Ratują ludzi spod lawin, a "na rękę" mają mniej niż kasjer w dyskoncie [SPOWIEDŹ RATOWNIKA GÓRSKIEGO]

Mają opinię twardzieli i herosów, którzy ratują ludzi, gdy wydaje się, że nie ma już nadziei. Swoją pracę wykonują z pasji i miłości do gór. Codzienna rzeczywistość ratowników górskich jest jednak znacznie mniej filmowa - ogrom pracy, ryzykowanie życia i pensja niższa niż na kasie w dyskoncie.

- Mamy cały czas przykłady lekceważenia gór. Na zasadzie: A, bo GOPR przyjedzie. Akcje powinny być płatne, ale to od nas nie zależy, bo jesteśmy zbyt małą grupą - mówił na początku stycznia prezes ogólnopolskiego GOPR-u, Mirosław Górecki. W rozmowie z Radiem Wrocław przekonywał, że "górskie pogotowie to nie taksówka" i że "należy skończyć z bezpłatnymi akcjami". 

Dziś za akcje ratunkowe GOPR-u i TOPR-u płaci państwo, czyli podatnicy. Inaczej sytuacja wygląda na Słowacji czy w Alpach. Tam za ściąganie turystów ze szczytów czy stoków płacą poszkodowani - z własnej kieszeni lub korzystają z usług ubezpieczycieli. Zresztą, w większości państw świata koszty ratownictwa w górach, na jeziorach lub morzach pokrywane są przez ratowanego.

I właśnie o kwestiach finansowych, ale też codziennych trudach pracy w TOPR, ciągłym byciu w gotowości i nieodpowiedzialnych turystach, rozmawiamy z Grzegorzem Bargielem, ratownikiem zawodowym TOPR-u.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Kiedy zaczynaliśmy rozmowę, przerwało nam wezwanie na akcję. Z Rysów zeszła duża lawina, musiał pan wszystko rzucić i jechać. Ciągłe bycie w stanie najwyższej gotowości to norma dla ratownika górskiego?

GRZEGORZ BARGIEL*: Taki już charakter tej pracy. Jako ratownik zawodowy mam określoną liczbę dyżurów w miesiącu, ale nawet, kiedy jestem poza dyżurem, a mamy tego typu wezwanie - do akcji po zejściu lawiny zawsze brakuje rąk do pracy - to rzucamy wszystko i lecimy na akcję. Jeśli tylko możemy pomóc, to nie ma się nad czym zastanawiać.

Wszyscy, którzy idą na ratownika czy to w TOPR, czy w GOPR mają świadomość, że ta praca tak wygląda?

Większość osób, która do nas dołącza jest świadoma tego, jak wyglada praca ratownika górskiego, więc to dla nich normalne.

Pytam, bo zastanawiam się, jaki procent chętnych to zaskakuje, rozczarowuje, skłania do odejścia.

Zdarzają się kandydaci na ratowników, którzy szkolą się, a nawet przechodzą szkolenie i zostają już ratownikami, ale potem przepadają, bo nie radzą sobie z warunkami tej pracy, jest to dla nich zbyt uciążliwe.

Do bycia w ciągłej gotowości, ciągłym napięciu można się przyzwyczaić?

Oczywiście, jak do wszystkiego. Poza tym, ratownikiem nie jest się od-do. Nie jest się nim też tylko w górach, w których ma się przydział. Jako ratownik pracuję w Tatrach, ale to nie znaczy, że jak będę w Bieszczadach i poza godzinami pracy, to nie pomogę komuś, gdy będę widział, że tej pomocy potrzebuje. Z nami jest trochę jak z lekarzami – jeśli tylko widzimy, że możemy użyć swojej wiedzy i umiejętności, żeby komuś pomóc, to naturalnym jest dla nas, że to robimy. Inna reakcja byłaby wręcz niezgodna ze statutem naszej służby.

Ratowanie ludzi was nakręca? Pozwala zapomnieć o wyrzeczeniach i niedogodnościach dnia codziennego?

Oczywiście, to najlepszy owoc naszej pracy. Dla ratownika nie ma lepszego wynagrodzenia jego trudu niż uratowane życie lub zdrowie drugiego człowieka.

Ale macie też sytuacje, które mogą zirytować. Na przykład wtedy, gdy ludzie zachowują się lekkomyślnie i nieodpowiedzialnie, a potem traktują TOPR lub GOPR jak górską taksówkę. Weźmy niedawny przykład boksera Artura Szpilki, który zupełnie nieprzygotowany wyszedł ze swoim psem w Karkonosze, gdzie zaskoczyło go załamanie pogody. Skończyło się głośną akcją ratunkową GOPR.

Nie znam tej historii, więc nie chcę tutaj nikogo oceniać. Ale wypadki zdarzają się tak amatorom, jak i profesjonalistom. My z nikogo się nie naśmiewamy i nie chcemy nikogo upokarzać. Jest wezwanie, to lecimy na akcję, bo taką mamy pracę. Ludzie często mają albo nieprzemyślane cele swoich wypraw w góry, albo źle dobierają te cele do swoich możliwości. Na przykład wychodzą na spacerek w dolinę, a kończą atakiem na trudny do zdobycia szczyt. I nagle jest problem, bo ani nie są w stanie tego szczytu zdobyć, ani wrócić do hotelu czy schroniska.

JAKUB PORZYCKI

Zdarzają się też jednak przypadki jak z tych stereotypowych żartów - on w sandałach i T-shircie, a ona w butach na obcasie i "mini"; tak przygotowani porywają się na trudny szlak albo zdobywanie szczytu. Potem robi się niebezpiecznie i musicie po nich lecieć. Nie wkurza was to?

To jednostkowe przypadki. Tego rodzaju stereotypy nakręcają ludzie z zewnątrz, spoza naszego środowiska. Ratownicy tak tego nie postrzegają, bo przypadki, o których pan mówi to zaledwie promil wszystkich akcji, do których wyruszamy.

Polacy jako turyści górscy są odpowiedzialni i świadomi czy raczej dominuje u nas beztroska i ułańska fantazja?

W Tatrach mamy inny problem niż podejście Polaków do wypraw w góry. Chodzi o to, że bardzo liczna rzesza ludzi przypada na bardzo mały obszar górski. Wygląda to u nas znacznie gorzej niż w krajach alpejskich.

Skąd się to wzięło?

Jest cała masa uwarunkowań. Ale główną przyczyną jest to, że w ostatnich latach Polska poszła gospodarczo ostro do przodu, przez co ludzi wreszcie stać na turystykę górską i sporty ekstremalne z prawdziwego zdarzenia. Polacy szkolą się na potęgę, robią rozmaite kursy (lawinowe, skitourowe, wspinaczkowe), a segment turystyki zimowej bardzo mocno się teraz rozwija.

Dla was to więcej potencjalnych sytuacji kryzysowych. Czyli więcej pracy.

Na pewno zwiększyła się przez to liczba wypadków turystycznych i wypadków narciarskich (trzeba pamiętać, że TOPR zabezpiecza także stoki). Ludzi jest znacznie więcej niż kiedyś, jednak liczba wypadków śmiertelnych utrzymuje się na zbliżonym poziomie – około dwudziestu przypadków rocznie.

Trudno jest zostać ratownikiem górskim? Wiem, że wasze szkolenie jest wieloetapowe i nie każdy może do niego przystąpić.

To prawda, nie można przyjść z ulicy, powiedzieć, że chce się dołączyć do TOPR i ot tak podejść do egzaminów. Podanie kandydata na ratownika musi zostać poparte przez dwóch członków TOPR. Ma to stanowić gwarancję, że osoba ubiegająca się o miejsce u nas nadaje się do pracy zespołowej, świetnie zna góry i bezbłędnie się w nich odnajduje.

Ostra selekcja. Pomaga zachować wysoki poziom wyszkolenia TOPR?

Na pewno. Ale też gwarantuje, że nie trafią do nas osoby, które charakterologicznie nie pasują do tej pracy. Jeżeli ktoś przychodzi z ulicy, to nawet mimo rozmów kwalifikacyjnych i kilku szczebli rekrutacji nie znamy takiej osoby, jej charakteru, poglądów, nawyków. Na starcie nie wiemy, czy nada się do naszego zespołu. Procedura polecenia przez dwóch ratowników pozwala nam z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że dany kandydat dobrze się u nas odnajdzie.

Ale wcześniej musi przejść cały szereg egzaminów.

Nie inaczej. Kiedy kandydat złoży podanie, przedstawi zaświadczenie lekarskie i wykaz aktywności górskiej na terenie Tatr w ostatnich trzech latach (trzeba mieć zrobione drogi zimowe i letnie o różnej długości i różnym stopniu trudności), przychodzi czas na egzamin wstępny. Składa się z kilku części: sprawnościowo-kondycyjnej, znajomości topografii polskich Tatr i terenów przygranicznych, umiejętności jazdy na nartach, umiejętności asekuracji i autoratownictwa oraz znajomości statutu i historii TOPR.

W piątek w Tatrach było słonecznie i bezchmurnie. Ci, którzy wybrali się na górskie wycieczki, mogli podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Na zdjęciu: MurowaniecW piątek w Tatrach było słonecznie i bezchmurnie. Ci, którzy wybrali się na górskie wycieczki, mogli podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Na zdjęciu: Murowaniec MAREK PODMOKŁY

Kandydat zdaje i...

… zostaje zaproszony na szkolenie ratownicze w TOPR. Jest cała masa szkoleń, które potem może wybrać i odbyć w ramach doskonalenia swoich umiejętności i specjalizowania się w wybranej dziedzinie – szkolenie powierzchniowe letnie, szkolenie powierzchniowe zimowe, szkolenie lawinowe, szkolenie jaskiniowe, transport zimowy na nartach.

Który z egzaminów na ratownika TOPR jest najtrudniejszy?

Nie powinno się patrzeć na to w ten sposób, jak na wyzwanie czy cel sam w sobie. Jeżeli kandydat stawia sobie cel, że zostanie ratownikiem, bo tak sobie postanowił, to szczerze wątpię, że uda mu się przejść egzaminy, a co więcej być dobrym ratownikiem.

Co w tym złego?

To bardzo specyficzna praca w bardzo specyficznych warunkach. Dlatego najważniejsze, żeby góry były pasją każdego, kto dołącza do TOPR. Zostanie ratownikiem to naturalny etap dla kogoś, kto w górach działa od lat, ma duże doświadczenie i wysokie umiejętności. W pewnym momencie ktoś taki po prostu czuje, że nadszedł moment, że swoją wiedzą i kompetencjami mógłby pomóc innym.

To takie proste, jestem miłośnikiem gór, nagle czuję swoisty zew, więc zaciągam się do służby?

Aż takie proste to nie jest. Szkolenie na ratownika trwa długo – od uzyskania statusu kandydata do złożenia przysięgi mija od roku do nawet kilku lat. Łatwo o chwile zwątpienia. A poza trudnymi egzaminami pozostają jeszcze ograniczenia organizacyjne – w TOPR etatów jest bardzo mało. Nasza służba bazuje na ratownikach-ochotnikach.

Wskazuje na to sama nazwa – Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Różnica między ratownikiem-ochotnikiem a ratownikiem zawodowym jest duża?

Przede wszystkim ratownik zawodowy pracuje na etacie. Niestety pensja w porównaniu do innych zawodów jest symboliczna albo wręcz śmieszna.

"Rzeczpospolita" w połowie 2018 roku podawała, że początkujący ratownik TOPR zarabia ok 2,5 tys. zł "na rękę".

Tak, to jest pensja podstawowa zawodowego ratownika. Ale zważywszy na zakres wymaganych kompetencji (np. bycia kierownikiem dyżuru czy zarządzania zespołem ratowników) i olbrzymią odpowiedzialność to śmieszne pieniądze.

Jak to wygląda godzinowo?

Standardowo – trzeba wypracować 168 godzin w miesiącu.

Ratownik zawodowy od ochotniczego różni się tylko formą zatrudnienia i zarobkami?

Zawodowi ratownicy to najbardziej kompetentne osoby w służbie, wyselekcjonowane z grona ratowników ochotniczych. Podstawowy zakres szkoleń obie grupy mają ten sam, natomiast ratownik zawodowy musi mocniej specjalizować się w poszczególnych dziedzinach działalności TOPR. Zawodowcy są też najbardziej doposażeni i najlepiej wyszkoleni w całej służbie.

JAKUB PORZYCKI

Ochotnicy zgłaszają chęć przejścia na zawodowstwo czy ktoś odgórnie dokonuje tej selekcji, obserwując wszystkich w akcji?

Ochotnicy zazwyczaj zgłaszają kierownictwu chęć przejścia na zawodowstwo, jeśli zwolniłby się etat. Tyle że to zwolnienie etatu nie następuję natychmiast. Zdarza się, że chętni czekają nawet po kilka lat, aż któryś ze starszych kolegów pójdzie na emeryturę. A ponieważ ratownicy górscy nie mają żadnych przywilejów emerytalnych, więc na emeryturę idziemy w wieku 67 lat. Także droga jest długa.

Kwestia emerytalna to, poza finansową, główny problem waszej służby. W 2018 roku ratownicy górscy apelowali do rządu o dofinansowanie ich służby i zmianę warunków przechodzenia na emeryturę. Na razie bez rezultatów.

Zadziwia mnie, że nikt nie widzi problemu. Już dzisiaj średnia wieku ratowników zawodowych w TOPR wynosi około 45 lat. Za 20-25 lat turystów z gór będą znosić 65-letni staruszkowie. Przecież to czysty absurd. Ale może wtedy i władze, i media się tym zainteresują, bo na razie udają, że wszystko jest w porządku.

Brak przywilejów emerytalnych nie byłby problemem, gdyby do pracy w TOPR garnęło się dużo nowych osób. Chyba, że macie problem ze znalezieniem rąk do pracy. Ile osób zgłasza się do was każdego roku?

Zatrzęsienia chętnych nie ma. Kandydatów jest mniej więcej tyle, co w poprzednich latach. Trudno się dziwić, skoro działalność TOPR opiera się na ratownikach-ochotnikach, których praca to wolontariat. Oni nie tylko nie dostają żadnych pieniędzy za swoją pracę, ale muszą też wyrobić ponad 200 godzin rocznie na służbie, żeby nie stracić statusu ratownika. Do tego dochodzą szkolenia i udział w akcjach ratunkowych, więc tak naprawdę wręcz dokładają do swojej służby. W zamian dostają tylko ekwipunek, a i to nie na własność.

Nie wygląda to zachęcająco.

Zdecydowanie. Ludzie nie mają dzisiaj czasu na takie rzeczy. Nawet bezrobotny, jeśli jakimś cudem miałby stosowne kwalifikacje, nie podejmie pracy w TOPR, bo jako ochotniczy ratownik nic nie zarobi, a przecież musi z czegoś żyć.

Teraz już chyba rozumiem historie o ratownikach-ochotnikach, którzy na co dzień pracują w wielkomiejskich korporacjach, a w weekendy i święta jadą w góry wyrabiać dyżury.

Ratownikami – czy ochotnikami, czy zawodowcami – w większości przypadków zostają ludzie gór. Jesteśmy pasjonatami, ale nawet pasjonat musi jeść i płacić rachunki. A dzisiaj jedni (ochotnicy) pensji nie mają, a drudzy (zawodowcy) mają pensję tak niską, że muszą stale dorabiać, żeby związać koniec z końcem. Kończymy zmianę w TOPR i idziemy do kolejnej pracy. Każdy z nas poza pracą ratownika jest też albo instruktorem narciarstwa, albo instruktorem Polskiego Związku Alpinizmu (PZA), albo przewodnikiem górskim. Część ma więcej niż jedną dodatkową pracę.

Pracodawcy są dla was wyrozumiali? Przecież w każdej chwili możecie dostać wezwanie na akcję i musicie zniknąć z pracy. Wiadomo, chodzi o ratowanie życia, ale powiem brutalnie – są szefowie, których nic to nie obchodzi, bo robota ma być zrobiona i już.

Nasi szefowie nie zawsze to rozumieją, nie zawsze dają na to zgodę. Czasami jest tak, że łączenie dwóch lub więcej etatów się nie układa i musimy zrezygnować albo z pracy zarobkowej, albo z pracy w TOPR. Jak to mówią, ile głów, tyle problemów i tyle pomysłów. Ale staramy się jakoś dogadywać z pracodawcami i łączyć te dwie lub więcej prac. Tak naprawdę one się uzupełniają, bo w każdym przypadku jest to przebywanie w górach i samorozwój.

Co was trzyma w tym zawodzie? Nie jest to łatwy kawałek chleba, niedogodności jest dużo, perspektywy na poprawę dość słabe. Kiedy podobne pytanie zadawałem lekarzom-rezydentom i ratownikom medycznym, mówili, że chodzi o adrenalinę i nieprzewidywalność ich pracy. Z wami jest podobnie?

Adrenalina i nieprzewidywalność są na pewno ogromne, ale kluczowe jest coś innego: pasja, miłość do gór. To praca dla pasji, a nie dla pieniędzy, bo każdy z nas wie, jakie są realia. Dlatego jeśli ktoś został ratownikiem, żeby coś sobie lub komuś udowodnić, nie wytrwa długo w tym zawodzie. Co gorsza, nie będzie też dobrym ratownikiem. Jak już mówiłem, służba w TOPR to ostatni stopień wtajemniczenia w przygodzie z górami. Pasjonatom oferuje też duże możliwości rozwoju – bogatą paletę najróżniejszych szkoleń, codzienne sprawdzanie się w akcji, poczucie sensu tego, co się robi. W TOPR niemal każdy ma swoją specjalizację, w której prezentuje poziom z absolutnie najwyższej półki. To przyciąga wiele osób, które już są świetne w tym, co robią, ale chcą jeszcze podnieść swój poziom, sprawdzić się w nowych warunkach albo na zawodach. I nie ma tu znaczenia, czy chodzi o wspinaczkę górską, czy eksplorację jaskiń, czy skitour.

MATEUSZ SKWARCZEK

Koledzy z zagranicy – chociażby z krajów alpejskich: Austrii, Francji, Niemiec, Szwajcarii, Włoch – są w podobnej sytuacji? Tam to też jest praca dla pasji i za niewielkie pieniądze?

Finansowanie jest tam bez porównania lepsze. Nie ma dyskusji. Pensje są wyższe, nakłady na sprzęt również, tak samo kwestia etatów. Ale jeśli chodzi o kompetencje, poziom wyszkolenia, to naprawdę pod tymi względami na pewno kolegom z Zachodu nie ustępujemy.

Nie myślicie o migracji zarobkowej właśnie do tych krajów alpejskich, w których sytuacja materialna ratownika górskiego jest o wiele lepsza? Polski ratownik ma możliwość wyjechać za chlebem zagranicę i tam pracować w swoim fachu?

Jesteśmy dość mocno związani terytorialnie. Jeśli wyjeżdżamy do pracy w innych górach, to jako międzynarodowi przewodnicy, bo wielu z nas ma takie uprawnienia. Dorabiamy i wracamy. Żeby zostać ratownikiem górskim w innym kraju, trzeba byłoby się przenieść, a potem od zera przejść całą procedurę szkolenia i naboru, charakterystyczną dla danego państwa i jego służb ratowniczych.

Do tego dochodzi aspekt rodzinny. Przeglądając listę ratowników TOPR zauważyłem, że dość często przewijają się na niej osoby o tym samym nazwisku. Bycie ratownikiem górskim to pasja czy też tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie?

Coś w tym jest. To chyba pochodna systemu naboru i podwójnego polecenia, o którym mówiłem. Sprawia on, że do służby często garną się dzieci czy bliscy ratowników. W naszym środowisku to coś zupełnie naturalnego, a ponieważ i tak znamy te osoby, więc jeśli okazuje się, że syn ma podobną pasję do gór co ojciec, to dlaczego nie miałby zostać ratownikiem. Ale rodzinność naszej służby i na pewno jest mniejsza niż w dawnych latach. W przeszłości do pewnego momentu etat w TOPR przechodził z ojca na syna. Czasy się zmieniają i dzisiaj TOPR jest dużo bardziej otwarty. Mamy w służbie ratowniczki, mamy ludzi z Warszawy i innych miast Polski. Wszystko ewoluuje, wszystko się zmienia.

Przygotowując się do naszej rozmowy zaciekawiła mnie jeszcze jedna rzecz. Chodzi o pewien paradoks. Z jednej strony dotkliwym problemem TOPR jest brak funduszy – na sprzęt środki zdobywacie często np. poprzez zbiórki internetowe – ale z drugiej macie opinię jednej z najlepiej wyszkolonych służb w całej Europie. To nie powinno się wykluczać?

Fakt, warunki organizacyjno-finansowe są trudne i wszyscy o tym wiemy. Ale każdy z nas traktuje pracę w TOPR jako wielki honor i przywilej, więc chce być jak najlepszy w tym, co robi. Jeśli już ktoś wchodzi do tej służby, to daje z siebie wszystko. Dzięki temu łatwiej znosimy sytuacje, gdy trzeba coś zrobić za darmo, pomóc w czymś albo zorganizować jakąś zbiórkę. Chyba radzimy sobie nieźle, bo nasz poziom jest wyższy od służb wielu krajów, w których ratownictwo górskie jest znacznie lepiej dofinansowane.

Jak najwyższy poziom wyszkolenia to priorytet w waszym fachu – i dla was, i dla waszych przełożonych?

Tak. Może nie ma nas wielu, ale ci, którzy są, to elita. Po części właśnie dlatego, że w naszej branży stale trzeba się doszkalać i podnosić umiejętności. Zostanie ratownikiem pięć czy dziesięć lat temu wiązało się z zupełnie innym szkoleniem, bo techniki ratownicze i dostępny sprzęt cały czas się zmieniają. A my cały czas musimy być na bieżąco – doszkalać się, unifikować. Zarówno ratownik-ochotnik, jak i ratownik zawodowy co jakiś czas musi przejść obowiązkową unifikację.

Szkolenia, jak rozumiem, w czasie wolnym i za własne pieniądze?

Zawodowi ratownicy na szkoleniach są głównie w czasie pracy, ale nawet oni uczestniczą w części szkoleń w swoim czasie wolnym i za własne pieniądze. Najgorzej mają ratownicy-ochotnicy, bo oni wszystkie szkolenia robią we własnym czasie i na własny koszt. A muszą je robić, żeby utrzymać się w służbie i podnosić poziom wyszkolenia.

Jak na grupę zawodową, na której spoczywa tak duża odpowiedzialność i która musi mierzyć się z tyloma przeciwnościami, macie opinię ludzi, którzy nie użalają się nad swoim losem, nie biega po mediach, nie grozi strajkami. Twarde, góralskie charaktery?

Mamy naczelnika, który dwoi się i troi, żebyśmy jako służba mieli zapewnione środki i na sprzęt, i na etaty. Oczywiście na wiele rzeczy też brakuje, bo coś może się zgubić, czegoś może zabraknąć, coś może się zepsuć. Weźmy tylko naprawy śmigłowca, gdzie koszty idą czasami w setki tysięcy złotych.

To problem. Zwłaszcza, że finansowanie TOPR jest specyficzne. Na wasz budżet składają się środki z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, przychody z biletów wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego i pieniądze z Fundacji Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR.

Zgadza się. Ale wciąż brakuje pieniędzy, dlatego staramy się szukać także prywatnych sponsorów. Obecnie współpracujemy z takimi firmami jak BP, Plus, Salewa czy Skoda. Tyle że to jest ciągła walka o każdy grosz i na pewno nie rekompensuje zwiększonego finansowania z budżetu państwa, którego nie mamy.

Inna z obiegowych opinii o ratownikach górskich jest taka, że stanowicie dość zamkniętą i nieufną wobec obcych grupę. Hermetyczne środowisko, o zaufanie którego trzeba bardzo długo zabiegać.

Wydaje mi się, że to stereotypy. Jesteśmy normalnymi ludźmi, nie nazwałbym nas hermetycznym środowiskiem. Chętnie rozmawiamy o naszej pracy i o górach. Opinia, którą pan przytoczył może być efektem tego, że nie mamy w zwyczaju zadzierać nosa, nie mamy też tzw. parcia na szkło, więc trzeba się nieco bardziej postarać, żeby złapać z nami dobry kontakt, wyciągnąć jakieś informacje. Nie mamy w zwyczaju chodzić do mediów i upominać się, żeby ktoś o nas mówił, robił z nami wywiady, poświęcał nam uwagę.

Właśnie poświęcam wam uwagę, robię wywiad, a wy się skarżycie.

Jak jest okazja, to się skarżymy. Tak jak dzisiaj (śmiech). Każdy zawód ma swoje plusy i minusy. Uważam, że nie ma się co zamykać i trzeba mówić, trzeba rozmawiać, bo wiele spraw dzięki temu może udać się rozwiązać, przemyśleć lub załatwić. Liczę, że dzięki naszej rozmowie też coś uda się zmienić.

* Grzegorz Bargiel – rocznik 1976; ratownik zawodowy TOPR (stopień: instruktor); w zawodzie od 18 lat; przewodnik Międzynarodowy IVBV/UIAGM; ski-alpinista, taternik, alpinista, instruktor narciarstwa

Jesteś ratownikiem górskim? Pracujesz w TOPR albo GOPR i chciałbyś/abyś opowiedzieć o tym, jak wygląda Twoja służba? Napisz do autora materiału – lukasz.rogojsz@agora.pl

Więcej o:
Komentarze (75)
Ile zarabiają ratownicy górscy. Zarobki w TOPR i GOPR
Zaloguj się
  • podanyloginjestzajety

    Oceniono 20 razy 14

    Przestańcie się wszyscy wokół porównywać do kasjerek.
    A co one są z innej gliny i mają pracować za 1000 zł żeby wszyscy byli szczęśliwi?
    Trzeba iść na kasę i mieć w doopie swoją robotę jak tak zazdrościcie.

  • guccilittlepiggy

    Oceniono 13 razy 11

    Ja w sprawie dyskontów: Primo - nie ma czegoś takiego, jak KASJER w dyskoncie - autor nie wie, bo nie chce mu się sprawdzić, bowiem zarabia pewnie mniej niż "kasjer" w dyskoncie, z drugiej strony niewiele robi (dowód? nie chce mu się (to sprawdzony fakt, a nie wydumany wniosek autora komentarza) nawet sprawdzić co to za mityczne zwierzę: kasjer w dyskoncie), a teraz do meritum, tj. kasjera: Kasjer w dyskoncie musi obsłużyć kasę (średnio 6 godz, dziennie), zrobić na tej kasie porządek (i na pozostałych 5,6,7 również), posiadać umiejętność wypieku pieczywa (mrożone, wstępnie podpieczone - to prawda - jednak wciąż nalezy je przygotować do pieczenia (w asortymencie ok. 30 pozycji), upiec, wystudzić, uzupełnić braki w podajnikach, pilnując jednoczesnie, żeby tego pieczywa nie było za dużo/mało (strata sklepu/zadowolenie klienta), zająć się ładem w alejce do strefy odpieku przylegającej, porządkiem w strefie odpieku, ciągłą pracą w warunkach o różnicy temperatur wynoszącej 40 stopni (od -20 do +23), ew. utrzymaniu porządku na obszarze całego sklepu (do 1200 m2), zamieceniu wyżej wymienionej powierzchni i umyciu (tak, za pomocą maszyny myjącej - co za ulga), wyłożeniu nowej dostawy (śr. 5 palet EP, wiedza o rozmieszczeniu poszczególnych produktów w sklepie mile widziana), udzieleniu informacji wiecznie zagubionym klientom, sprawdzeniu czy towar na sklepie (szczególnie w obszarze działu z warzywami) nie jest przeterminowany, zepsuty, nadgniły, spleśniały, udzieleniu kompleksowej informacji nt asortymentu, jego położenia, dostepności i ceny. i tak, czasem robi to wszystko ta sama osoba. To tyle jesli chodzi o deprecjonowanie kwalifikacji pracowników dyskontów - wpasowuje się w politykę walki z wolnymi niedzielami i hasłem znajdź sobie lepszą robotę kasjerze (znajdź sobie lepszą robotę wiecznie niedoszły dziennikarzyno [przyp. mój]). Nadto, dziwnym trafem, kategoria (nie wystepująca w naturze, co leniwy przyszły niedoszły "dziennikarz" wiedziałby, gdyby tylko sprawdził) "kasjer w dyskoncie" to jedna z tych, której pensje są co do roku podnoszone, bo o dobrego (niewystępującego w naturze) kasjera z dyskontu ciężko na rynku pracy, zatem postuluję o zmianę w nastepnych społecznie użytecznych, ale dziennikarsko śmieciowych tekstach porównania "kasjer" na nauczyciel (tak, to straszne, a jednak w naszej i nie tylko naszej rzeczywistości prawdziwe) albo pielęgniarka (jeszcze straszniejsze i przerażająco rzeczywiste). Dziękuję za uwagę, a wiecznego stażystę dziennikarstwa i czytelników serdecznie pozdrawiam - pracownik dyskontu [polszczyzna powyżej portalowej średniej]

  • biebrzanska

    Oceniono 13 razy 9

    Przypomnę tylko, że pan Jan Krzysztof, szef TOPR, jest przeciwnikiem płacenia za akcje ratunkowe w górach. A jako osoba medialna, rozgłaszał to na prawo i lewo (przynajmniej ja czytałam to w wielu wywiadach z nim). Wg niego ratownictwo to misja, więc nie można tu włączać pieniędzy.
    Więc jest jak jest.
    Osobiście jestem zwolenniczką płacenia za ratownictwo górskie plus powszechnego niedrogiego ubezpieczenia 'górskiego'. Płacę takoweż we Francji na nartach, więc chętnie zapłacę i w Polsce.

  • ekonomiaglupcze

    Oceniono 16 razy 6

    popracuj tak jak kasjerka ratowniku to zrozumiesz
    znasz kasjerkę co lubi siedzieć cały dzień na kasie ?!
    przecież ty robisz to co lubisz ...

  • mtarczynski

    Oceniono 7 razy 5

    odchrz... cie się od przysłowiowych kasjerek w dyskontach, to jest ciężka , odpowiedzialna praca , gdzie człowiek wystawiony jest na widok publiczny przez 8 h ( co najmniej, z przerwami na inne obowiązki), przerzuca tony towaru, jest unieruchomiony jak drób klatkowy, odpowiada za zgodność kasy, nie pije sobie kawy kiedy chce ,a do wc tez musi sie postarac i co nie mniej ważne zaspokaja podstawowe ludzkie potrzeby - dostęp do jedzenia itp. , a nie jakieś tam zachcianki i bzdurki

  • hens

    Oceniono 4 razy 4

    A rzemieślnik np szewc płacący składki ZUS przez 45 lat x 12 mcy ZUS w kwocie +/- 1250 zł, (przeliczeniowo)
    zapłacił złodziejom 675 tys złotych i otrzymuje 980zł emerytury ! To jest dopiero burdel.

  • cezaryk

    Oceniono 6 razy 4

    > "na rękę" mają mniej niż kasjer w dyskoncie
    Idź jeden z drugim napaleńcem do dyskontu. Odpoczniesz, dorobisz się. Będziesz z wyłożoną fajką leżeć a kasa będzie płynąć.

  • krischi

    Oceniono 6 razy 4

    trzeba było zostać księdzem.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX