Ewa jeździ na misję jako pracownik humanitarny. "Najtrudniejsza w tej pracy jest bezsilność"

Co roku 19 sierpnia to Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej. W sektorze humanitarnym pracuje bardzo wiele kobiet. Praca wymaga od nich wielu wyrzeczeń i odpowiedniej konstrukcji emocjonalnej, jest im zdecydowanie trudniej. - Często pracujemy w regionach, gdzie z założenia nasza pozycja jest gorsza - argumentuje Ewa Pintera z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Lena Gontarek, Gazeta.pl: Jesteś pracownikiem humanitarnym w Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej. Co jakiś czas wyjeżdżasz na miesięczne-dwumiesięczne, czasem krótsze misje. Ostatnio do Libanu. Teraz do Iraku. To chyba praca wymagająca emocjonalnie?

Ewa Pintera, Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej: Kiedyś wydawało mi się, że tak nie jest. Zawsze starałam się nie zastanawiać nad ogromem tragedii, z którą mamy do czynienia. Przyjeżdżamy do miejsc, gdzie tysiące ludzi przeżyło traumę i ich historie są zwykle naprawdę dramatyczne, ale ja wolałam się skupiać na tym, co możemy zrobić, żeby było lepiej i jak możemy wykorzystać naszą wiedzę i nasze umiejętności. Szybko jednak zauważyłam, że przebywanie dłuższy czas w totalnej beznadziei rodzi w człowieku bezsilność.

Dlaczego?

Prawda jest taka, że nawet jeśli my pomożemy w danym momencie, to ci ludzie zwykle nadal nie mają przed sobą żadnych perspektyw. Przykładem może być Liban: uchodźcy mają tam ograniczone prawo do pracy, mogą zatrudnić się tylko w budowlance i rolnictwie, nie mogą budować stałych domów i nie wiedzą, kiedy będą mogli wrócić do swojego kraju. My staramy się im ułatwić ich życie, wpłynąć na jego komfort, żeby było im ciut lżej, ale tak naprawdę oni nie mają żadnych szans na realne poprawienie losu. To właśnie to, a nie ich bieda, jest dla mnie porażająca. Życie dzieci, które się tam rodzą, jest zdeterminowane przez miejsce, gdzie się urodziły. Na 80. proc. będzie ono bardzo trudne. To jest prawdziwa tragedia. Ta świadomość była dla mnie przygniatająca. I to budzi we mnie ogromne poczucie niesprawiedliwości. 

Dzieci w IrakuDzieci w Iraku Fot. PCPM

Dlaczego w takim razie wybrałaś tę pracę?

Zawsze dużo podróżowałam, interesowałam się też historią i polityką międzynarodową. Im więcej krajów odwiedzałam, szczególnie tych dotkniętych ubóstwem, bądź tych, przez które przetoczyły się różne konflikty, tym większe rodziło się we mnie to poczucie niesprawiedliwości, o którym już wspomniałam. I z tego powodu trafiłam do pierwszej organizacji pozarządowej. Tam głównie zajmowałam się Ukrainą i Białorusią. Potem zaczęłam też jeździć do Tunezji, która była świeżo po Wiośnie Arabskiej. I zaczęło mnie to wciągać. I tak zostało.

Co jest w tej pracy najtrudniejsze?

Bezsilność, że jesteśmy w stanie pomóc tylko określonej grupie ludzi i tylko przez określony czas. Ale nie tylko to. Ta praca wiąże się też z pewnymi wyrzeczeniami.

Jakimi?

Przede wszystkim z rozłąką z bliskimi. Zwykle też nie pracujemy w stolicach krajów, ale lądujemy w małych miasteczkach, wsiach i możliwości spędzania wolnego czasu są ograniczone. Na miejscu nie mamy wielu znajomych. Po pracy często zostajemy sami. Czasem pojawia się więc samotność. 

Czujesz się samotna w tej pracy?

Zdarzało mi się tak np. w Libanie. Nie było tam pracowników z Polski, głównie skupiałam się na pracy. Widziałam mnóstwo cierpienia i czułam, że potrzebuję się czasem podzielić z kimś tymi doświadczeniami. Ale nie zawsze jest się z kim podzielić.

Do tego dochodzi jeszcze stres związany z pracą pod presją czasu. 

Prawda, często realizujemy projekty, w których czas się bardzo liczy. Tu przykładem znów może być Liban. Chcieliśmy jeszcze przed zimą zapewnić zapomogi finansowe na zakup opału oraz koców, pracowaliśmy w tygodniu i w weekendy, żeby zdążyć przez pierwszymi śniegami. A jednocześnie pojawiały się przeszkody, których w Polsce zupełnie nie znamy, np. brak prądu. Raz zdarzyło mi się, że musiałam wydrukować około tysiąca umów dla uchodźców, którzy następnego dnia mieli przyjść je podpisać, aż tu nagle nastąpiła przerwa w dostawie prądu. W Libanie to norma, dla nas to problem niewyobrażalny. 

Obozy, w którym pracownicy PCPM rozdawali materiału do naprawy namiotów dla uchodźcówObozy, w którym pracownicy PCPM rozdawali materiału do naprawy namiotów dla uchodźców Fot. PCPM

A ryzyko?

Zawsze jakieś podejmujemy. Wprawdzie nie wyjeżdżamy w regiony, gdzie istnieje bezpośrednie zagrożenie życia, ale i tak nie są to regiony spokojne. Kurdystan jest stabilny i spokojny. Po stronie federalnego Iraku nie ma działań zbrojnych, ale pozostały tzw. uśpione komórki ISIS, ludzie zdolni do barbarzyństw, którzy gdzieś się ukryli. Nikt nie jest pewien, jakie tak naprawdę stanowią zagrożenie. Nie trzeba być pod flagą ISIS, żeby być niebezpiecznym. Nie sprzyja to stabilizacji i odczuwaniu pełnego bezpieczeństwa.

Odczuwasz na miejscu strach?

Zdarzają się takie sytuacje. Pamiętam, jak wydawaliśmy uchodźcom w Libanie narzędzia, płachty plastikowe i drewno do reperowania namiotów. Chodziło o to, żeby mieszkańcy obozów uszczelnili sobie plastikowe namioty, w których mieszkają, zanim przyjdą mrozy. Rozdawaliśmy je na podstawie wcześniejszej analizy stanu tych namiotów, a więc nie wszyscy dostawali wszystkiego tyle samo. W którymś momencie ludzie zaczęli się między sobą o to kłócić. Napięcie znacznie urosło, to wpływało również na nas, na to, jak się odnosili do nas. Z jednej strony nie czułam się komfortowo. Z drugiej jednak pomyślałam, że trudno ich oceniać. Dla nich więcej materiału oznacza nie tylko uszczelnienie namiotu, ale też możliwość sprzedaży np. kawałka drewna i zdobycie pieniędzy. Oni jednak żyją w ubóstwie.

Są historie, które zapadają Ci w pamięć?

Zdecydowanie. Ale to często nie są historie uchodźców, które są bez wątpienia przerażające i tragiczne, ale ludzi, z którymi w jakiś sposób się utożsamiam. Ostatnio taką historię opowiedział mi burmistrz miasteczka Tel Keif (Irak), w którym prowadzimy projekt. To bardzo wykształcony człowiek, otwarty, pełen pozytywnej energii, inteligentny. Zostaliśmy zaproszeni do jego domu. To niewielki budynek, ale przypominający nasze polskie domy, z ogródkiem. Jego rodzina jest przemiła, zaprosili nas na obiad. Oni żyją jak my, różnica polega jedynie na innym kontekście kulturowym i geopolitycznym. Mieszkają w miasteczku Al Qush. Z jego domu rozciąga się widok na równinę Niniwa, gdzie ISIS okupowało niektóre miasteczka. Pokazywał nam dokładnie, które miasteczka zostały zajęte przez terrorystów, opowiadał, że widział, jak przyjeżdżały czasem tylko dwa samochody i ludzie, którzy z nich wysiadali, zajmowali całe wioski, bo nie miał kto obronić mieszkańców. Pewnej nocy zadzwonił znajomy, który powiedział, że ISIS jest już bardzo blisko i że trzeba uciekać. Więc burmistrz ze swoją rodziną wzięli to, co mieli pod ręką i uciekli. 

Dolina Niniwa w IrakuDolina Niniwa w Iraku Fot. PCPM

Burmistrz wrócił do Tel Keif?

Tak, po tym, jak ISIS zostało pokonane. Wcześniej stworzył prowizoryczny urząd poza terenem zajętym przez terrorystów i stamtąd próbował pomagać miastu. I teraz robi wszystko, co może, żeby miasto odbudować. Nie jest to łatwe, bo w miasteczku jest pełno napięć społecznych. W byłym centrum kultury znajduje się więzienie dla osób, które współpracowały z ISIS. Mieszkańcy żyją tam z myślą, że za rogiem mieszkają oprawcy. Czasami zdarzają się sytuacje, że w społeczności ludzie podejrzewają się o współpracę z bojownikami. Burmistrz mówi, że nie jest problemem odbudowa infrastruktury, jeśli tylko znajdą się pieniądze. Najtrudniej jest odbudować zaufanie społeczne. Ale on ciągle wierzy, że mu się to uda. Dlatego nie wyemigrował za granicę, gdzie mieszka jego rodzina, choć miał taką możliwość. 

Dlaczego zapamiętałaś akurat tę historię?

Jak ją usłyszałam, zobaczyłam siebie, jak oglądam w domu telewizję, czuję się bezpiecznie, i nagle ktoś do mnie dzwoni i mówi, że muszę uciekać. Jak ja bym to przyjęła? Jakbym sobie poradziła wtedy? Kiedy spotykałam się z ludźmi, którzy mieszkają w namiotach, którzy już wcześniej prowadzili życie nomadów, nie utożsamiałam się tak z nimi. A te historie sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać, jak trudno jest, kiedy nagle ktoś odbiera ci wszystko, co masz, twoje życie jest zagrożone, musisz uciekać i całe życie budować od nowa.

Czy ta praca zmienia twoje myślenie o życiu?

Zdarzało się, że wracałam z misji tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Ostatnim razem wybrałam się do galerii handlowej, aby dokupić prezent. Pamiętam, że weszłam do sklepu z artykułami dekoracyjnymi do wnętrz i trafiłam na parę, która kłóciła się o kupno jakiejś drobnej rzeczy. Uderzył mnie ten kontrast - przed chwilą byłam w miejscu, w którym ludzie zastanawiają się, co będą jeść następnego dnia, a ta para ma problem, czy kupić coś za 150 czy za 200 złotych, coś, co naprawdę było bezużyteczne. Po powrocie z misji zawsze uderza mnie to materialistyczne podejście, ta chęć posiadania, zamiast docenienia tego, co już się ma. Ja też wchodzę czasem w ten tryb, że zależy mi, żeby coś mieć, ale każdy wyjazd powoduje, że zaczynam bardziej doceniać to, co jest tu i teraz, to, co mam. To daje ta praca - zaczyna się doceniać, nie oczekuje się tak wiele, cieszy się człowiek z małych rzeczy.

Dzieci Abdullaha z BarzanDzieci Abdullaha z Barzan Fot. PCPM

Przy okazji Dnia Pomocy Humanitarnej rozmawiamy o pozycji kobiet w tym sektorze. Jak ona wygląda?

Kobiet w pomocy humanitarnej jest dużo, ale mimo to zdarzają się trudne sytuacje. Często pracujemy w regionach, gdzie z założenia nasza pozycja jest gorsza. Zdarzyło mi się w sytuacji zawodowej, że kiedy byłam z kolegą, mężczyźni woleli rozmawiać z nim. Czasem pojawiają się też trudności w zarządzaniu zespołem.

Spotkałaś się z taką sytuacją?

Tak, w Libanie. Tworzyliśmy duży zespół i miałam pracownika, który ewidentnie nie uznawał mnie za przełożoną. Miałam problemy z egzekwowaniem zadań, które miał wykonać. To bardzo obciążające. Dojście z nim do porozumienia wymagało ode mnie wiele konsekwencji i cierpliwości. Pod koniec misji mi się to udało, ale łatwo nie było. Z takimi sytuacjami trzeba się liczyć, wchodząc w tę pracę i w taki region. Ale w większości sytuacji relacje zawodowe są oparte na wzajemnym szacunku, Ci ludzie doceniają nasze zaangażowanie i pracę. Jak lokalna społeczność nas zaakceptuje, ludzie dają ogromne wsparcie. Więc myślę, że tych trudności nie możemy łączyć jedynie z kulturą regionu. W końcu takie sytuacje zdarzają również w innych miejscach, także w Polsce.

Czy oprócz cierpliwości i konsekwencji, praca humanitarna wymaga jakichś konkretnych predyspozycji?

Potrzebna jest otwartość. Spotykamy się z różnymi kulturami  i zwyczajami i trzeba je uszanować. Potrzebna jest też odwaga. Ale nie brawura. Niebezpieczni są ci pracownicy, którzy szukają adrenaliny. To oczywiście jest praca związana z adrenaliną, ale procedury bezpieczeństwa są po coś, nawet jak nam się wydaje, że jest stabilnie i spokojnie, to może to być tylko złudzenie. Ludzie, którzy szukają adrenaliny, są zagrożeniem zarówno dla siebie, jak i dla innych. Więc trzeba być rozważnym.

Co z wrażliwością?

Zastanawiałam się nad tym. Wydawało mi się, że jestem dobrym pracownikiem humanitarnym, bo nie wchodziłam swoimi emocjami w emocje innych ludzi. Roztkliwianie się nad historią całej rodziny może całkowicie rozłożyć człowieka emocjonalnie. Wtedy nie da się pracować. Zbyt wrażliwi ludzie długo tam nie wytrzymają. A przecież po to tam jesteśmy. Ale wrażliwość jest potrzeba, bo wtedy widzimy, jakie są potrzeby, jesteśmy w stanie klarownie myśleć i kanalizować pomoc tam, gdzie ona jest najbardziej potrzebna. 

Teraz, po kilku latach pracy, bardziej cieszysz się, jak masz przed sobą wizję wyjazdu czy powrotu?

Jak za długo siedzę w Polsce, nosi mnie i czekam na kolejny wyjazd. Ale jak jestem za długo tam, to chcę wracać do domu. To chyba zależy od momentu w życiu, w którym jesteśmy. Kiedyś te wyjazdy były dla mnie wielkimi pozytywnymi emocjami. Dziś potrzebuję więcej stabilizacji, więc cieszy mnie powrót do domu.

Ewa Pintera - koordynatorka projektów w PCPM (Liban i Irak). Absolwentka Wydziału Stosunków Międzynarodowych i Politologii UŁ oraz Studiów za zakresu Współpracy Rozwojowej Uniwersytetu w Pavii (Włochy). Od 8 lat pracuje w sektorze pomocy rozwojowej i humanitarnej. Wcześniej zajmowała się projektami demokratyzacyjnymi na Ukrainie, w Birmie oraz Tunezji. W PCPM realizowała projekty na rzecz uchodźców syryjskich w Libanie a obecnie koordynuje projekt wsparcia władz lokalnych w irackim Kurdystanie w zakresie odbudowy/rozbudowy infrastruktury, szkoleń dla pracowników władz lokalnych itp.

Więcej o:
Komentarze (72)
Ewa jeździ na misję jako pracownik humanitarny. "Najtrudniejsza w tej pracy jest bezsilność"
Zaloguj się
  • haniku72

    Oceniono 39 razy 21

    To może najpierw warto zadbać o to by tam nie rodziło się więcej dzieci (może po jednym w rodzinie wystarczy?) by nie skazywać ich na głód, zimno i istniejące warunki życia? A może wszystkich mamy przyjąć do Europy, a my wyemigrujemy (by zadośćuczynić europejskiemu humanitaryzmowi) do Afryki? Uważam, że są pewne granice w działaniach humanitarnych tym bardziej, że gdyby pieniądze które wydaje się w Europie na uchodźców zaangażować na miejscu (Syria, Liban) to pomoc ta byłaby bardziej efektywna o czym od wielu lat głośno mówi szefostwo PAH.

  • mg_40

    Oceniono 28 razy 18

    Prezerwatywy, tabletki antykoncepcyjne i wczesnoporonne

    To jest jedyna pomoc jaką bogate kraje winny świadczyć krajom biednym

  • an_ma_o

    Oceniono 37 razy 17

    Szanowna Pani niezaleznie od tego jak uchodźcy mają ciężko w Libanie gdyby ich Liban nie przyjął wszyscy byliby martwi ...nikt im nie każe na potęgę się rozmnazac w takiej sytuacji . W latach 70 Liban przyjął uchodźców palestynskkich dzięki którym zachwiala się krucha konstrukacja społeczna tego kraju co doprowadzilo do wybuchu krwawej wojny domowej . Trwała ona 15 lat...zanim zaczniemy oceniać Liban jaki to slaby jeat dla biednych uchodźców należy wziąć pod uwagę szerszy kontekst.

  • pavise

    Oceniono 31 razy 9

    Jak to możliwe, że nie stać mnie na trzecie dziecko, pomimo że pracuje, a tam w tej nędzy mają po 5 dzieci i więcej? I jeszcze mam mieć wyrzuty sumienia , że nie mają czym ich wykarmić? Jaja sobie robicie.

  • ochujek

    Oceniono 10 razy 8

    Wesołowski z Gilem i Karczewski wiedzieli jak zorganizować sobie czas wolny na misji. Ale oni nie pchali się w miejsca trudne i nieprzyjazne.

  • baby1

    Oceniono 19 razy 5

    Po pierwsze nie należy wywoływać wojen, bo takie są potem skutki. A kto to robi? A nasz największy sojusznik. a my mu jeszcze w tym pomagamy. Żadna pomoc humanitarna nie byłaby potrzebna w Iraku, itd. gdyby nie "demokratyzacja" w stylu USA. Po drugie należy zadbać o to, aby nędza się nie dziedziczyła, jak kto woli inaczej, nie rozmnażała. Wszystkie inne działania są doraźne, a skutek to jeszcze większa nędza.

  • buk-humor-dziczyzna

    Oceniono 21 razy 5

    najlepiej rozwalać przedszkola, meczety, szkoły, a potem "pomagać"

  • chi-neng

    Oceniono 27 razy 5

    Interesujacy i dobry artykul.
    Ale musze szczerze wyznac, ze nie moge sie pozbyc uczucia iz jest on zarazem jak gdyby 'nie z tej ziemi', bo glowna bohaterka artykulu dzila nadal w pisowskiej Polsce.
    Wiem, ze jest aktywna na tej plaszczyznie od 8 lat, ale jak to sie stalo, ze w dalszym ciagu, w piso-katolicko-naziolskiej Polsce dziala i otwarcie mowi o tym czym sie para???
    Noeta bene; bardzo ladna kobieta :)

    Jedraszewski!
    Czarna zarazo!
    Nie podciagnij mnie przypadkiem pod twoje fobie, z powodu uznania jako kobieta dla innej kobiety jej urody, piekna.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX