Dlaczego Merkel nie krytykowała działań PiS-u? "Chciała zachować dobre relacje z Polską" [WYWIAD]

Dlaczego Berlin nigdy nie zareagował na podsycanie antyniemieckich resentymentów przez polskie władze i prorządowe media? - Kanclerz Merkel przymykała oko, bo chciała zachować dobre relacje z Polską - tłumaczy w rozmowie z Gazeta.pl prof. Ireneusz Karolewski. - Ta decyzja nie przysporzyła jej popularności - dodaje.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Gdy kilka dni temu Angela Merkel zapowiedziała swoje odejście z polityki, lewicowy dziennik „Tageszeitung” na pierwszej stronie napisał: „Jeszcze za nią zatęsknimy”. My w Polsce też będziemy tęsknić?

PROF. IRENEUSZ KAROLEWSKI*: Myślę, że już za nią tęsknimy. Zwłaszcza co inteligentniejsi politycy obozu władzy, bo doskonale zdają sobie sprawę, że Merkel zawsze była politykiem przyjaznym Polsce i to niezależnie od tego, kto u nas rządził. Merkel jest politykiem starszej generacji, doskonale pamięta realia socjalizmu, pochodzi z byłej NRD i jest jednym z nielicznych polityków ze wschodnich Niemiec, którzy zrobili tak spektakularną karierę po zjednoczeniu Niemiec. Wreszcie Merkel to polityk proeuropejski. Te walory są ściśle związane z jej biografią i trudno będzie tutaj o powtórkę w przypadku jej następcy. Niezależnie od tego, kto nim zostanie.

Grozi nam ochłodzenie relacji na linii Warszawa - Berlin?

To ryzyko jest bardzo poważne. Pewne ochłodzenie, głównie z polskiej strony, zauważamy już od czasu wyborów parlamentarnych z 2015 roku. Mówię przede wszystkim o kwestionowaniu ścisłej współpracy albo koordynacji politycznej, która wcześniej miała miejsce zwłaszcza na poziomie europejskim. Gdy Prawo i Sprawiedliwość zaczęło wprowadzać w życie swoje reformy, Niemcy tylko na początku - a i tak wyłącznie za sprawą wypowiedzi poszczególnych polityków, m.in. ówczesnego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza – krytycznie odnosiły się do wielu wydarzeń na polskiej scenie politycznej. Później Berlin szybko przeszedł do fazy niewypowiadania się na drażliwe tematy w relacjach z Warszawą. To zasługa kanclerz Merkel, która zarządziła ciszę na tym polu i nakłoniła najważniejszych polityków niemieckich do powstrzymania się od publicznych komentarzy na temat Polski.

Tej ciszy nie było po stronie polskiej. Resentymenty wobec Niemiec były i nadal są często wykorzystywane przez rządzących na użytek polityki krajowej. Kanclerz Merkel przymykała na to oko, co jest jednak reakcją dość niespotykaną w polityce międzynarodowej.

Przymykała oko, bo chciała zachować dobre relacje z Polską. Kanclerz Merkel ma opinię polityka spokojnego, racjonalnego i koncyliacyjnego. Warto pamiętać, że ta decyzja w sprawie Polski nie przysporzyła jej popularności. Sam wielokrotnie słyszałem komentarze niemieckich dziennikarzy, naukowców i polityków, którzy byli wobec tej strategii Merkel bardzo krytyczni i mieli z nią duży problem. Dla Niemców to, co działo się w Polsce miało charakter absolutnie fundamentalny, więc uważali, że należy o tym mówić i przeciwdziałać temu na poziomie unijnym. W przypadku odejścia Merkel na tym polu dojdzie do radykalnej zmiany.

Jak radykalnej?

Z naszego punktu widzenia zdecydowanie najlepsza byłaby kontynuacja linii Merkel przez Annegret Kramp-Karrenbauer, czyli sekretarz generalną CDU. Wówczas zmiana byłaby najmniejsza. Na giełdzie nazwisk kandydatów do zastąpienia Merkel w CDU są też jednak inne postacie. Jeśli jednak do wielkiej polityki wróci Friedrich Merz, czyli były wiceszef CDU, i zacznie odgrywać w partii wiodącą rolę, to zmiana będzie bardzo duża. Podobnie zresztą w przypadku Jensa Spahna, ministra zdrowia w obecnym rządzie i lidera konserwatywnej frakcji w CDU. To polityk młodego pokolenia i zaszłości historyczne między Niemcami a Polską są dla niego drugorzędne. Spahn stara się liberalizować niemieckich konserwatystów - sam należy do mniejszości seksualnej - i jest jednoznacznie proeuropejski, więc z jego strony nie będzie najmniejszego zrozumienia dla wielu działań polskich władz.

Dlaczego amerykańskie wojsko wciąż stacjonuje w Niemczech?

Jeśli chodzi o kwestie europejskie, to tutaj brak Merkel również będzie dla Polski odczuwalny. W Unii miała opinię polityka stopującego zapędy Francji, która dąży do utworzenia tzw. Unii dwóch prędkości. Bez kanclerz Merkel szybko możemy znaleźć się w unijnej drugiej lidze?

Polska już jest w unijnej drugiej lidze, nie ma się co oszukiwać. Obecnie Unia jest w momencie dużej niepewności, bo nie wiemy, jaka będzie jej przyszłość. W perspektywie średnioterminowej i długoterminowej dla Polski kluczowym pytaniem jest, czy będzie należeć do tzw. trzonu integracji europejskiej, czy do peryferii. Obecnie Polska wraz z Węgrami, tworząc dość egzotyczną wizję polityki zagranicznej m.in. w postaci inicjatywy Trójmorza, wpisuje się raczej w peryferie integracji europejskiej. Gdy dopełni się brexit, pytania o przyszłość i nowy kształt Unii powrócą ze zdwojoną siłą. Stworzenie osobnego budżetu dla strefy euro, radykalne zreformowanie unijnych urzędów, powiązanie wydatków unijnych z respektowaniem standardów państwa prawa - te kwestie znów wyjdą na pierwszy plan. O tym, w która stronę pójdzie Unia Europejska zadecydują Niemcy, bo to one są najludniejszym i najsilniejszym gospodarczo, a co za tym idzie najważniejszym, państwem Wspólnoty.

Zadecydują również o kursie Unii wobec Rosji. Polscy krytycy kanclerz Merkel wytykają jej, że nie wycofała się z budowy gazociągu Nord Stream II, ale to ona była główną orędowniczką nałożenia i utrzymania sankcji wobec Moskwy po agresji na Ukrainę.

To dwie kwestie, które i w polskiej, i w niemieckiej debacie publicznej nie są rozgraniczane. Z prostego powodu - większość komentatorów ich nie rozumie. Gazociąg Nord Stream II jest interesem geopolitycznym Niemiec. Geopolitycznym, a nie wyłącznie gospodarczym. Niemcy co najmniej od 2005 roku robią wszystko, co w ich mocy, żeby stać się hubem energetycznym Europy, w szczególności w kontekście Europy Wschodniej, i nadal będą do tego dążyć. Dzisiaj jest jasne, że Nord Stream II to długofalowy projekt Berlina, który jest w interesie niemieckiego przemysłu i co do którego zgadza się cała klasa polityczna w Niemczech. Sympatia czy chęć współpracy z Rosją nie mają tutaj nic do rzeczy. Brak zrozumienia charakteru tego projektu sprawił, że Polska we właściwym czasie na niego nie zareagowała.

Nawet jeśli w niemieckiej polityce zabraknie kanclerz Merkel, musimy jakoś porozumieć się z Niemcami. To przecież nie tylko gospodarczo, ale również politycznie najważniejszy partner Polski w Europie.

Problem obecnych polskich władz polega na tym, że nie rozumieją, na czym polega uzyskiwanie wyników w polityce międzynarodowej. Mamy w ich przypadku dwa dyskursy, które się ścierają i nie wynika z tego nic dobrego. Z jednej strony, wciąż wracamy do tematu reparacji wojennych od Niemiec. Mówi o tym rząd, mówi o tym prezydent, mówią o tym poszczególni posłowie, mówią o tym prorządowe media. Tyle że, moim zdaniem, ten przekaz jest skierowany głównie do polskiej publiczności. Z drugiej strony, jest ważna kwestia gazociągu Nord Stream II, która dotyczy polskich interesów geopolitycznych i naszego bezpieczeństwa energetycznego. Polski rząd myśli, że poprzez podniesienie potencjału konfliktowego i pokazanie, że mamy niezałatwioną sprawę reparacji wojennych, będziemy w stanie w jakiś sposób – sam nie bardzo rozumiem jaki - wywrzeć nacisk na Niemcy, żeby zgodziły się odejść od budowy gazociągu Nord Stream II.

Ta strategia nie ma szans powodzenia?

Niemcy też są świadome, że tu wcale nie chodzi o dyskusję na poziomie polsko-niemieckim, tylko o komunikat polskich władz do elektoratu w kontekście trwającego cyklu wyborczego. Widać to po reakcjach polityków niemieckich, gdy podnoszony jest temat reparacji. Urzędnicy niemieckiego MSZ odbierają to jako nieprzyjazny krok Polski wobec Niemiec. Zwłaszcza, że polskie władze podjęły się koordynacji tego tematu z Włochami i Grecją. Wszyscy uczestnicy tego reparacyjnego dyskursu wiedzą, że nie ma on szans powodzenia. Niemcy z czysto egoistycznych względów nie mogą się na to zgodzić, bo jeśli wypłacą coś Polsce, to zaraz w kolejce ustawią się Grecja, Włochy czy Belgia. Tymczasem nasze władze zdają się być przekonane, że są w stanie Berlin do czegoś zmusić. Szczerze wątpię.

Angela MerkelAngela Merkel Fot. Markus Schreiber / AP Photo

Przejdźmy do samej Angeli Merkel, bo wszystkich zastanawia dzisiaj przyszłość szefowej niemieckiego rządu. Dziennikarzom powiedziała: „Oficjalnie ogłaszam, że nie będę już więcej starać się o żadne polityczne stanowiska”. Chyba trudno o bardziej dosadne pożegnanie?

Namawiałbym do oceniania tych słów z dystansem, bo kanclerz Merkel w przeszłości bardzo często zmieniała zdanie. Również oficjalnie.

Jak to polityk.

Wiele osób pamięta, jak akurat Angela Merkel i jej partia wspierali program energii atomowej, ale gdy w 2011 roku Zieloni wygrali wybory w Badenii-Wirtembergii, nastąpił zwrot o 180 stopni. Dlatego teraz nie przesądzałbym, że to polityczny koniec kanclerz Merkel. Oddaje tylko władzę nad partią, a przypadki kanclerzy, którzy nie rządzili swoimi partiami już w przeszłości mieliśmy.

Ostatni taki przypadek to 2004 rok i Gerhard Schröder. Angela Merkel nie zostawiała na nim wówczas suchej nitki.

To wynika z logiki systemu parlamentarnego i partyjnego Niemiec. Klub parlamentarny musi być zdyscyplinowany i stać murem za polityką rządu. Dzisiaj pytanie zasadnicze brzmi: kto zastąpi Merkel w roli szefa partii.

Troje kandydatów zgłosiło akces do tej funkcji jeszcze zanim Merkel publicznie oświadczyła, że planuje odejść z polityki.

Dla mnie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest wybór Annegret Kramp-Karrenbauer. To sekretarz generalna CDU i zaufany człowiek kanclerz Merkel, więc gwarantowałaby kontynuację linii obecnej szefowej rządu i zachowanie status quo w kluczowych kwestiach.

Status quo nie utrzyma się, jeśli Merkel zastąpi Jens Spahn albo skonfliktowany z szefową rządu Friedrich Merz.

Te dwie kandydatury wydają mi się mniej prawdopodobne. Co do Merza, to od 2009 roku znajduje się całkowicie poza polityką, więc jego zaplecze partyjne w CDU jest wielką niewiadomą. Znacznie ważniejszy jest jednak fakt, że wybór Merza oznaczałby otwarty konflikt szefa partii z kanclerzem. Przed laty to właśnie Merkel usunęła go ze stanowiska przewodniczącego frakcji CDU/CSU w Bundestagu. Odszedł zniesmaczony, ze złamaną karierą polityczną i nigdy się z tym nie pogodził. Gdyby teraz został szefem CDU, najpewniej chciałby się odegrać, a to dodatkowo pogorszyłoby i tak niedobrą sytuację CDU.

Prezydent Andrzej Duda i kanclerz Niemiec Angela Merkel podczas spotkania w BerliniePrezydent Andrzej Duda i kanclerz Niemiec Angela Merkel podczas spotkania w Berlinie HANNIBAL HANSCHKE / REUTERS / REUTERS

Zarówno wybór Merza, jak i Spahna oznaczałby najpewniej koniec „Wielkiej koalicji” z SPD. Z kolei Kramp-Karrenbauer to niemal gwarant jej kontynuacji, przynajmniej ze strony CDU.

To kolejny argument za kandydaturą Kramp-Karrenbauer, zwłaszcza wobec wrogości liberałów z FDP i coraz większej siły nacjonalistycznej AfD. Wiedzą to również liderzy koalicyjnej CSU, dla których Kramp-Karrenbauer byłaby najbardziej pragmatycznym wyborem. Obie partie nie mają teraz dobrej passy wyborczej ani sondażowej, więc wcześniejsze wybory nie są wymarzonym scenariuszem. Niemal na pewno oznaczałyby to utratę władzy.

Załóżmy, że „Wielka koalicja” wytrzyma i rząd przetrwa do kolejnych wyborów w 2021 roku. Jakie są szanse, że Merkel będzie sterowana przez nowego szefa partii z tylnego siedzenia? Czy to w ogóle możliwe w przypadku polityka jej kalibru?

Wszystko zależy od wsparcia, które kanclerz Merkel otrzyma od partii. Jeśli zastąpi ją pani Kramp-Karrenbauer, będzie to preludium do przejęcia przez nią władzy także w rządzie. Można założyć, że zwalczałaby wówczas potencjalnych przeciwników Merkel w partii, bo stanowiliby zagrożenie także dla niej samej. Jest też druga strona medalu, czyli to, jak zachowa się CSU. Siostrzana partia jest dziś wobec Merkel bardzo krytyczna i przekonuje, że to szefowa rządu jest winna obecnym problemom CDU i CSU, związanym z niemiecką polityką migracyjną.

Wiele osób wskazuje kwestie migracyjne jako gwóźdź do politycznej trumny Merkel. Jednak poza tym tematem były jeszcze wojny wewnątrz koalicji, naciski ze strony własnej partii czy spadające poparcie i słabe wyniki wyborcze CDU. Co naprawdę zaważyło na decyzji Merkel?

Wszystko to, co pan wymienił. Jednak praprzyczyną problemów Merkel jest kryzys migracyjny i decyzje, które podjął w jego trakcie niemiecki rząd na czele z samą kanclerz. To właśnie dzięki temu targana wewnętrznymi konfliktami i zmagająca się z kolejnymi rozłamami AfD zdołała się odbudować i urosnąć w siłę. Przejęła też prawicowo-radykalną część elektoratu, którą wcześniej próbowały zagospodarować CDU i CSU. Można powiedzieć, że dzięki Merkel nacjonaliści weszli do mainstreamu, co jeszcze dekadę temu byłoby nie do pomyślenia.

Tyle że to niejedyny poważny problem CDU, bo z lewej strony partię okrążają Zieloni.

Merkel przesunęła partię na lewo jeszcze za czasów koalicji z FDP. Guido Westerwelle - wówczas przewodniczący FDP, szef niemieckiej dyplomacji i wicekanclerz Niemiec - ironizował, że koalicja jest niefortunna, bo CDU dogaduje się lepiej z Zielonymi niż z liberałami. Chodziło mu zwłaszcza o rezygnację z energii nuklearnej, ale sam proces przesuwania CDU w lewo pogłębił się później w trakcie drugiej koalicji z SPD. CDU przejęło wówczas niektóre klasyczne postulaty SPD - np. płacę minimalną.

Po co Merkel to zrobiła?

Ze względów pragmatycznych. Kanclerz Merkel nie jest ani politykiem lewicowym, ani politykiem prawicowym. Tak naprawdę jest politykiem, który nie posiada zaplecza ideologicznego.

Ale jest skuteczna.

Jest politykiem władzy, którego celem jest utrzymanie się przy tej władzy. W tym celu dokonuje różnego rodzaju posunięć taktycznych, także zwrotów ideologicznych własnej formacji. Tyle że jest z tym związane pewne ryzyko - partie, takie jak CDU czy CSU, mogą mieć różne skrzydła, ale mają też swój trzon ideologiczny i on jest kluczowy. Merkel zachwiała tym trzonem, zbytnio zbliżając swoją partię do Zielonych (m.in. przez regionalne koalicje, które powstawały w ostatnich latach - np. w Hesji czy Hamburgu). Wśród części działaczy i polityków CDU rodził się opór przeciwko tej strategii. Dzisiaj ten opór widzimy w pełnej krasie.

Angela Merkel i Władimir Putin podczas spotkania w Meseberg, 18 sierpnia 2018.Angela Merkel i Władimir Putin podczas spotkania w Meseberg, 18 sierpnia 2018. Fot. Michael Sohn / AP Photo

Co chciała ugrać, przesuwając CDU na lewo?

Wzrost popularności Zielonych podbiera wyborców i SPD, i CDU. Zbliżenie CDU z Zielonymi w 2011 roku miało na celu przejęcie ich elektoratu po sukcesie Zielonych w Badenii-Wirtembergii, ale też przejęcie części wyborców SPD dzięki postulatowi płacy minimalnej. Dzisiaj na tym zbliżeniu CDU z Zielonymi korzystają ci ostatni. Natomiast CDU traci poparcie wśród wyborców liberalnych i lewicowych zwłaszcza przez unię z CSU, która ostatnio skręciła mocno w prawo (widzimy to po wypowiedziach szefa tej partii Horsta Seehofera czy premiera Bawarii z ramienia CSU Markusa Södera). CDU znalazła się w przedziwnej sytuacji - z jednej strony wydawałoby się, że jest bardziej prawicowa (wskazuje na to unia z CSU), ale z drugiej bardziej prawicowi wyborcy uciekają od niej do AfD.

Mimo licznych problemów CDU większość niemieckich mediów i komentatorów politycznych podkreśla, że Merkel odchodzi na swoich warunkach.

Biorąc pod uwagę historię Angeli Merkel i częstotliwość, z jaką w przeszłości zmieniała decyzje - mało kto dziś o tym pamięta - nie odważyłbym się powiedzieć, że to polityczny koniec kanclerz Niemiec.

Czyli taktyczny wybieg?

Tego jeszcze nie wiemy. Decyzja Merkel na pewno jest grą na obniżenie potencjału konfliktowego. Zresztą już to widać. Wszyscy politycy - zarówno SPD, jak i CSU czy innych partii - mówią, że to ważna politycznie i honorowa decyzja, którą wspierają. Są też jednak inne jej konsekwencje.

To znaczy?

Partie takie jak AfD i FDP tracą wroga publicznego numer jeden, tracą polityczną amunicję. Merkel w tym momencie mówi: biorę na siebie odpowiedzialność polityczną za wynik wyborów w Hesji i za to, że za mojego panowania CDU straciło politycznie na znaczeniu. Teraz AfD i FDP muszą znaleźć nowy pomysł na swój przekaz do wyborców, ponieważ dotychczas główne siły swojego politycznego uderzenia kierowały właśnie przeciwko Merkel. Co więcej, Merkel wywiera presję na przewodniczącym CSU, który jest niewygodnym partnerem w koalicji i którego najlepiej byłoby się pozbyć. W jednym z pierwszych komentarzy, które przeczytałem po decyzji Merkel wyrażano duże zdziwienie, że ona rezygnuje z władzy w partii, a on zostaje na stanowisku szefa MSW.

Przecież Merkel rezygnuje z funkcji w partii, a w nie w rządzie.

Tak, ale w Niemczech łatwy do zrozumienia dla opinii publicznej będzie argument, że chodzi o polityczną odpowiedzialność, stabilność funkcjonowania państwa i stabilność rządu. Funkcji kanclerza nie można rzucić ot tak, z dnia na dzień. Natomiast rezygnacja z funkcji przewodniczącej partii to już poświęcenie dużego kalibru, bo oznacza oddanie dużej części władzy. Merkel w ten sposób chce upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze, bierze odpowiedzialność za wynik wyborów w Hesji, Po drugie, wzmacnia swój wizerunek męża stanu, bo pokazuje, że władza nie jest dla niej priorytetem. Po trzecie, sprawdza, jak wygląda układ sił w jej partii, kto stanowi zagrożenie i czy ewentualnie jest sens walczyć o odzyskanie władzy w CDU w przyszłości. Merkel jest bardzo zręcznym politykiem, jeśli chodzi o polityczną walkę wewnątrz partii. Właśnie ze względu na tę skuteczność nie wierzę, że teraz naprawdę obserwujemy jej polityczny koniec.

 

* Ireneusz Paweł Karolewski - profesor nauk politycznych w Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy'ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego; wykładał i prowadził badania na Uniwersytecie w Poczdamie, Uniwersytecie Harvarda, Instytucie Studiów Politycznych w Lille oraz Uniwersytecie Montrealskim; członek zwyczajny Academia Europaea

Niemcy to nie tylko zamki. Ten kraj widziany z lotu ptaka zachwyca

Więcej o:
Komentarze (113)
Angela Merkel w Polsce. Politolog: Nie krytykowała PiS, by zachować dobre relacje
Zaloguj się
  • justas32

    Oceniono 42 razy 18

    Już nigdy nie trafi się tak bliski Polsce Kanclerz - i to z dziadkiem Polakiem. A my zamiast to wykorzystać - znów będziemy zawodzić "miałeś chamie złoty róg" ...

  • justas32

    Oceniono 37 razy 17

    Nadchodzą bardzo ciężkie czasy. Na szczęście za sterem naszego okrętu siedzą sami idioci ...

  • krzysztof_ptk

    Oceniono 21 razy 9

    Tym najpotężniejszym krajem w Europie rządziła osoba, która wywodziła się z komunistycznego kraju i uzyskała szacunek w katolickiej i protestanckiej Europie. Potrafiła być mediatorem w własnym kraju, kraju Trabanta i Mercedesa. Takiej osoby będzie Europa długo szukać.

  • krynolinka

    Oceniono 24 razy 8

    PiS-u nawet nie trzeba krytykować, jaki koń jest każdy widzi. Kulawy.

  • Popijajac Piwo

    Oceniono 20 razy 6

    "Dlaczego Merkel nie krytykowała działań PiS-u?"

    Makrela wie, że mądry głupiemu ustępuje. I że z idiotą się nie dyskutuje...

  • farsizm

    Oceniono 9 razy 5

    "Spahn stara się liberalizować niemieckich konserwatystów - sam należy do mniejszości seksualnej - i jest jednoznacznie proeuropejski, więc z jego strony nie będzie najmniejszego zrozumienia dla wielu działań polskich władz."

    W zasadzie, dlaczego Niemcy mają klepać Polaków po plecach. Przecież to sami Polacy głosowali i wciąż głosują na partię antyeuropejską, nacjonalistyczną, anarchizującą (może nie ideowo ale chaos i anarchia są skutkiem niekompetencji administracji). Jeżeli Niemcy inne kraje będą nas poklepywać po plecach, to byłby sygnał - świetnie, głosujcie dalej na gang Kaczyńskiego, to nam się podoba. A przecież jest inaczej... Z Kaczyńskim nikt się nie chce zadawać ani tu, ani tym bardziej za granicą.

  • mark6

    Oceniono 25 razy 5

    Dlaczego " Berlin" nie reagował na wyczyny polactwa?
    Bo jest to JEDYNY kraj na świecie, który rozumie z jakimi KRETYNAMI ma do czynienia !!
    PS
    " Dajcie Polakom rządzić a sami się wykończą"
    OTTO von BISMARCK
    Innymi słowy. Skretynienie tego dziadostwa z "z nad Wisły" jest znane od WIEKÓW !

  • 1moja

    Oceniono 13 razy 5

    F. Merz jako neoliberalny prawicowy polityk, lobyista i manager Blackrock /firma, ktora zarzadza majatkiem o warosci 5 500 000 000 000€, dla gawiedzi smolenskiej: to jest 2x wiecej niz Niemcy w roku wypracuja/ da popalic Dobrej Zmianie PiSbolszewickiej, ktorzy beda jeszcze plakac za Frau Merkel.
    Przegonilismy naziste, przegonilismy komuniste, przegonimy i kaczyste.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX