Kto wyłączył "Bandersnatcha", bo miał dość? Netflix przywraca demony i wie o nas coraz więcej

"Black Mirror: Bandersnatch" dorzucił do interaktywnej rozrywki kilka naprawdę znaczących cegiełek. Kto już wziął udział w "oglądaniograniu", ten wie, że Netflix bawi się z widzami podwójnie. A sam projekt przywodzi na myśl nie tylko skomplikowane gry, pełne trudnych decyzji, ale też eksperymenty lat 70., w wydaniu "babci performance'u".

Od dwóch dni trwa szaleństwo na "dręczenie się" produkcją Netflixa, czyli najnowszym odcinkiem serii "Black Mirror", czyli "Bandersnatch". Trzeba oddać twórcom - namieszali niemało, wyprowadzając na szersze wody interaktywny film, dorzucając do niego wszystko to, co powstało wcześniej w powszechnej kulturze.

W dużym skrócie: Netflix już po świętach podarował widzom interaktywny film. Każdy wybór ma znaczenie (względne), a za użyciem myszki pada czy pilota, wraz z postępem akcji, decydujemy, które płatki śniadaniowe zje bohater, po najbardziej ekstremalne przypadki. Wszystko ma jednak jedno ograniczenie - drogi, odpowiedzi, akcje są zaledwie dwie, a wyboru należy dokonać w ciągu dziesięciu sekund.

To tytułem wstępu, żeby choć trochę nie psuć zabawy każdemu, kto po "Bandersnatch" sięgnie. Recenzje rozlały się już po internecie, a za jego sprawą wieszczony jest już przełom w interaktywnej rozrywce. Czy porównywalny z "burzeniem czwartej ściany" w filmie? Czas pokaże.

Kto wyłączył serial, gdy robiło się zbyt brutalnie?

Oddać trzeba Netflixowi, że poszedł o krok dalej niż HBO rok temu przy serialu "Mozaika", w którym również to widz mógł sobie wybrać, w jaki sposób pozna całą historię (decydował, które wątki chce poznać, ale nie zmieniał samego kształtu opowieści). W "Bandersnatch" jest inaczej i to - przynajmniej na razie - daje mu prymat nad innymi produkcjami. No i sam film jest przeznaczony dla dorosłych - Netflix już wcześniej eksperymentował z interaktywnymi bajkami dla dzieci, jak "Kot w butach".

To, co oferuje "Bandersnatch", wykracza jednak daleko poza rozumienie jako takiej telewizji - nie ma jednego morału, jednej drogi, a naprawdę trzeba byłoby spędzić sporo czasu, by "sprawdzić" na sobie (dosłownie) wszystkie możliwe zakończenia i rozwinięcia sytuacji. Kluczowe są jednak decyzje, podejmowane na bieżąco, a w zasadzie już na początku wpada się w ich rytm i zaczyna się grę paragrafową.

To pytanie do tych, którzy już oglądali: Czy można było przerwać "oglądaniogranie", gdy nie podobały nam się dwie odpowiedzi narzucone przez serial i uznawaliśmy je za zbyt radykalne, brutalne? Można było. Tylko czy ktoś to zrobił?

'Black Mirror', odcinek 'Bandersnatch''Black Mirror', odcinek 'Bandersnatch' Netflix / Black Mirror

"Bandersnatch" w realu. "Rhythm 0" Abramović

Tak jest przez cały czas, im dalej brnie się w odcinek, tym okrutniejsze zadania stawia przed nami serial, a przewijający się wątek gry w tle, która tak samo ogranicza się do serii wyborów, tylko wzmacnia efekt. I sami w grę wchodzimy, bo godzimy się na jej zasady od samego początku.

Tego typu zabieg przywodzi od razu na myśl eksperymenty Zimbardo w więzieniu, tyle tylko, że zostały one niedawno podważone, a badaczowi wytknięto nieprawidłowości w jego testach.

To, z czym mamy do czynienia w "Bandersnatch", lepiej obrazuje "Rhythm 0", kontrowersyjna praca "babci performance'u" Mariny Abramović z lat 70. Zasada była prosta. Artystka przez 6 godzin stała w jednym miejscu, a przed nią umieszczono 72 przedmioty. Ona sama nazwała siebie "obiektem" i zapewniła oglądających, że bierze pełną odpowiedzialność. Widzowie mogli zrobić wszystko, nie obawiając się reperkusji.

Zaczęło się niewinnie, bo przez godzinę nikt nie podszedł. Później ktoś ją łaskotał, podnoszono jej ręce. Po trzech godzinach miała już pocięte ubranie, a po czterech "obserwatorzy" performance'u zaczęli ciąć jej skórę żyletkami, ktoś naciął jej szyję i spił krew.

Nagą przeniesiono ją na stół, doszło do kilku napaści na tle seksualnym. Znaleźli się też tacy, którzy chcieli jakoś obronić Abramović. Zrobiło się tak ekstremalnie, że ktoś przystawiał jej pistolet do głowy.

 

Zakończyło się dziwacznie - po sześciu godzinach Abramović zaprzestała performance'u i ruszyła w stronę widzów. Oprawcy sprzed kilku minut - według jej relacji - mieli uciekać przed spojrzeniem jej w twarz. Przestała być "obiektem", wróciła do "bycia człowiekiem".

Gra w boga. Decyduj o losie pikseli

Na tego typu przykładach to jednak nie koniec - bo abstrahując od swojego małego entuzjazmu wobec produkcji Netflixa (spędziłem przy niej dwie godziny) - "Bandersnatch" za sprawą zasięgu platformy trafił w te mroczne struny większej liczby osób. A wcześniej tego typu produkcje pozostawały gdzieś na uboczu mainstreamu. Jednak nie dla wszystkich.

Każdy kto w ostatnich latach grał w gry komputerowe, mógł zobaczyć renesans produkcji, które można polecić każdemu, kto chce pomieszać w takiej egzystencjalnej misie. Przykładów jest wiele, ja wspomnę dwa, gdy interaktywna rozgrywka wychodzi dalece od tego, co o grach się myśli (znów starając się nie wrzucać spoilerów).

Głośno było o "Heavy Rain", grze sprzed 8 lat, gdzie wciela się w cztery postaci, w tym ojca poszukującego zaginionego dziecka. Poza naprawdę trudnymi decyzjami, w i tak mało przyjemnym, wirtualnym świecie, pojawiło się coś innego. Główni bohaterowie, sterowani przez gracza, mogą umrzeć w wirtualnej rzeczywistości, bezpowrotnie. Każda śmierć zmieniała historię, którą dalej odkrywał.

Nie było szans, by choć z jedną z postaci (paleta była niewielka, ale interesująca: agent FBI, dziennikarka, detektyw i wspomniany wcześniej ojciec), choć trochę się nie zżyć, właśnie za sprawą ciężaru podejmowanych decyzji - te wiele razy są naprawdę okrutne - czy wykreowanej historii.

Podobnie z trylogią "Banner Saga", gdzie w świecie nawiązującym do kultury nordyckiej, nawiedzonym przez apokalipsę, prowadzi się grupę ludzi i "nieludzi" chcących przeżyć. Raz większą, raz mniejszą, zróżnicowaną rasowo - to wszystko rodzi wraz z biegiem gry kolejne problemy i dylematy do rozwiązania. Znów wszystko pozostaje na barkach gracza, a decyzje są nieodwracalne.

Koniec samej przygody, poza satysfakcją ukończenia gry i poznania pełnej historii (również jest wiele zakończeń), zostawia też ślad na postaciach, zresztą pięknie narysowanych. Są więc bohaterowie bez ręki, z ranami oparzeniowymi, a każdy z nich na ekranie budował poza główną opowieścią - także swoją historię. Zwłaszcza, jeśli przeżył dzięki kliknięciu myszką w odpowiednim polu, co nie udało się jego kolegom.

'Black Mirror', odcinek 'Bandersnatch''Black Mirror', odcinek 'Bandersnatch' Netflix / Black Mirror

Jakkolwiek to brzmi - wciąga. Czy jest to w 3D, jak w "Heavy Rain", czy w 2D, jak w "Banner Saga". Nie liczą się efekty, liczba nabojów w magazynku - najważniejsza jest historia. No i gracz trochę w roli demiurga, który w miarę możliwości pisze scenariusz i rozstawia aktorów po deskach teatru mundi.

Egzystencjalne rozterki

Żeby nie było - to, co jest w "Bandersnatchu" - pojawiało się też w literaturze. Nawet tej przeznaczonej dla odrobinę młodszego czytelnika (nastolatka), jak "Gra Endera" Orsona Scotta Carda. Bez ujawniania fabuły - warto po nią sięgnąć przede wszystkim dlatego, że jest "lżejsza" - nie niesie za sobą takiego ciężaru psychologicznego. Każdy, kto przy produkcji Netflixa spędził ponad godzinę, po "Grze Endera" złapie pewne podobieństwa.

Sam "Bandersnatch" to nie tylko wybory. Przecież i uczestnika "oglądaniogrania" ogranicza sam Netflix, a więc nad decydentem jest jeszcze ktoś. Czy to w takim razie niezamknięte koło, ograniczonych wyborów, albo nawet ich brak, ze względu na to, że ktoś inny pisze historię?

W podobne nuty uderzał Franz Kafka w "Procesie", Fiodor Dostojewski w większości swoich dzieł, na ogół: przedstawiciele egzystencjalizmu, zastanawiający się nad tym, co decyduje o człowieczeństwie i jego granicach.

W mroczny sposób takie moralne rozterki przedstawiał Edgar Allan Poe w swoich opowiadaniach. Wszystko można zamknąć pytaniem: Do jakich bezeceństw i zbrodni może posunąć się "normalny" człowiek lub z jakimi siłami, którym nie podoła mimo starań, może spotkać się podczas życia?

Netflix wie, ile i co oglądamy. Teraz też, co wybieramy

"Bandersnatch" nie wywołał u mnie wielkiego zachwytu, za to trochę trochę zmartwił. Jest taka historia z Netflixem w roli głównej sprzed roku. W sieci pojawiło się wyznanie użytkownika platformy, że po tym, jak nadmiernie oglądał seriale, miała się z nim skontaktować obsługa Netflixa, w e-mailu pytając, czy wszytko u niego w porządku. Jak twierdził miał wtedy mały "epizod depresji".

Pomijając powyższą historię, Netflix już wie o nas sporo, na Twitterze upominano nawet osoby, które oglądały film "Świąteczny książę" przez 18 dni z rzędu (było ich 53): "Kto was skrzywdził?".

Po "Bandersnatchu" Netflix wie więc, jak chętnie kogoś uśmiercamy, jak szybko decydujemy w kryzysowych sytuacjach i czy wolimy pracę zespołową od indywidualnej.

Udzieliliśmy mu odpowiedzi na pytania, na które wolelibyśmy raczej nie odpowiadać. To przecież była tylko gra, taka do oglądania, prawda? A ja nie zdziwię się, jak te dane posłużą jako materiał do kolejnego odcinka "Black Mirror".

                                                              CZYTAJ DALEJ

embed

         Zostaw komentarz                                                            Nie zostawiaj komentarza

Więcej o:
Komentarze (45)
Netflix i Black Mirror "Bandersnatch". Fenomen wyborów w grze, która jest filmem
Zaloguj się
  • wujekdolf

    Oceniono 19 razy 13

    mnie to po prostu znudziło...

  • zytkaa

    Oceniono 16 razy 12

    Oj, ktoś tu bardzo nadinterpretuje film Netflixa... Egzystencjalne rozterki, granice człowieczeństwa - bez przesady!

  • maaac

    Oceniono 15 razy 9

    Zakładam, że pan Kacper nie czytał albo nie zrozumiał "Gry Endera". Bo dość kiepską książką "dla młodszych" jest taka w której realny trup ściele się gęsto. A to co dokonał Ender-Zabójca i dlaczego musiał być dzieckiem, no cóż .... chyba też Pan Autor nie zrozumiał jeżeli w ogóle czytał.

    Polecam przeczytać jeszcze raz - tym razem ze zrozumieniem a NIE opierać się na filmie i streszczeniach.

  • runfree

    Oceniono 19 razy 9

    Wyłączyliśmy z nudów. To klikanie było po prostu męczące. Po całym dniu człowiek chce odpocząć.

  • tataj1

    Oceniono 17 razy 7

    sorry, jaki wybór? Tak naprawdę jest tylko jedna ścieżka, a druga jest pozorowana. Ostatecznie zawsze fabuła powraca na z góry upatrzony tor. Odcinek zrobiony na siłę i bardzo daleko mu do interaktywności. Nie wytrwałem.

  • zupagrochowa1

    Oceniono 12 razy 6

    Bez przesady, możliwość wyboru fabuły jest ciekawa,a le dupy ten film nie urywa. Zresztą, część wyborów jest bez znaczenia, fabuła i tak się toczy dalej.

  • o_jeden_postep_za_daleko

    Oceniono 11 razy 5

    Netflix do nikogo maila nie wysyłał i nikogo nie upomniał za oglądanie czegoś wiele razy. Monitoruje tylko w sposób statystyczny i bierny. Redaktor który wierzy w fake newsy (które netflix sprostował) - gratuluję poziomu ?

  • maxthebrindle

    Oceniono 8 razy 4

    Do autora:
    Ma pan trzy możliwości - pierwsza jest taka, że następnym razem będzie pan pisał na trzeźwo. Druga - że nie będzie się pan silił na pisanie w stylu intelektualisty piszącego dla intelektualistów, bo... panu nie wychodzi. Trzecia możliwość jest taka, że pisząc tekst reklamowy (wiem, że na łamach Netflix jest baaardzo promowany) napisze pan wprost, ze to reklama. Będzie nadal głupio, ale za to uczciwie.

  • nazwa.niepoprawna

    Oceniono 6 razy 4

    Szału nie było. Dosyć sprawnie obmyślona zabawa, ale nudna.
    5/10

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX