko, łącznie z korytem i własnymi kopytami. A potem się udławią.

  • krynolinka

    Oceniono 23 razy 21

    Europejczykiem stulecia, ba tysiąclecia jest pan premier Kaczyński i basta! Kto twierdzi inaczej to kłamczuszek..Kurna ale lanie wody. Samozachwyt pisiorków osiąga apogeum.

  • fakiba

    Oceniono 29 razy 21

    Zamilcz głąbie nie ośmieszaj się już bardziej o ile to możliwe

  • falbor

    Oceniono 24 razy 20

    wizjoner, te odkrywcze idee wpłyną na światową politykę....

  • vontomke

    Oceniono 20 razy 18

    Władza dla samej władzy, wszystko temu podporządkowane. Nie ma ani słowa o wartościach, Kaczyński robi wszystko żeby podzielić społeczeństwo i to się udaje, w tym katolickim skansenie jest najwięcej samobójstw w całej UE, jesteśmy pod tym względem w czołówce świata. Kaczyński zrobił wszystko aby Polak nienawidził Polaka - za podejście do uchodźców, do Smoleńska, do mniejszości, do ekologii, do religii. Kto nie z nami, ten przeciw nam - opozycji macie nienawidzieć, demokracja to iluzja, UE to jakaś wyimaginowana wspólnota. Jedyną wizją Kaczyńskiego jest wyprowadzenie Polski z UE i doprowadzenie do upadku, robi to z całkowitą świadomością, taki wywiad z nim z 1998r - tak jak był, tak jest tego dalej świadomy - więc jaka jest prawdziwa intencja Kaczyńskiego?

    "Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie, niechętnie nastawione do hierarchii kościelnej, prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PR - takimi słowami w 1998 roku Kaczyński określał rozgłośnię Tadeusza Rydzyka. - Ma nadajnik na Uralu. W Rosji panuje wprawdzie bałagan, ale niektórych rzeczy tam jednak pilnują dość dobrze - sugerował wówczas były polityk PC"

    "Są dwa modele działalności rosyjskiej w Polsce. Pierwszy pepeerowski (...). Drugi nazywam targowickim. Charakteryzuje go odwoływanie do wartości tradycyjnych, katolickich, narodowych - tłumaczył Jarosław Kaczyński. - Prorosyjskość ubrana jest tam w maskę patriotyczną. Czy targowica nie była właśnie narodowa, katolicka, czyż nie pałała szacunkiem do polskiej przeszłości? - pytał retorycznie."

  • obs-erwator0

    Oceniono 22 razy 18

    Ten profesor to taki uładzony Andruszkiewicz. Kłamstwo,aż mdli. Proszę, aby wyborcy nadal nie byli ciemnym ludem w swoich wyborach.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX