Kierownik sceny był przy Pawle Adamowiczu tuż po ataku. "Objąłem go ręką, pytałem, co się stało"

- Wyglądał, jakby po prostu cukier mu spadł, jakby mdlał. Zdążył spojrzeć na mnie i zaczął się osuwać - tak tragiczne wydarzenia z niedzieli wspomina Adam Ilczyszyn, kierownik sceny podczas finału WOŚP. Chwilę później tamował krew z ran Pawła Adamowicza.

Paweł Adamowicz został zaatakowany w niedzielę podczas finału WOŚP w Gdańsku. Na scenę, na której trwało "Światełko do nieba", wdarł się mężczyzna i trzykrotnie ugodził prezydenta Gdańska nożem. Prezydent Adamowicz był reanimowany jeszcze na miejscu, a następnie przewieziony do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, gdzie przeszedł operację. Adamowicz ją przeżył, ale jego stan nie był stabilny. W poniedziałek po godzinie 14 lekarze poinformowali, że życia Pawła Adamowicza nie udało się uratować. 

"Zdążył spojrzeć na mnie i zaczął się osuwać"

O wydarzeniach z niedzieli opowiedział Adam Ilczyszyn, kierownik sceny WOŚP w Gdańsku, który wchodził na scenę, gdy nożownik był pacyfikowany. - Zacząłem mijać się z ludźmi, którzy schodzą i usłyszałem, że prezydent źle się poczuł. I zobaczyłem go siedzącego na podeście gitarowym. Podszedłem, usiadłem koło niego, objąłem go ręką i zacząłem się go pytać, czy coś się stało - opowiedział w rozmowie z "Dzień Dobry TVN".

Wyglądał, jakby po prostu cukier mu spadł, jakby mdlał. Zdążył spojrzeć na mnie i zaczął się osuwać. Zacząłem go masować kostkami po mostku, tak, żeby zobaczyć, czy jest jakaś reakcja. Reakcji niestety nie było. W tym momencie podbiegła sanitariuszka, zaczęliśmy go układać w pozycji bezpiecznej. Wtedy ktoś krzyknął, że został dźgnięty nożem, bo ja w ogóle tego nie widziałem

- mówił Ilczyszyn. Po tym komunikacie kierownik scen i sanitariuszka rozebrali Prezydenta Gdańska i zobaczyli dwie duże rany, wówczas jeszcze nie krwawiące zbyt obficie. 

- Na początku nie wyglądało to tak bardzo źle. Generalnie rany wyglądały bardziej na cięte niż kłute, ale też pierwszy raz coś takiego widziałem - dodał. Jeszcze przed pojawianiem się medyków Ilczyszyn tamował wypływ krwi, a sanitariuszka przeprowadzała masaż serca.

"Sytuacja tak dziwna, że aż nierealna"

- Sytuacja bardzo dziwna. Ja sporo krążyłem wokół sceny i ten teren wydawał się naprawdę być bezpiecznym. Tam postronnych osób nie było. Oczywiście nas tam było sporo, były zespoły, byli techniczni. Ze swoimi twarzami się zaznajomiliśmy podczas prób. Byłem w szoku, że tam ktoś obcy się pojawił. Od lat przyjeżdżam pomagać tu na koncercie i to była dla mnie sytuacja tak dziwna, że aż nierealna - powiedział. 

Więcej o: