Popadli w długi, komornik sześć lat temu zlicytował ich dom. Sprawa ugrzęzła w sądzie

Historia państwa P. pokazuje, że niemal z dnia na dzień można stracić wszystko, a sytuację może pogorszyć jeszcze sądowo-urzędnicza machina. W 2013 r. w związku z ogromnymi długami stracili rodzinny dom w Warszawie. Liczyli na to, że od tego momentu rozpoczną nowe życie. Tymczasem sprawa w sądzie trwa do dziś i nie wiadomo, kiedy się zakończy.

4 czerwca złożyłem wniosek do Sądu Rejonowego Warszawa Praga-Północ o zgodę na wgląd do akt sprawy Małgorzaty i Michała P.

Małżeństwo poprosiło mnie o pomoc. Ich dom w związku z licznymi długami został zlicytowany w sierpniu 2013 r. Sprawa do dziś nie została zakończona, zdaniem państwa P. - z powodu zbyt powolnego, a czasem i chaotycznego działania sądu. Nie mogą odzyskać części pieniędzy, która pozostała ze sprzedaży domu.

Sąd po złożeniu przeze mnie wniosku milczał przez ponad miesiąc. 9 lipca zadzwoniłem do sekretariatu prezesa sądu. Usłyszałem, że wniosek najprawdopodobniej... zaginął. Zostałem poproszony o ponowne przesłanie dokumentu. Jeszcze tego samego dnia otrzymałem zgodę, akta były do wglądu niemal od ręki.

I chociaż trudno zaprzeczyć temu, że państwo P. wpadli w długi z powodu swoich błędnych decyzji i nieostrożności, może zaskakiwać fakt, w jaki sposób ich sprawa jest przez sąd i urzędników prowadzona. Lektura akt sprawy pokazuje, że "przeoczenie" mojego wniosku nie było incydentem, a podobne, czasem wręcz kuriozalne sytuacje zdarzały się również państwu P.

Dom państwa P. trafia pod młotek

Zacznijmy jednak od początku. Michał P. prowadził firmę hydrauliczną, żona - Małgorzata P. - z wykształcenia księgowa, zajmowała się domem. Mieszkali na warszawskim Targówku.

Michał P. chciał kupić dom na wsi, zamierzał hodować ryby. W 2004 r. namówił żonę na wspólny kredyt w banku na kwotę 270 tys. zł. Raty wysokie - 6 tys. zł miesięcznie - ale kobieta, mimo oporów, zgodziła się.

Dwa lata później wyszło na jaw, że mąż bez wiedzy żony nie spłacał rat, co więcej, dawał pieniądze znajomemu, obiecującemu mu lukratywne interesy. Sam pożyczał także gotówkę od sąsiada - Jerzego Ś. Sąd orzekł, że jest mu winien 150 tys. zł. Małgorzata P. i Michał P. w rezultacie spisali u notariusza rozdzielność majątkową.

Dom trafia pod młotek

Rodzinny dom na Targówku w związku z długiem w banku trafił na komorniczą licytację. Dom został sprzedany w sierpniu 2013 r. Irenie Ś., matce Jerzego Ś., za 75 proc. wartości domu - ok. 490 tys. zł.

W listopadzie 2013 r. Irena Ś. wpłaciła do Sądu Rejonowego Warszawa-Praga Północ pieniądze za kupno domu państwa P. W tym samym miesiącu komornik przygotował plan podziału kwoty.

Do banku miało trafić ok. 313 tys. zł (w tym ponad 130 tys. zł narosłych odsetek), do komornika - 46,3 tys. zł (ta kwota zawiera m.in. koszty całej procedury). Na "liście płac" znalazły się również m.in. Urząd Skarbowy i ZUS, ale te instytucje nie dostarczyły do sądu tzw. tytułu wykonawczego, który dałby podstawy do przelania im pieniędzy.

Małgorzata P. i Michał P. mieli otrzymać z tego ok. 129 tys. zł reszty.

Wydawało się, że bank zostanie wkrótce spłacony, a wszystko zakończy się pomyślnie. Tymczasem historia z zawiłą urzędniczą machiną w tle dopiero się rozpoczęła.

Zagubione dokumenty i niekończące się pisma

Mimo że sporządzony przez komornika plan podziału pieniędzy trafił do sądu 26 listopada 2013 r., sąd 14 stycznia 2014 r. znów poprosił o przygotowanie planu. Zaskoczony komornik przesłał sądowi plan jeszcze raz, przypominając, że sporządził go już o wiele wcześniej. Sąd po prostu przeoczył lub zgubił dokument.

Zegar jednak wciąż tykał, bo bank nie był spłacony i nadal naliczały się odsetki. W styczniu do sądu wpłynęła skarga Michała P., który denerwował się, że licytacja odbyła się w sierpniu, a sprawa nadal nie została rozwiązana.

Również bank w pewnym momencie stracił cierpliwość. W kwietniu 2014 r. poprosił sąd o przyspieszenie postępowania.

W sierpniu 2014 r. powstała delikatna korekta planu podziału pieniędzy. Sprawa nie mogła jednak ruszyć z miejsca, bo... komornik zapomniał o podpisaniu dokumentu. Minęły kolejne cenne tygodnie. Stawił się w sądzie dopiero w październiku i złożył podpis.

Październik 2014 r. Małgorzata P. i Michał P. napisali do sądu z prośbą o przelanie należnych im pieniędzy. Jednak w tym samym miesiącu sąd zdecydował, że pozostaną one na razie w depozycie. Również bank jeszcze dwukrotnie - w październiku i listopadzie - przypominał sądowi o swoich pieniądzach.

W grudniu 2014 r. sąd dochodzi do wniosku, że powinien poprosić przedstawicieli banku o odpowiednie pełnomocnictwa i odpis z rejestru KRS. Bank szybko dostarczył dokumenty i w styczniu 2015 r. znów domagał się pieniędzy.

Luty 2015 r. Małgorzata P. prosi o przyspieszenie całej procedury. Po raz kolejny.

Bank dostaje pieniądze, pozostają odsetki

17 marca w nieistniejącej już gazecie "Metro" ukazał się mój tekst o całej sprawie. Temat podjęła również telewizja TTV w programie interwencyjnym. 

Zbieg okoliczności lub reakcja na medialną burzę spowodowała, że zaledwie trzy dni później sąd zwrócił się z pytaniem do komornika, na jakie konto mają zostać przelane pieniądze (mimo że numer konta widniał na wcześniej dostarczanych dokumentach). 23 marca 2015 r. sąd przelał w końcu komornikowi 360 tys. zł (objęło to należność dla banku i opłaty dla komornika). 

Bank otrzymał od komornika 313 tys. zł. Nie wzięto jednak pod uwagę 32 tys. zł odsetek, które narastały od czerwca 2012 r. do marca 2015 r.

W czerwcu Małgorzata P. i Michał P. ponownie poprosili o przelanie 130 tys. zł. Sąd odmówił, tłumacząc, że trzeba jeszcze rozwiązać zaległe sprawy z bankiem, ZUS-em i Jerzym Ś.

Miesiąc później do sądu napisała już sama Małgorzata P. "Pragnę zaznaczyć, że zobowiązania wobec Banku dotyczą mnie i męża, natomiast pozostałe zobowiązania tj. wobec Jerzego Ś., ZUS czy Urzędu Skarbowego dotyczą tylko mojego męża" - zwróciła uwagę. Poprosiła sąd, by spłacił bankowi odsetki i przekazał jej połowę pozostałej kwoty. "Drugą połowę proszę przekazać wierzycielom męża" - napisała. Sąd oddalił wniosek Małgorzaty P.

Odsetki - 32 tys. zł - ostatecznie trafiły do banku pod koniec 2016 r. Tym samym dla innych wierzycieli oraz samego małżeństwa P. pozostało w depozycie już nie 130 tys. zł, a ok. 100 tys.

W lutym 2017 r. Michał P. poprosił sąd, by połowa pozostałych pieniędzy została przekazana jego żonie.

Sprawa się jednak nie skończyła, bo sąd postanowił nawiązać bardziej szczegółową korespondencję z Jerzym Ś. Poprosił o dokumenty, które umożliwiałyby Jerzemu Ś. ściągnięcie długu również z majątku Małgorzaty P. Jerzy Ś. nie miał takiego dokumentu, bo przecież pieniądze pożyczał jedynie Michałowi P. i to Michał P. jest jego dłużnikiem.

We wrześniu 2018 r. sąd zaczął się domagać się też kolejnych dokumentów od Michała P., m.in. wypisu aktu notarialnego, który potwierdziłby rozdzielność majątkową małżonków. Michał P. dostarczył dokument.

Zwracam się z pytaniem do rzecznika Sądu Okręgowego Warszawa-Praga Marcina Kołakowskiego, na jakim etapie jest sprawa. W skomplikowanym, trudnym do zrozumienia prawniczym języku rzecznik tłumaczy, jakiego dokumentu oczekuje jeszcze sąd od Michała P. W skrócie: chodzi o dowód na to, że hipoteka przymusowa w związku z długami wobec Jerzego Ś. jest już nieważna. Ma to umożliwić późniejsze przelanie Katarzynie P. połowy pozostałych pieniędzy.

Mimo moich pytań rzecznik nie odpowiada, czy państwo P. odzyskają część odsetek, która narosła w związku z długością trwania całej procedury. Nie wyjaśnia również, dlaczego sprawa trwa już sześć lat.

Nie próbuję w związku z tym nawet pytać, kiedy będzie jej finał.

*Imiona bohaterów zostały zmienione.

Piotr Staroń, Partner, Radca Prawny, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy:

Nie można mieć zastrzeżeń do sądu, że stara się uwzględnić w postępowaniu wszystkich wierzycieli i doprowadzić do sytuacji, w której pieniądze ze sprzedaży domu zostaną odpowiednio i sprawiedliwe rozdysponowane. 

Przyznaję jednak, że sprawa ciągnie się wyjątkowo długo, a szczególnie chodzi o czas, który upłynął od momentu wpłacenia do depozytu pieniędzy za sprzedaż domu do chwili spłacenia zadłużenia wobec banku. Trudno powiedzieć, dlaczego sąd potrzebował na to niemal 1,5 roku. Pojawia się pytanie, co robił przez te wszystkie miesiące.

Na pewno przewlekłość postępowania stawia pod znakiem zapytania prawidłowość czynności lub raczej brak czynności w sprawie. Sam charakter postępowania jako taki nie uzasadnia i nie jest powodem tak długiego zastoju w przebiegu egzekucji.

Więcej o:
Komentarze (158)
Popadli w długi, komornik sześć lat temu zlicytował ich dom. Sprawa ugrzęzła w sądzie
Zaloguj się
  • ochujek

    Oceniono 37 razy 25

    Gdy podobne sprawy dotyczą kościoła są załatwiane od ręki. To jest ta równość wobec prawa. Rydzyk przykładem. Hierarchowie pozostają bezkarni gdy zbrodniarzy ukrywają po innych parafiach.

  • bb7676

    Oceniono 35 razy 21

    ludzie, chcieliście dobrej zmiany która mówiła, że dokona zmiany w sądownictwie to ją macie. sprawa będzie się ciągnęła jeszcze dłużej bo w ramach dobrej zmiany w sądownictwie sędziowie zajęci są hejtem, pisaniem anonimów i podżeganiem do nienawiści a nie wypełnianiem obowiązków służbowych

  • rattus-rattus

    Oceniono 36 razy 20

    Najważniejsze, że komornik dostał swoją skromną działkę - prawie 10% wartości domu. Ciężko się napracował. Cała reszta już ma znaczenia.

  • starszy-65

    Oceniono 22 razy 14

    Osobiście mnie interesuje tylko sprawa zwrotu odsetek przez prezesa sądu i tylko z jego własnej kieszeni bo dla mnie popełnili przestępstwo nadużycia którego koszt został scedowany no niewinnych ludzi - sprawa kwalifikuje się do sądu Europejskiego.

  • mircos

    Oceniono 19 razy 13

    "Sąd po złożeniu przeze mnie wniosku milczał przez ponad miesiąc. 9 lipca zadzwoniłem do sekretariatu prezesa sądu. Usłyszałem, że wniosek najprawdopodobniej... zaginął. " Komornik zapomniał podpisać inny ciu cos wyrzucił do kosza kaście nie chce się palcem kiwnąć i goli się frajerów z pieniędzy . Kuriozum to ze komornik zapomniał podpisać dokumentów ale kasę wziąć to na pewno nie zapomni !

  • sigizm

    Oceniono 17 razy 11

    reforma sądów, ale nie przez zero, bo ten bęcwał (inaczej tego nie nazwę) jeszcze pogłębia problemy - na jednego sędziego jest ponad 1200 nowych spraw rocznie, więc siłą rzeczy zaległości wieloletnie, niskie pensje dla personelu z łapanki dopełniają obraz sytuacji
    wystarczy, że dokument wypadnie z teczki, i już nie wiadomo do czego go przypisać, a problem jeszcze poszerza fakt, że te dokumenty obsługują stażyści przydzieleni przez urząd pracy; zwyczajnie ręce opadają na wieść, że naczelny reformator od reformy systemu prawa, korektor kodeksu postępowania cywilnego organizuje hejt, a minister sprawiedliwości zadowolony

  • leoleo

    Oceniono 13 razy 9

    gowniana jakość sądów została wzmocniona " dobrą zmianą ", co nas czeka?, aha, ziobro w roli pana boga

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX