Przeżyć SOR. "Jadę na cienkiej granicy między życiem i śmiercią części z tych ludzi" [ROZMOWA Z LEKARZEM]

Wśród lekarzy SOR-y mają jeszcze gorszą opinię niż wśród pacjentów. Trafić tam nie chce nikt, bo dyżur na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym przypomina walkę na froncie, w której błąd jest tylko kwestią czasu. - SOR to pole walki, warunki najtrudniejsze z możliwych - mówi w rozmowie z Gazeta.pl lekarz Bartosz Fiałek, który na SOR-ze przepracował kilka lat.

GAZETA.PL: Fatalnie się czuję, uważam, że potrzebuję pomocy lekarza, idę na Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR). Patrząc po ostatnich wydarzeniach: co muszę zrobić, żeby tę wizytę przeżyć?

BARTOSZ FIAŁEK*: Pytanie, co to znaczy, że fatalnie się pan czuje...

Nie wiem, dlatego chcę pojechać, żeby ocenił to lekarz.

Bo co innego, jeśli ma pan silny ból gardła, a co innego, jeśli pan gorączkuje do 40 st. C albo ma ból w klatce piersiowej.

To załóżmy, że gorączkuję, mam silne bóle w klatce piersiowej, duszności. Idę na SOR, żeby dowiedzieć się, co mi jest...

Przy takich objawach, to raczej dzwoni pan po karetkę i przyjeżdża na SOR.

Jestem już na SOR-ze. Co muszę zrobić, żeby skończyć lepiej niż pacjenci, o których ostatnio słyszała cała Polska?

Przede wszystkim musiałby pan trafić na SOR, w którym organizacja pracy jest bezpieczna i dla pacjentów, i dla lekarzy. Po drugie, w miejscu, do którego by pan trafił powinni być ludzie faktycznie przygotowani do pracy na SOR-ze, a więc posiadający kwalifikacje merytoryczne i odpowiednie doświadczenie. SOR to pole walki, warunki najtrudniejsze z możliwych, więc muszą tam pracować najodpowiedniejsi ludzi. Nie mówię tylko o lekarzach, ale o całym personelu, czyli także ratownikach medycznych czy pielęgniarkach. Po trzecie, musiałby pan trafić na SOR, w którym personel będzie w liczbie wystarczającej do obsługi pacjentów zgodnie z aktualną wiedzą medyczną. Tu znów nie mówię tylko o lekarzach, bo często brakuje nawet sanitariuszy, przez co nie można wykonać błahego badania typu USG jamy brzusznej, bo nie ma człowieka, który by pacjenta na to USG zawiózł. Jeśli te trzy warunki będą spełnione, wciąż nie ma pan gwarancji, że na 100 proc. przeżyje, bo niektórym pacjentom po prostu nie da się pomóc i umierają, ale jest duże prawdopodobieństwo, że zostanie pan odpowiednio zaopatrzony – albo wyleczony, albo przyjęty do szpitala.

Sporo tych warunków koniecznych.

Sporo, bo wielu rzeczy na SOR-ach brakuje.

Jak te trzy warunki, które pan wymienił mają się do warunków, które faktycznie panują na polskich SOR-ach?

Wymieniłem je właśnie dlatego, że nie są spełnione. Może nie we wszystkich szpitalach w całej Polsce – bez wątpienia są w naszym kraju SOR-y dobrze zorganizowane – ale na pewno w szpitalu, w którym ja pracowałem na SOR-ze, zanim mnie wyrzucono z dyżurów na SOR-ze za moją działalność związkową na rzecz lekarzy i pacjentów.

Wszyscy lekarze mają o SOR-ach taką opinię jak pan?

Generalnie SOR-y mają dziś w Polsce bardzo złą opinię. Mało kto chce tam pracować. Niektórzy, jak np. medycy ratunkowi czy lekarze, mają zapisany obowiązek dyżurowania w SOR w programie szkolenia, więc po prostu muszą tam być. Jeśli lekarz nie musi pracować na SOR-ze, to unika SOR-u jak ognia.

Dlaczego?

Trzy powody – marne pieniądze, fatalna organizacja pracy, gigantyczna i w 100 proc. osobista odpowiedzialność.

To po kolei. Ile zarabia się za jeden dyżur na SOR-ze i ile trwa taki dyżur?

Pełniący dyżur z umowy o pracę lekarz w trakcie szkolenia specjalizacyjnego za powszedni, trwający blisko 16,5 godziny dyżur otrzymuje 500-700 zł netto. Za weekendowy lub świąteczny, który jest całodobowy – 200-300 zł więcej. Dyżury można pełnić również na podstawie umowy cywilnoprawnej, ale z uwagi na klauzulę nie można ujawniać jej zapisów, w tym tych dotyczących wynagrodzeń.

Na czym polega fatalna organizacja?

Na braku ludzi, krańcowym wycieńczeniu tych, którzy już tam są i olbrzymiej liczbie pacjentów.

Trochę to ogólne.

Odpowiem na swoim przykładzie. Na SOR-ze miałem 16,5- oraz 24-godzinne dyżury. W drugiej połowie takiego dyżuru z każdą minutą moja sprawność jako lekarza maleje, a wraz z nią maleją szanse na to, że odpowiednio pomogę ludziom, którym powinienem pomóc. A tych ludzi jest mnóstwo, nierzadko 40 na jeden dyżur. To zarówno interwencje błahe, jak i reanimacje czy zgony. Wszyscy na mojej głowie, bo – jak wspomniałem – braki kadrowe to nasz chleb powszedni. Wie pan, mogę być dobry, ale nie jestem robotem, nie pomogę tym ludziom tak, jak wiem, że bym mógł, mając odpowiednie warunki pracy, tak, jak wiem, że powinienem. Jadę na cienkiej granicy między życiem i śmiercią części z tych ludzi. Tych najcięższych przypadków.

Do tego dochodzi jeszcze odpowiedzialność, o której też już wspomniałem. Za każdy błąd na SOR-ze – nawet wynikający z kwestii organizacyjnych, a nie moich niewłaściwych decyzji czy działań – w 100 proc. odpowiadam ja, bo to ja pełnię dyżur. Nie szef oddziału, dyrektor szpitala czy minister zdrowia. Ja, czyli ten żołnierz na pierwszej linii frontu. Dlatego boimy się brać te dyżury. Po prostu wiemy, że jeśli coś się stanie, zostaniemy ze wszystkimi konsekwencjami sami.

Dyrekcje szpitali nie wspierają lekarzy, nie ma u was solidarności zawodowej?

Ciężko mówić tutaj o solidarności zawodowej, ponieważ często dyrektorzy nie są nie tyle lekarzami, co nawet osobami związanymi z branżą medyczną. Mam to szczęście, że mnie, gdy pracowałem na SOR-ze, żadna tragedia się nie przytrafiła. Dlatego nie musiałem sprawdzać na własnej skórze, co zrobiłaby dyrekcja mojego szpitala. Ale z mojego doświadczenia oraz opowieści kolegów i koleżanek „po fachu” mogę powiedzieć, że generalnie dyrekcjom szpitali nie zależy na chronieniu lekarzy.

Przykładów nie musimy szukać daleko. Głośna sprawa 39-latka z Sosnowca, który do szpitala trafił z mocno opuchniętą i siną nogą, z której sączył się płyn z krwią. Mężczyzna zmarł, być może dlatego, że z powodu błędów organizacyjnych nie udzielono mu pomocy na czas. Nie mnie to oceniać. I co? Dyrektor szpitala powiedział, że faktycznie zdarzenie miało miejsce, on będzie to wyjaśniać, prokuratura też, koniec tematu. Jeśli tylko się uda, znajdą kozła ofiarnego i nie zostawią na nim suchej nitki. I dyrekcja szpitala, i prokuratura. Jeśli prokuratura wskaże winnego, to dyrekcja tylko ucieszy się, że ma problem z głowy. Odetnie się od lekarza i zamknie niewygodną sprawę.

Kiedy rozmawiam z lekarzami o odpowiedzialności za różne zdarzenia w szpitalach, wszyscy zgodnie mówią, że dyrekcję interesuje tylko to, żeby wszędzie była obsada dyżurowa, bo jest to jedyny odcinek, na którym pełną odpowiedzialność ponosi właśnie kierownictwo.

100 proc. zgody. Oczywiście są też bardzo dobrzy dyrektorzy, którzy dbają o odpowiednią organizację pracy i komfort pracowników. Jednak w większości, to na czym zależy dyrekcji w terminologii medycznej nazywa się „ciągłość diagnostyczo-lecznicza pacjentów”. Oczko w głowie dyrektorów szpitali. Mają, za przeproszeniem, w dupie, czy na dyżurze będzie siedzieć lekarz specjalista, rezydent czy stażysta. Na SOR-ach pracują głównie młodzi lekarze tuż po studiach, którzy zostali do tego zmuszeni przez przełożonych. Często groźbą, a nie prośbą. Gdyby warunki tam były atrakcyjne, to dyżury na SOR-ze zaklepaliby dla siebie specjaliści, bo z racji doświadczenia i stażu pracy oni zawsze mają pierwszeństwo w kwestii wyboru dni dyżurowych i miejsca dyżuru. SOR to odcinek, na który nikt nie chce trafić, więc wysyła się „młodych”. Grunt, żeby była obsada dyżurowa, wtedy dyrekcja ma problem z głowy. Martwić musi się dyżurujący. A błąd to w zasadzie kwestia czasu, bo na SOR-ze większość lekarzy jest przemęczona lub skrajnie przemęczona. Szef SOR-u w moim szpitalu często brał dwa dyżury z rzędu. Czyli był tam 48 godzin ciągiem. To jest niewyobrażalna dawka pracy i stresu.

Jak wydajny jest lekarz, nawet najlepszy lekarz, po dwóch dobach pracy na SOR-ze?

Powiem za siebie. Nigdy nie miałem dwóch dyżurów z rzędu na SOR-ze. Ale już po 24 godzinach pracy, wychodząc do domu, czułem, że kolejnym pacjentom, których bym przyjmował mógłbym po prostu zagrażać, a nie pomagać. To znaczy, że moje zdolności percepcji i myślenia są w wyraźny sposób ograniczone. A wciąż mówimy o jednym dyżurze. Po dwóch dobach na SOR-ze, w mojej ocenie, nie sposób logicznie myśleć i podejmować optymalnych decyzji. Zostają automatyzmy. To może wystarczyć, kiedy trafiają się proste przypadki, których na szczęście jest większość. Ale jeśli przywiozą trudnego pacjenta diagnostycznego – taki przypadek wymaga szybkiego i trzeźwego myślenia, a nie automatyzmów – muszę liczyć, że będę mieć szczęście i nie zrobię mu krzywdy.

Takie sytuacje, o których ostatnio słyszymy w mediach to na SOR-ze – jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało – codzienność i statystyczna norma czy jednak faktycznie ostatnio dzieje się na polskich SOR-ach coś złego, czego wcześniej nie było?

Wcześniej takie przypadki także się zdarzały – zresztą nadal się zdarzają – ale nie zawsze były nagłaśniane. Wie pan, kiedy apelujemy w mediach, że w systemie jest za mało pieniędzy i że brakuje w nim ludzi, to nie po to, żeby zrobić na złość przełożonym czy ministerstwu. Robimy to dlatego, że wiemy, jakie to przyniesie skutki. W krótszej i dłuższej perspektywie. SOR-y to jeden z przykładów tego, jak braki finansowe i kadrowe odciskają piętno na polskim systemie ochrony zdrowotnej. Prawda jest taka, że ludzie nie chcą wchodzić do branży ratunkowej, żeby za takie pieniądze brać na siebie tak wielką odpowiedzialność i tak olbrzymią ilość pracy. Z kolei ci ludzie, którzy już są w systemie, często mają na koncie osiem dyżurów w miesiącu, więc kolejnych wziąć nie mogą, bo cały miesiąc spędziliby w pracy. I koło się zamyka.

Próbujecie rozmawiać o sytuacji na SOR-ach ze swoimi przełożonymi, z dyrekcjami szpitali? Są jakieś próby poprawy sytuacji?

Próby to dobre określenie. Bo jako lekarze próbujemy o tym mówić, prosić o pomoc, ale zazwyczaj to walenie głową w mur. Kilka lat dyżurowałem na SOR-ze, a do tego jestem przewodniczącym szpitalnej organizacji związkowej i osobiście wielokrotnie zgłaszałem przełożonym uwagi moje i moich kolegów na temat tego, co dzieje się na SOR-ach. Jest coś takiego jak Księga Raportów Lekarskich. To taka książka, w którą wpisuje się, jak wyglądał dyżur. Nie zliczę, ile razy widziałem w niej notatki typu: „Dyżur nie do ogarnięcia” albo „Zbyt mała liczba personelu zagraża zdrowiu i życiu pacjentów, bo nie jesteśmy w stanie obsłużyć wszystkich w należyty sposób”.

Jaka była informacja zwrotna?

Najczęściej, przepraszam za kolokwializm, dyrekcja miała to gdzieś. To, oczywiście, przykład z mojego szpitala, ale od kolegów i koleżanek wiem, że w ich szpitalach sytuacja jest bliźniaczo podobna. Z uwagi na pełnioną przeze mnie funkcję, dostaję bardzo dużo maili, SMS-ów, informacji na forach internetowych czy w mediach społecznościowych od innych lekarzy. Piszą: „Bartek, u siebie mam sytuację dokładnie taką jak ty”, „Bartek, u nas też jest dramat”, „Bartek, my też boimy się pracować na SOR-ach”. Właśnie pod wpływem takich wiadomości napisałem mini-poradnik o tym, jak uniknąć pracy na SOR-ze.

SOR stał się tak znienawidzonym odcinkiem pracy lekarskiej, że musicie już pisać dla siebie poradniki, jak tam nie trafić?

Chyba nie znam lekarza, który chciałby pracować na SOR-ze. Tym bardziej teraz, bo rozpoczęło się polowanie na czarownice i te czarownice są głównie na SOR-ze. Ciężko pracuje się w momencie, kiedy jest się na świeczniku i wszyscy patrzą ci na ręce, czekając, aż popełnisz błąd i będzie można to wykorzystać. Teraz to SOR-y są na świeczniku i wiadomo, że pacjenci są przez to znacznie bardziej wyczuleni na wszystko. A niektórzy pacjenci są po prostu roszczeniowi i niezależnie od tego, jak zostali potraktowani – i tak napiszą skargę. Potem lekarz ma problemy z szefostwem, nawet jeśli nie zawinił. Praca na froncie – a SOR można porównać do wojennego frontu – jest najgorsza i najtrudniejsza. Prawo jest przeciwko lekarzom, teraz także nastroje społeczne są przeciwko lekarzom, więc nie dziwię się, że większość moich kolegów i koleżanek boi się dyżurów na SOR-ze. Zostawali lekarzami nie po to, żeby ktoś ciągał ich po prokuraturze, tylko po to, żeby ratować ludzkie życie.

Zresztą nawet dla dyrekcji szpitali SOR-y to problem, bo generują skargi, pozwy i zainteresowanie mediów, którego każdy dyrektor wolałby uniknąć. SOR-y to dziś gorący kartofel, którym każdy się przerzuca. Ostatnio w mediach widziałem dobry tytuł do artykułu o tym, co dzieje się na SOR-ach. Autor napisał, że SOR-y stały się niebezpieczne i dla pacjentów, i dla lekarzy. To chyba najlepsza puenta tej całej historii. Bo prawda o SOR-ach jest taka, że czasami choćby lekarz nie wiem, jak się starał, to w tak skonstruowanym systemie po prostu nie jest w stanie pomóc drugiemu człowiekowi.

Piotr Piotrowski – prezes Fundacji 1 czerwca, która walczy o prawa pacjenta – po ostatnich głośnych przypadkach śmierci na SOR-ach napisał: „Szpitale otrzymały finansowanie bez względu na jakość i ilość wykonanych zabiegów, co przy niewystarczającej wycenie spowodowało, że zupełnie przestało im zależeć na pacjencie. Tragedie które obserwujemy, to pokłosie tego pomysłu. Powstał system w którym Pacjent nie jest już potrzebny, a im bardziej kosztochłonny pacjent – tym bardziej niewygodny dla szpitala”.

To prawda. Tylko pamiętajmy, że tak rozumiany szpital nie dotyczy lekarzy, pielęgniarek czy ogólnie personelu, ale dyrektorów z politycznego nadania albo samych polityków sprawujących pieczę nad ochroną zdrowia. To nie jest tak, że lekarzowi nie zależy na pacjencie, bo szpital nie dostał pieniędzy z NFZ. To raczej decydentom nie zależy na pacjencie.

Pan Piotrowski opublikował ostatnio swoisty poradnik, jak przeżyć na SOR-ze. Czytał pan?

Tak, czytałem. Można powiedzieć, że z Piotrem opisaliśmy dwie strony tego samego medalu, bo ja opublikowałem taki mini-poradnik dla lekarzy o tym, jak nie dać się zmusić do pracy na SOR-ze.

„Jak widzisz, na SOR-ze trwa 'wojna', a ty będziesz jej elementem” – pisze Piotrowski. Po lekturze tego poradnika miałem myśl, że nawet gdyby było ze mną naprawdę źle, to równie mocno, co stanu mojego zdrowia obawiałbym się wizyty na SOR-ze.

Myślę, że Piotr trochę przesadził, bo ujął to prawie tak, jakby na SOR-ze zabijano ludzi. Lekarze nie zabijają na SOR-ach. Bądźmy szczerzy – jeśli jest z panem naprawdę źle i nie pojedzie pan na SOR, to najpewniej pan umrze. Pacjenci, o których ostatnio słyszeliśmy nie zmarli dlatego, że przyjechali do szpitala na SOR. Umarli dlatego, że zapewne nie zostali zaopatrzeni we właściwą pomoc medyczną. Jednak miażdżąca większość ludzi, którzy trafiają na SOR jest tam „wyciągana” i otrzymuje odpowiednią pomoc. Błędy zdarzają się zawsze, ale mamy w Polsce taką narodową cechę, że zawsze musimy znaleźć winnych. Nie możemy oczekiwać od człowieka, a lekarz przecież też jest człowiekiem, że nigdy nie popełni błędu. Lekarz nie jest bogiem, popełnia błędy. Problem w naszym systemie ochrony zdrowia polega na tym, że błędy nie są zgłaszane. Jest strach, że jak się wyda, to będzie po kolei: powództwo cywilne, prokuratura, media i publiczny lincz.

W poradniku, o którym mówiłem padło dziesięć wskazówek dla pacjentów. Autor wskazał im, co mają robić, żeby zwiększyć swoje szanse na uzyskanie pomocy na SOR-ze – m.in. walczyć o kolor w triażu (najlepiej pomarańczowy lub czerwony), zawsze iść tam z kimś, pytać lekarzy o plan działania i jak najwięcej decyzji mieć na piśmie. Z pana doświadczenia, co pacjent na SOR-ze powinien zrobić, żeby uzyskać optymalną opiekę?

Po pierwsze, na SOR powinni trafiać ludzie, którzy naprawdę się do tego kwalifikują. Duża część osób, które trafiają na SOR mogłaby równie dobrze skorzystać z Nocnej i Świątecznej Pomocy Zdrowotnej, pójść na drugi dzień do POZ albo nawet przyjąć odpowiednie, powszechnie dostępne leki. Ale idą na SOR. Nie chodzi nawet o to, że utrudniają pracę lekarzom, ale po prostu zagrażają innym pacjentom. Tym, którzy znaleźli się na SOR-ze, bo jest z nimi naprawdę źle. Jak mówiłem, kiedy mam 40 pacjentów na dyżurze, to zajęcie się wszystkimi jak należy jest niemożliwe. Gdyby było ich na przykład dziesięciu, jako lekarz mógłbym pomóc im znacznie bardziej.

Druga kluczowa rzecz to uczciwe i jasne przekazywanie lekarzom swoich objawów, swojego stanu klinicznego. Niestety często jest tak, że ludzie trafiający na SOR chcą uzyskać przeprowadzenie konkretnego badania, którego nie uzyskali wcześniej z powodu kolejek do specjalisty albo braku tych świadczeń w koszyku świadczeń gwarantowanych w ramach POZ. Żeby otrzymać to badanie wymyślają odpowiadające mu objawy, wprowadzając lekarza w błąd. Lekarz zaczyna diagnozować coś, na co pacjent nie jest chory. Łatwo się domyślić, do czego to prowadzi.

* Bartosz Fiałek – rocznik 1988; absolwent studiów medycznych na Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu; w zawodzie od 2014 roku; obecnie realizuje V rok szkolenia specjalizacyjnego w trybie rezydentury w dziedzinie reumatologii w Klinice Reumatologii i Układowych Chorób Tkanki Łącznej Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy

Jesteś lekarzem, ratownikiem medycznym albo pielęgniarką i chcesz podzielić się swoją historią o pracy na SOR? Napisz do autora => lukasz.rogojsz@agora.pl

Więcej o:
Komentarze (112)
Jak wygląda praca na SOR. Lekarz opowiada o SOR-ach w Polsce
Zaloguj się
  • a-lfa

    Oceniono 20 razy 20

    No cóż, niestety prawda jest taka iż za dobra służba zdrowia konszuje i to dużo kosztuje. Jeśli nie będzie ludzi do pracy to nawet najlepszy sprzęt nie pomoże bo nie będzie komu go obsługiwać. Aktualnie widać iż problemy są coraz większe a płaca za to pacjenci życiem.

  • gaudia

    Oceniono 17 razy 17

    Dlaczego zawodowi kierowcy mają odgórnie ograniczony czas pracy, a pracownicy służby zdrowia nie? Nie rozumiem, przecież decyduja o życiu.

  • jw0022

    Oceniono 21 razy 17

    Taka Wolska. Na szczęście Naczelnik Wolski Konus Wielki ma swojego dyrechtora od przynoszenia kuli.

  • lepiregenre

    Oceniono 17 razy 15

    Polski nie stać na społeczną służbę zdrowia. Płacą płacą bardzo małe składki na służbę zdrowia, a zamian oczekują co najmniej obsługi jak w hotelu pięciogwiazdkowym. Tymczasem ich składki wystarczają ale tylko na obsługę tak jak obsługa bezdomnych w miejskim przytulisku. Uczciwy rząd powinien informować społeczeństwo o kondycji finansowej państwa, a nie wciąż bajdurzyć, że konstytucja gwarantuje darmową oświatę czy służbę zdrowia. To mit.

  • 1234qwerty

    Oceniono 20 razy 14

    ALE MILIARDY NA ZBROJENIA I CZARNYCH SĄ BEZ PROBLEMU.

  • punter

    Oceniono 17 razy 13

    Widzę niszę na rynku.
    Trzeba wziąć się za organizację szkoleń "Jak przeżyć wizytę na SOR/ w szpitalu", "Jak przeżyć strajk nauczycieli", "Jak w ogóle przeżyć w tym p....... burdelu zarządzanym przez PiS".
    Może Unia dofinansuje takie szkolenia ?

  • jottsp

    Oceniono 14 razy 12

    sam pomysl 24 godz. dyzuru jest anachronizmem z XIX wieku - we fabryce przy tasme nie pracuje sie 24 h ciagiem a jest tam i nizsza odpowiedzialnosc, i praca mniej skomplikowana

  • tow.klamczynski

    Oceniono 12 razy 10

    W Polsce jest taka mentalnosc ze jak pacjent umrze to wina lekarza, a jak przezyje to dzieki Bogu.

    Skoro jestesmy panstwem wyznaniowym i mamy mentalnosc jak powyzej, mam koncepcje: mniej sluzby zdrowia i wiecej miejsc na modlitwe. Jak sobie pacjent nie wymodli, to i lekarz nie pomoze. Taka mam koncepcje.

  • tebarah

    Oceniono 10 razy 10

    Zorganizowanie Nocnej Pomocy Lekarskiej (NPL) przy szpitalach doprowadziło do katastrofy.
    NPL do szpitala ściąga w pobliże szpitala wszystkie kolki, chrypki, grypki jak światło ćmy.

    Zaślepione światłem szpitala ćmy kierują się zamiast do NPL wprost na SOR, bo dla przeciętnej ćmy SOR i NPL są nierozróżnialne, a na SORze jaśniej.

    Jak wszystko co robi PiS - chcą dobrze, mają świetne pomysły niekonsultowane z nikim, bo są najmądrzejsi, a inni to "totalna opozycja". Efekt - jest gorzej niż było.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX