Jarosław Kaczyński. Jak miłośnik kotów może zmienić życie zwierząt w Polsce

Jacek Gądek
14.11.2017 15:24
Jak kociarz z kociarzem Jarosław Kaczyński i Krzysztof Czabański zgodzili się, że zwierzęta domowe, hodowane na mięso i futra powinny mieć obrońcę w państwie. Osobista słabość prezesa PiS do "koczurów" jest legendarna i sięga dzieciństwa. Ale miał też i psy.

Krzysztof Czabański pielgrzymował do prezesa Prawa i Sprawiedliwości z prośbą o poparcie dla nowej ustawy o ochronie zwierząt. I poparcie wychodził. O ile prezes jest miłośnikiem zwierząt, to już 21 lat temu nie krył: - Polityk, który mówi o gnębieniu zwierząt, nie kojarzy się ludziom z silnym i twardym politykiem, który potrafi dobrze rządzić. To jest po prostu bardzo nieporęczne politycznie.

Ale dodawał też, że "ludzie, którzy lubią zwierzęta, zwłaszcza w czynny sposób, to po prostu lepsza odmiana ludzi". Od lat zdania nie zmienił. Dopiero teraz dał jednak zielone światło - jak na polskie warunki - radykalnemu projektowi o ochronie zwierząt.

"Wojna totalna o zwierzaki"

Dyskusja o tym projekcie jeszcze nie nabrała tempa, ale to kwestia czasu. - O ten projekt będzie prawdziwa wojna, totalna wojna o zwierzaki. Będzie krwawo i gorąco - mówi w rozmowie z Gazeta.pl posłanka trzymająca kciuki za projekt.

W klubie PiS słyszymy: - Gdyby nie Jarosław Kaczyński, to ten projekt nawet nie miałby szansy zaistnieć. Żadnej, najmniejszej nawet szansy. Bez poparcia prezesa "Czaban" nic nie mógłby zrobić. To polityczne poparcie J. Kaczyńskiego pozwala mu działać.

Projekt zmiany w ustawie o ochronie zwierząt powstawał jeszcze w poprzedniej kadencji Sejmu. Zrodził się w Parlamentarnym Zespole Przyjaciół Zwierząt, w którym działają teraz politycy PO, PiS i Nowoczesnej (nie ma nikogo z PSL).

Projekt zakłada zakaz hodowli zwierząt na futra, zakaz trzymania psów na łańcuchach (oba przepisy weszłyby w życie w 2022 r.); zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach, zakaz uboju rytualnego. To uderzenie w branżę futrzarską i mięsną. A to miliardy złotych. Z jednej strony jest więc empatia wobec zwierząt, a z drugiej gigantyczny biznes.

Psy Lecha i koty Jarka

J. Kaczyński wsparł ustawę własnoręcznym podpisem, co czyni od wielkiego dzwona. To nie efekt filozoficznych rozważań, ani nawet wdzięczności za odparcie próby "puczu" w grudniu minionego roku jego przez kota "Czarusia". To efekt osobistego i legendarnego już przywiązania Jarosława Kaczyńskiego do futrzaków.

Bracia Lech i Jarosław Kaczyńscy już jako młokosy dorastali w towarzystwie psów. Mieli dwa. Jeden zaginął, a drugi wpadł pod samochód i tak dokonał żywota. W młodości nie mieli więcej psiaków. Czasami przechowywali za to koty należące do ciotki.

Lech pozostał wierny psom - nawet jako prezydent miał w Pałacu Prezydenckim wyjątkowo krnąbrnego i niewychowanego psa "Tytusa" (zdechł w listopadzie 2009 r.), który lubił kąsać wszystkich bez podziału na barwy partyjne. Z żon trzymali też kundelkę "Lulę".

A Jarosław przywiązał się bardziej do kotów, które nazywa "koczurami".

Trzy "koczury"

Dziś prezes ma szaroburą kotkę "Fionę", która lubi... aportować za winogronami i czarnego kocura imieniem "Czaruś", który nie lubi "puczystów" z Komitetu Obrony Demokracji. "Czaruś" trafił do prezesa przypadkiem. Znaleźli go ochroniarze J. Kaczyńskiego i przynieśli mu. - I tak już zostało - kwitował prezes.

J. Kaczyńskiego lubi odwiedzać należący do sąsiadów rudy kocur "Feliks". Właśnie on tak często wita prezesa w bramie domu, że w mediach "Feliks" zaczął być nawet przedstawiany jako pupil J. Kaczyńskiego, z czego on sam miał niezły ubaw. - To kot kloszard. Nie jest mój! - śmiał się prezes. "Feliksa" nazywa "Rudym". A zaprzyjaźnił się z nim, gdy właścicielka kota trafiła do szpitala, a futrzaka poszarpał jakiś pies. Prezes starym zwyczajem zawiózł go do weterynarza i odratował, ale potem dla zostawił już na wolności.

Prezes PiS ma z "koczurów" niezły ubaw. - Kiedyś nie wiedziałem, co znaczy powiedzieć o kobiecie, że zachowuje się jak kotka. Teraz wiem. Kotka domaga się, by ją pieścić w sposób nieraz bezczelny - stwierdził w wywiadzie dla "Życia" w 1996 r.

Jak prezes "Busia" przygarnął

Jak zaczęła się słabość do kotów u prezesa PiS? Jarosław Kaczyński miał kocura zanim został prezesem PiS. Miał go nim stworzył Porozumienie Centrum. Miał nawet, nim upadła komuna.

W 1987 r. Jarosław Kaczyński przygarnął kota - to był właśnie "Buś". Wcześniej dokarmiał go, choć ten był podwórkowym kocurem "nie wiadomo skąd". Do domu "Buś" się wprowadził, bo nie chciał, tak jak zwykle, jeść. Kaczyński zaniósł go więc do środka willi na Żoliborzu. Był tak zaniepokojony brakiem apetytu u kocura, że wezwał weterynarza. A ten mu doradził, że zwierzę przez najbliższe dni ma siedzieć w cieple. - I tak został. Byłem ciężko przerażony, bo myślałem, że wziąłem kocicę z dziesięcioma kociakami w brzuchu. No, ale co miałem zrobić? - wspominał w 1996 r.

Prezes niespecjalnie znał się wówczas na "koczurach". Kocica ze spodziewaną watahą kociąt w brzuchu okazała się spasionym kocurem. "Buś" lubił się wylegiwać w czapce-leninówce Kaczyńskiego.

Gdy do Kaczyńskich trafił "Buś", to już wtedy w domu była kotka, więc "Buś" nie był pierwszy, ale to właśnie do niego prezes PiS bardzo się przywiązał. "Buś" schudł, gdy tylko J. Kaczyński zaczął go karmić, ale i tak ważył z 10 kilogramów. - Jest teraz centralną postacią w domu. Kiedy dzwonię, to pytam najpierw o kota - wspominał 21lat temu.

Prezes ze śmiechem wspominał, że "Buś" miał w zwyczaju objadać sąsiadkę - również kociarę - z krupniku i kiełbasy, a potem powłóczył pełnym brzuchem po schodach. Przy tym "mruczał nieprawdopodobnie". Prezes mówił o jego niemal ludzkich cechach. I o tym, jak bardzo kociak - wbrew powszechnej opinii - przywiązał się do ludzi.

"Alik" - najukochańszy

"Buś" to był tylko wstęp do fascynacji Kaczyńskiego kotami. Tym najukochańszym był dopiero jego następca: "Alik". Prezes znalazł tego kocura przy drodze. Był półżywy, bo potrącił go samochód. Znów weterynarz, który poskładał i zszył zwierzę. Znów udało się - tym razem z poważnych tarapatów - uratować kociaka. Kocur dostał na imię "Alik" - tak, jak na drugie imię (Aleksander) ma nie tylko Jarosław, ale i Lech. Aleksander był ich dziadkiem. Choćby przez to był z nim emocjonalnie związany.

Pręgowany, ciemny "Alik" był w domu bardzo długo. Kocur odwdzięczał tym, że uwieszał mu się na nodze, więc prezes chodził z nim tak po domu. Prezes łożył pieniądze na jego leczenie, gdy ten już był leciwy. Padł po 12 latach - w 2011 r. Potem trafiła do niego "Fiona". Gdy zabrakło "Alika" prezesa PiS poratował brat zmarłej Pierwszej Damy Marii Kaczyńskiej - Konrad Mackiewicz, też kociarz. W rozmowie z "SE" Kaczyński mówił: - Sam miał cztery koty, więc jednego mi podarował. To jest półtoraroczna kotka.

Imię wybrała Jadwiga Kaczyńska, matka prezesa PiS. Prezes śmiał się, że kocica ma w zwyczaju rozlewanie wody na podłogę. Ale najdziwniejszą cechą jest to, że "Fiona" aportuje. - Ona co noc wręcz domaga się, bym rzucał jej winogrona. Rzuca się za nimi w szalonym pędzie i... przynosi je grzecznie w zębach. Po prostu aportuje - opowiadał Kaczyński.

Wywiadzie dla Radia Białystok z pewnym rozrzewnieniem mówił jednak, że "dzisiaj mamy nowe pokolenie kotów, tak jak mamy nowe pokolenie młodych ludzi". - Mają zupełnie inne wymagania, zupełnie inne oczekiwania. To są inne koty, niż pamiętam z dawnych lat.

Zwierzęta lepsze od ludzi

W osobistym spojrzeniu na traktowanie zwierząt J. Kaczyński jest radykalny.

- Zwierzęta mają zalety rzadkie u ludzi, na przykład są całkowicie pozbawione agresji. Nie mają tego, czego najbardziej nie lubię, to znaczy chęci szkodzenia innym bez żadnego powodu - mówił prezes PiS we wspomnianym, leciwym wywiadzie.

Stąd też Kaczyński obruszał (był rok '96) się na to, że "w Polsce stosunek do zwierząt jest często bardzo prymitywny", a "kulturalne traktowanie zwierząt, zwłaszcza na wsi" wcale nie dominuje. Zżymał się zwłaszcza na trzymanie psów na krótkich łańcuchach. Dodawał nawet, że "jak najlepiej" myśli o oblewaniu farbą prawdziwych futer z lisów czy norek. - Takie działanie jest jak najbardziej pożądane - mówił i trzymał kciuki za swoją bratanicę, wówczas 16-letnią Martę Kaczyńską, która tę farbę lała.

Polowanie na myśliwych

Kaczyńscy ratowali kociaki, ale także dziką zwierzynę. Jarosław wspominał scenę z młodości: - Kiedyś spacerowaliśmy z bratem po lesie i spotkaliśmy dwóch panów na furmance. Jeden miał na głowie myśliwski kapelusik, ale jego twarz przypominała prawdziwego wieprza. Dawno temu hodowano potwornie grube wieprze, bo wieprz z dużą ilością słoniny był dużo więcej wart. Otóż ten facet przypominał właśnie takiego wieprza. Wziął broń i zaczął celować w stronę sarny. Mój brat gwizdnął, doszło do ostrej wymiany zdań.

Sarna czmychnęła.

Dźwięczy w tych zdaniach osobista pogarda dla myśliwych. Stąd w "Życiu" prezes dodawał: - Jedynym polowaniem, w którym chętnie wziąłbym udział, byłoby polowanie na myśliwych - mówił. Ubolewał przy tym na nierealnością wprowadzenia zakazu polowań na zwierzęta.

Ale już w rządach PiS J. Kaczyński stawia na pragmatyzm. Ministrem środowiska (nie ochrony środowiska!) jest prof. Jan Szyszko. Zaufany o. Tadeusza Rydzyka to zapalony myśliwy, chętnie pokazujący się w myśliwskiej czapce. <Minister brnie też w wycinkę Puszczy Białowieskiej, a z pozwolenia na polowania na łosie wycofał się dopiero pod presją dymisji.

Pieniądze ze zwierząt

Osobiste spojrzenie, a działania polityczne, to często dwa różne światy. I tak może być tutaj. Bo w Europie Polska jest - po Danii - drugim producentem skór zwierząt futerkowych, a na świecie trzecim (po Chinach). Futra i skóry to towar głównie eksportowy, a ten ma wartość rzędu 2,5 mld zł. To też dużo miejsc pracy, bo w ok. dwóch tysiącach ferm pracuje z 10 tys. osób, a kolejnych 40 tys. w otoczce przemysłu futrzarskiego. Wszystko to powoduje, że lobby futrzarskie jest silne. Linia podziału nie przebiega tak, jak zwykle.

Czy ustawa o ochronie zwierząt przejdzie w radykalnej formie, pod którą prezes PiS się podpisał? - Zakończenie jest więc wielką niewiadomą. Podziały idą nie między klubami, ale w poprzek klubów. W PiS też. Ludzie związani z rolnictwem najchętniej wyrzuciliby tę ustawę do kosza - słyszymy z szeregów PiS.

Rzeczniczka partii, Beata Mazurek, też tak mówi: - Jakie będzie rozstrzygnięcie - nie wiem, ale wiem jedno - Jarosław Kaczyński i wielu z nas jest wielkim miłośnikiem zwierząt i te zwierzęta będziemy chronić - zapowiedziała

Sam J. Kaczyński mówił 21 lat temu: - W czasach, kiedy tworzyliśmy PC, ostrzegano nas, by na te tematy nic nie mówić. To są sprawy zbyt drażliwe i w samej partii wywołują dość mocne podziały.

W PiS i w innych partiach te podziały teraz zobaczymy.

Te 14 pytań pokaże, jak dobrze znasz lata 80. Ci powyżej 30 lat mają fory
1/14W którym roku miała miejsce awaria reaktora atomowego w Czarnobylu?
Zobacz także
Komentarze (223)
Jarosław Kaczyński. Jak miłośnik kotów może zmienić życie zwierząt w Polsce
Zaloguj się
  • quinquedactylus

    Oceniono 33 razy 15

    A co ze zwierzętami rozstrzeliwanymi przez szyszkowych socjopatów z dubeltówkami.

  • mark_kram57

    Oceniono 26 razy 14

    Jak mocno jestem przeciwnikiem PIS, tak w tym wzgledzie popieram te dzialania w 100%

  • pix_d

    Oceniono 22 razy 12

    Ciekawe dlaczego ten największy z największych miłośnik zwierząt i przyrody nie zabierał wcześniej głosu przy wszystkich pomysłach Wielkiego Rębajły - ministra środowiska.
    I druga kwestia: co przy tej okazji chcą przepchnąć kolanem pod osłoną nocy?

  • korcia2000

    Oceniono 15 razy 11

    Wreszcie raz zgadzam się z Kaczyńskim. A swoją drogą - może by "odstrzelił" p. Szyszkę?

  • pboecker

    Oceniono 13 razy 9

    Z Kaczynskim sie politycznie zupelnie nie zgadzam(!!) ale jesli chodzi o zwierzeta to 100% popieram i podaje mu reke.

  • jael53

    Oceniono 11 razy 9

    Trzymam kciuki za powodzenie tej ustawy. Tylko poproszę jeszcze o sensowne przepisy wykonawcze.
    Tak, to pisze zdeklarowana nieprzyjaciółka wszystkiego, co wylazło ze starego kotła AWS.

  • miastowiec-ze-wsi

    Oceniono 12 razy 8

    Pierwsza ustawa Kaczynksiego która popieram bez żadnych ale.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje