"Dzień po dniu, ku***, gaśniemy". Mają ratować nasze życie, ale swoją pracę nazywają "strefą mroku" [WYWIAD]

- Każdy z nas z dnia na dzień traci wrażliwość na ludzką krzywdę i cierpienie. Nie da się z tym przetrwać - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Adam Piechnik, ratownik medyczny z 11-letnim stażem. - Naszą pracę nazywam strefą mroku - dodaje.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: W ostatnim roku bardzo wiele mówiło się o ratownikach medycznych. Postrzeganie waszego zawodu wciąż jest jednak bardzo filmowe – życie na sygnale, ratowanie ludzkiego życia, poczucie wielkiej misji.

ADAM PIECHNIK*: Nie ratujemy ludzkiego życia. Albo czynimy to bardzo rzadko, zbyt rzadko.

To co robicie?

Łatamy dziury systemu, jesteśmy protezą tego chorego układu. Wszystko po to, żeby jakoś ciągle ten kulawy twór szedł do przodu. Pomału, upadając co chwilę, ale trwał i szedł do przodu. To nie jest ratowanie życia. Gaśniemy. Dzień po dniu, ku***, gaśniemy. Bo zamiast robić to, czego nas uczono, w czym mamy doświadczenie, wyręczamy inne ogniwa ochrony zdrowia. Jesteśmy też dla pacjentów wytrychem, by od owego systemu coś uzyskać. Poza tym, ludzie wylewają na nas żale, pretensje, frustracje wywołane niedomaganiem tego tworu, zwanego systemem ochrony zdrowia. Jesteśmy takimi chłopcami do bicia. I to całkiem realnej, fizycznej, a nie tylko werbalnej, agresji.

Co z misją, z pasją? Jest jeszcze coś takiego?

Każdy z nas wchodził do tego zawodu z olbrzymią pasją. Widziałem ją u większości – olbrzymia, wkręcająca pasja.

Wielu ratowników medycznych mówi, że przyciągnęła ich nie tylko pasja, ale też adrenalina, która towarzyszy tej pracy.

Wydaje mi się, że mało kto czułby się naturalnie w tym zawodzie, gdyby jego kora nadnerczy – dla niewtajemniczonych: to ona produkuje adrenalinę – nie funkcjonowała trochę inaczej niż u zwykłego człowieka.

Regularne zastrzyki adrenaliny rekompensują wszystkie niedogodności pracy ratownika?

Częściowo tak. Ja mam porównanie, bo spróbowałem też pracy w pielęgniarstwie. Ale okazało się, że na tę chwilę nie jestem na to gotów – na tę statyczność. Wciąż ten sam blok, ta sama szatnia, ta sama dyżurka, te same gęby pacjentów i personelu. No, po prostu nie, ni cholery. Pogotowie jest tak nieprzewidywalne, że nie da się tego porównać z niczym innym.

Ta nieprzewidywalność to wada czy zaleta?

Dla mnie to zaleta. Myślę, że dla masy moich kolegów „po fachu” również. Masz gamę odczuć i doznań tak nieprawdopodobną, że łatwo się od tego uzależnić. Niestety, jestem wciąż na tym etapie swojego życia zawodowego, że łatwo się wkurzam. Na przykład tym, że 80 proc. naszych wezwań to nie jest robota dla ratowników medycznych. Może faktycznie należałoby wówczas być wyrozumiałym, spokojnym, empatycznym...

…ale człowieka szlag trafia.

Tak, bo po pierwsze jestem ratownikiem medycznym. To nie ja mam być, ku***, empatyczny i wrażliwy. Jeśli z człowiekiem dzieje się coś naprawdę złego, to ja mam działać, a nie trzymać go za rączkę. Ładnych parę lat temu miałem taką fazę, że grałem rolę dr. Burskiego. To było wtedy, gdy poziom pasji wciąż był bardzo wysoki, ale cierpliwość też była znacznie większa niż dzisiaj. Wśród kolegów dorobiłem się ksywy „doktor kakałko”. Chłopaki zawsze się śmieli, że te nocne wezwania do rzeczy, do których nigdy nie powinniśmy jeździć, tzw. pani Leokadii z nadciśnieniem, kończyłem tekstem w stylu: „Kochana, a mleko pani w domu ma i może sobie gorącego mleka zagotować? A najlepiej to z kakałkiem i wypić sobie to na noc, żeby już się nie stresować i dobrze spać”.

Ładnie. Ludzie reagują na was podobnie? Bo musicie odnajdować się w sytuacjach o pełnym przekroju – od połamanego dzieciaka, przez zrzędliwą staruszkę, aż po leżącego w rowie pijaczynę.

Myślę, że ludzie odbierają nas dobrze. Ciągle słyszę od nich formułkę „panie doktorze”. Od jedenastu lat pracuję w zawodzie i od jedenastu lat poprawiam ich, że nie jestem żadnym doktorem. Jestem dumny z tego, co robię i nie potrzebuję podbijać sobie ego tym „doktorem”. Bardzo często słyszę od ludzi fajne rzeczy i to nawet w tych miejscach i w tych przypadkach, do których nigdy nie powinienem jeździć.

Co to za „fajne rzeczy”?

Ludzie często mówią nam: „A, wie pan, nawet lepiej, że ratownik, a nie lekarz, bo ratownik to lepiej zbada i zadba o człowieka”. Często to prawda, bo jest wśród nas olbrzymia liczba pasjonatów wciąż pogłębiających swoja wiedzę. Niestety i wyrobników z przypadku lub wręcz pomyłki też się sporo znajdzie.

Często was tak klepią po plecach i biorą pod włos?

Nie, bo jeździmy do różnych przypadków. Niech pan sobie wyobrazi interwencję u swingersów. W zgłoszeniu jest, że chodzi o zaburzenia psychiczne, a przyjeżdżamy na miejsce i grupa ludzi sobie swinguje. Tylko jedna pani lekko się wściekła, bo jej życiowy partner podczas stosunku z piękną nieznajomą wykazuje znacznie więcej entuzjazmu niż na co dzień z nią. A ponieważ wszyscy tam wiedzieli, w jakim celu się spotykają, więc reszta uznała, że pani dostała ataku szału.

Do czegoś takiego wzywane jest pogotowie ratunkowe?

Tak. Stoisz tam sobie z policją i robisz poker face, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Co prawda my tam już jesteśmy, ale połowa uczestników nic sobie z tego nie robi i bzyka się dalej, bo to, że ktoś obcy patrzy jeszcze bardziej ich kręci. Przede mną stoi z kolei niepozorny, mały typek, który kręci loka na klacie, a ja przecież muszę go zapytać, o co tu chodzi, co się stało, kto jest kim etc. Więc on opowiada mi, że to jego żona dostała białej gorączki. Żona faktycznie piekli się w najlepsze – że co to za kraj, co to za cholerny zaścianek, że z Niemiec tu przyjechała i tam byłoby nie do pomyślenia, żeby policja i pogotowie przyjechały do takiej imprezy.

I co jej odpowiadacie?

Uprzejmie informuję ją, że to przecież oni wezwali nas, a nie my wprosiliśmy się na ich imprezę. Ale ona swoje – że co to za kraj, że nie można się normalnie pobzykać. Wtedy mój kolega mówi jej, że jak najbardziej można się bzykać, że ludzie lubią to robić i robią w najlepsze także i tutaj, a gdyby oni nas nie wezwali, to nigdy byśmy się u nich nie pojawili. W tym momencie oburzył się mąż. „Co pan powiedział? Bzykać?!” – ryczy na mojego kolegę. Więc mówimy mu, że tylko powtórzyliśmy za jego partnerką. Impertynencki kurdupel grozi nam skargą w tak kuriozalnych okolicznościach. To jest kuriozum, ale do takich kuriozów też się jeździ.

Są kurioza, bywa śmiesznie, ale wasza praca to też takie chwile, gdy trzeba wyjść do matki i ojca, żeby powiedzieć im, że ich dziecko nie żyje.

Dlatego przy odroczonej reanimacji, czyli takiej, która nie rokuje, wyrzucam najbliższych z pokoju czy miejsca, w którym reanimacja się odbywa. Czynności, które podejmujemy, nie wyglądają ładnie, bliscy nie powinni tego oglądać. Nie chcę, żeby widzieli swojego bliskiego w sytuacji, gdy wpychamy w niego te wszystkie rurki, kiedy podnosimy go jak świnię na haku, żeby zobaczyć nagłośnię. Bo tak właśnie wygląda intubacja. Nie chcę, żeby widzieli w takim stanie ukochanego człowieka, który prawie na pewno umrze. Znakomita większość zatrzymań krążenia kończy się bardzo źle. Są trzy rzeczy, które zabijają u nas pasję do zawodu.

Jakie?

Po pierwsze, statystyki. Kiedy uczysz się do tego zawodu czy wciąż doskonalisz swoja wiedzę, siłą rzeczy poznajesz statystyki przeżywalności. Jak dociera do ciebie wiedza, że ze stu reanimowanych miesiąc później przy życiu będzie dwóch, staje się to czasem źródłem wątpliwości, zdajesz sobie sprawę, jakie koszty generuje każdy odkorowany (odkorowanie to zniszczenie kory mózgowej, które zazwyczaj jest efektem niedotlenienia – przyp. red.), ale jeszcze żywy. A tak wygląda statystyka, jest nieubłagana, większość z nich umrze. I wtedy pojawia się druga sprawa – jak masz za dużo tych wrażeń, tych emocji, w końcu cię to dopada.

Dopada?

Ja opisuję to w metaforyczny sposób. Wie pan, jak wygląda łapa drwala? Jak macha dzień po dniu siekierą, to stylisko potwornie niszczy mu rękę. I każdy rozumie, że łapa drwala nie jest delikatna i gładka jak tafla wody rączka pianisty. Praca ratownika medycznego to stylisko do siekiery, a my jesteśmy tymi drwalami. Tylko zamiast ręki niszczy nasze emocje. Dokładnie w ten sam sposób. Jeśli non-stop jesteśmy wystawieni na bodźce, które oddziałują na emocje, to po pewnym czasie w tym miejscu robią się odciski i coraz grubszy naskórek. To, co mówimy ludziom, społeczeństwu to: zechciejcie zrozumieć, że nie będziecie mieć dobrych, czyli empatycznych, medyków, jeśli będą musieli napieprzać po ponad 300 godzin miesięcznie i to za gówniane pieniądze. Nie ma takiej możliwości, bo każdy z nas z dnia na dzień traci wrażliwość na ludzką krzywdę i cierpienie. Nie da się z tym przetrwać.

A jak próbujecie przetrwać?

Nikt specjalnie nie próbuje. Bo się nie da. Musisz zaakceptować to, że twoje emocje będą wystawione na to wszystko, bo to takie zajęcie. I zapłacisz za to cenę. Jedyne, co mogłoby temu zapobiec, to np. komfort ekonomiczny, by móc nabrać oddechu, gdy ciśnie za mocno – pojechać gdzieś, pobyć z tymi, których kochamy, złapać dystans, podładować baterie. Ale przecież jest, jak jest, więc w końcu albo odchodzisz fizycznie, albo emocjonalnie. I gaśniesz.

Pewnego dnia przychodzi naturalna znieczulica i tyle? Koniec?

Po prostu przyjmujesz te wszystkie obrazy, emocje, cierpienie w sposób naturalny. Nie wiem jak pozostali, ale ja cieszę się, że mam jeszcze momenty, w których wchodzę do domu, leży trup, podchodzę do niego, robię swoje, wychodzę, wsiadam do karetki, a w tej karetce zdaję sobie sprawę: "ku***, kompletnie nic nie czuję przekręcając martwego człowieka, a przecież widziałem w tym mieszkaniu mnóstwo interesujących książek, więc to musiał być fajny gość".

Rozmawiacie o tym, jak to na was działa, jak was zmienia?

Odpowiem pewną osobistą historią. O tym, jak zmarł mój teść. To było na samym początku mojej drogi zawodowej w ratownictwie, ale już pewne reakcje były wykształcone. Wszedłem do szpitalnego prosektorium. Teść, jak to zwłoki, miał odgniecenia, przewiązaną żuchwę (powoduje odkształcenia małżowiny usznej), niedomknięte oko. Za chwilę miała do nas zejść moja żona, jego córka. Myśląc o tym, jak ona tam zaraz wejdzie, złapałem teścia za twarz i zacząłem ją szybko modelować – domykać oczy, prostować uszy etc. Przecież ten gość trzy tygodnie wcześniej siedział ze mną w kuchni, gadał, żartował, a ja, jak typowy medyk, odczłowieczyłem go z taka łatwością. Modelowałem jego twarz jak jakąś masę, żeby tylko żona nie zobaczyła tych półotwartych oczu, odgniecionych uszu. Później złapałem się na tym, że mówię sobie: "ku***, przecież to nie była żadna bryła"...

…tylko teść, rodzina.

Właśnie.

Ratownicy medyczni [zdjęcie ilustracyjne]Ratownicy medyczni [zdjęcie ilustracyjne] DARIUSZ BOROWICZ

Co pan wtedy pomyślał?

Że nie jest ze mną jeszcze tak źle, skoro mam momenty, gdy zauważam takie rzeczy, gdy siedzę w tej karetce i mówię sam do siebie: "Ku***, nic nie czuję. Właśnie obracałem w te i we wte człowiekiem, po którym ktoś teraz rozpacza". Gdybym miał kompletnie wywalone, gdyby nie pojawiła się ta refleksja, byłoby znacznie gorzej.

Takie przypadki też u was są?

Z dorosłymi generalnie w ogóle tak jest – po jakimś czasie wszystko kompletnie po nas spływa. Miałem kiedyś wyjazd, na miejscu już denat, zmarła kobieta i gdy suchym, beznamiętnym tonem powiedziałem jej mężowi, co z tym robimy – wyjdę, załatwię papiery z Nocnej i Świątecznej Pomocy Lekarskiej (NiŚPL), bo nie wystawiamy aktów zgonu, wrócę – nagle patrzę, a facet zjeżdża po framudze drzwi, siada w kucki, łapie się za głowę i zaczyna szlochać. Wtedy wszyscy mają ten sam, charakterystyczny ton głosu i, mówię to bez ironii, taką zaśpiewkę: "O, Jezu! O, Jezu! O, Jezusie!". Ja stałem tuż obok, trzymałem w ręku ten swój tablet, patrzyłem, jak gość rozpacza i nic mnie to nie ruszało. Nijak nie zareagowałem, chociaż nagle przyszła świadomość, że przecież dwa czy trzy lata wcześniej sam byłem w podobnym stanie, kiedy rodzina mi się rozpieprzyła, bo żona odeszła z dzieckiem do swojego kochanka. A tutaj stoję, patrzę na gościa w takim stanie jak ja kiedyś i jakby była pomiędzy nami szklana ściana – nie czuję ani chęci, ani potrzeby, żeby poklepać go po ramieniu, jakoś pocieszyć.

Wypalenie.

Częściej dystans, ale także wypalenie.

Ilu jest wśród was wypaleńców?

Część. Ani mała, ani duża. To pokłosie zbyt długiej pracy w tym zawodzie. Zbyt intensywnego kontaktu ze zdarzeniami traumatyzującymi w następstwie pracy w wymiarze dwóch i więcej etatów. Poczucia bezsensu i braku wymiernej dumy z tego, co się robi. Wymiernej także w sensie statusu społecznego i ekonomicznego. I tej ekonomii właśnie, która zmusza do natłoku emocji, mnożonych przez te dwa lub trzy etaty, które wystawiają taki, a nie inny rachunek. Na emocjach, psychice, somatyce, relacjach rodzinnych i towarzyskich.

Jaka jest „data przydatności do spożycia” ratownika?

Ja robię już jedenaście lat i wciąż mnie to jara. Znam kolesi, którzy są w tym zawodzie piętnaście albo dwadzieścia lat, czasami łącząc pracę ratownika z wcześniejszą pracą sanitariusza, i widzę, że nadal im się chce. Także to zależy od człowieka, a nie pracy. Wypalenie najszybciej dopada tych, którzy trafili do tego zawodu z przypadku.

Ludzie z przypadku utrzymują się w takim fachu?

Tak, zrobili odpowiednią szkołę i są wyrobnikami.

Można być u was wyrobnikiem?

Można. Jak we wszystkim. Powiem więcej, myślę, że prędzej z tej roboty wylecę ja, czyli ratownik z pasją, niż taki wyrobnik, który ma to wszystko w dupie. Bo we mnie pewne sytuacje wciąż wywołują wkur******.

GRZEGORZ SKOWRONEK

A dla nich, czy połamany dzieciak, czy staruszka z zawałem to jak robienie naleśników?

Nie do końca. Też poczują, gdy zderzą się z wielką krzywdą. Przykładowo na tragedie z dziećmi reagują wszyscy, nawet najgorsi wypaleńcy. Dzieci to jedna jedyna sytuacja, kiedy wszystkim zależy i która wszystkich rusza. Wchodzisz na stację, widzisz, że atmosfera jest gorsza niż na pogrzebie – ludzie nie jedzą, nie rozmawiają ze sobą, nie patrzą na siebie, każdy zamyka się w swoim świecie – i wiesz, że była jakaś nieudana, gruba akcja z dzieckiem. Ale tak, wśród nas są wypaleńcy i muszę z nimi pracować, bo nie istnieje w zasadzie żaden system weryfikacji, tylko grafik do obsadzenia. A w przypadku kontraktu często chęć pracy za jeszcze niższą stawkę. Dla naszych dysponentów tańszy ratownik to lepszy ratownik.

Wasza praca odbija się na relacjach ze znajomymi, przyjaciółmi, rodzinami?

Staramy się to ograniczać, jak tylko możemy. Kiedyś złapaliśmy się z kolegami z pracy na tym, że pewnych kwestii nie wynosimy na zewnątrz. Po prostu dlatego, że ludzie spoza zawodu by ich nie zrozumieli. Nauczyłem się, żeby nie próbować sprzedawać znajomym spoza ratownictwa naszych branżowych żartów, bo to ich oburzy, a ja strzelę ostre faux pas.

Hermetyczny, branżowy czarny humor to nie jest coś niespotykanego.

Może i nie, ale nie tylko o to chodzi. Pięć lat temu popełnił samobójstwo mój dobry kolega. Gość, z którym miałem „automat”, czyli jeździliśmy razem non-stop. De facto spędzałem z nim więcej czasu niż z kimkolwiek z rodziny – 240 świadomych godzin w miesiącu. Najgorsze w tym było, że mieszkał w naszym rejonie, więc do jego zgonu jechaliśmy my. Choć chyba jeszcze gorsze okazały się SMS-y, które wysyłał przed do kolegów, zanim ze sobą skończył: "Wpadnij do mnie, wypijemy, chciałbym pogadać". Nikt nie mógł, nie był w stanie, bo gdy pracujesz po 300-400 godzin, na dwóch czy więcej etatach lub ich równoważnikach, nie możesz sobie nawet na ten alkohol w czasie wolnym pozwolić, bo przecież za parę godzin wsiadasz za kierownicę. Pamiętam dzień jeszcze sprzed jego pogrzebu, ze względu na reakcję typową dla naszego środowiska. Pod bazę podjeżdżały kolejne karetki – wiadomo: oddać dokumenty, pobrać leki, uzupełnić brakujący sprzęt – i wszyscy byli wstrząśnięci śmiercią kumpla. Ale nie było rozpaczy, był żart.

Żart?

Stoją dwie karetki – my i nasi koledzy. Z jakiegoś powodu zaczęliśmy opowiadać najbardziej kuriozalne zdarzenia w pogotowiu. Opowiadam jedną rzecz, kumpel przebija, potem ja znowu podbijam. Wszyscy się śmiejemy, w pewnym momencie ten śmiech staje się histeryczny. Nagle okazuje się, że od pół godziny ryczymy histerycznym śmiechem. Okej, opowiadane przez nas historie były śmieszne, ale nie aż tak. A tu idą kolejne historyjki i kolejne... Później zdałem sobie sprawę, że po prostu zaśmiewaliśmy to, co się stało, w ten sposób próbowaliśmy sobie poradzić z gigantycznymi emocjami po jego śmierci. Inaczej po prostu nie potrafiliśmy po tylu latach w tym zawodzie.

Bo człowiek znieczula się na tragedie innych i własne emocje?

Tak, ale tutaj kolejna historia. Jakiś czas temu za mocno wszedłem w jeden przypadek, w pacjenta, w emocje towarzyszące naszej robocie. Siedziałem z kobietą w karetce, trzymałem ją za rękę, gadałem do niej, była przytomna, więc modulowałem głos, by brzmiał uspokajająco. Wysoką cenę się za to płaci, bo nie udało się jej uratować. A przecież to nie od ciebie zależy. Twój błąd polegał na tym, że zacząłeś mieć nadzieję, zacząłeś wierzyć, że uda się ją uratować.

Błąd?

Błąd, bo długo byłem po tym rozbity. Ale miałem fart, bo kilka dni po tym zdarzeniu przytrafiła mi się z kolei jedna z najwspanialszych reanimacji, odkąd jestem ratownikiem. Młody facet, rocznik '72 (mój rocznik), zatrzymanie krążenia. Reanimacja tak udana, że facet już na SOR-ze w pełni kontaktował. Rozintubowany gadał, a jego żona przed SOR-em prosiła, by przekazać ucałowania dla wszystkich zaangażowanych. Rzadko się zdarza, żeby po zatrzymaniu krążenia i pełnej reanimacji tak szybko był kontakt logiczny z pacjentem.

Dzięki takim momentom wciąż jesteście w tej robocie? Dają siłę na kolejne dni?

Tak, byłem nakręcony na 120 proc. Po prostu unosiłem się nad ziemią. Ale takie rzeczy dzieją się cholernie rzadko.

Myślał pan kiedyś, żeby uciec z tego zawodu?

Jeszcze nie. Chociaż w sumie już raz podjąłem próbę, bo spróbowałem pielęgniarstwa przez trzy miesiące i stwierdziłem, że się nie nadaję. Jeszcze się do tego nie nadaję. Dusiło mnie to.

Ratownictwo nie dusi?

Robiłem w życiu kilka rzeczy, zanim zostałem ratownikiem, ale dopiero w ratownictwie znalazłem głęboki sens roboty, którą codziennie wykonujesz. Na początku byłem niesamowicie zajarany i myślałem, że codziennie będę ratować życie.

Styczeń 2018. Pikieta w obronie zwolnionych dyscyplinarnie ratowników medycznychStyczeń 2018. Pikieta w obronie zwolnionych dyscyplinarnie ratowników medycznych MICHAŁ WALCZAK

A potem przyszła proza życia...

Przyszła, ale to nic nie zmienia. Staram się robić swoją robotę najlepiej, jak umiem, myślę, że jestem raczej średniakiem – ani najgorszym, ani najlepszym. Dobrze, że to widzę, bo dzięki temu mam do kogo równać, mogę iść w górę. Ale mam takie sytuacje, że przyjeżdżam do dzieciaka z fatalnym złamaniem z przemieszczeniem, które powoduje niedokrwienie. Według algorytmów powinienem mu podać leki przeciwbólowe i unieruchomić tę rękę w zastanej pozycji, czyli tak naprawdę nic nie robić z problemem, który widzę i w efekcie wieźć go do szpitala z niedokrwieniem. Ale do szpitala jest kawał drogi, więc jak dojedziemy, to dojdzie już do nieodwracalnych szkód. Dlatego podaję mu na tyle silne leki, by móc delikatnie przeprowadzić repozycję, przywracającą krążenie. Pomóc mu, a nie tylko dowieźć sztukę mięsa do szpitala. I robię to, choć tak poważne złamanie jest dla mnie pewnego rodzaju zagrożeniem – że będą komplikacje, a skoro komplikacje, to i potencjalne problemy cywilno-prawne. Ale wiesz, że możesz zrobić lepiej, więc robisz lepiej. Przekraczasz schematy, wywierasz realny wpływ.

To takie dziwne? Takie rzadkie?

Może nie dziwne, ale cieszysz się, że możesz to zrobić. Nie każdy ma tyle szczęścia. Podam głośny przykład moich kolegów ze Świętokrzyskiego Centrum Ratownictwa Medycznego i Transportu Sanitarnego w Kielcach. Jedni z najlepszych ratowników w Polsce, zwycięzcy mistrzostw Polski ratowników medycznych. Rok temu w okresie świątecznym wyrzuceni z pracy za, jak to nazwano, „ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych i rażące naruszenie zasady zaufania oraz lojalności w stosunkach pracowniczych”. W rzeczywistości postawili się dyrektorce Centrum, założyli związek zawodowy, by powalczyć o swoje. Ta kobieta uniemożliwiła ratownikom podawanie pacjentom pediatrycznym leków przeciwbólowych, ale gdy sprawa wyszła na jaw, zamieciono wszystko pod dywan. Zapewne dlatego, że dyrektorka ma koneksje, swoich "pretorian" w pewnym związku na "S", a ten z kolei ma swoje wpływy na polityków i urzędników. Efekt? Jest nieusuwalna i trzęsie świętokrzyskim pogotowiem ratunkowym.

Ciężko walczyć z kimś takim.

Koledzy nie chcieli być dłużej pokorni i cisi, więc wylecieli. Teraz sąd przywrócił ich do pracy. Co prawda jeszcze nie prawomocnie, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. Ten wyrok cieszy tym bardziej, że nawet ludzie w Kielcach, opiniotwórczy moderatorzy mediów społecznościowych czy znani politycy z regionu ospale interesowali się tematem. Dzięki nagłośnieniu sprawy przez samych zainteresowanych pojawiły się media, tylko pytanie, co dalej. Na ile udowodnienie, że koledzy mieli i mają rację, wpłynie na decyzje tych, którzy do tej pory nie widzieli problemu? To jest też pytanie do społeczeństwa: dobrego medyka chce każdy, ale żeby temu dobremu medykowi pomóc w potrzebie, to już nie ma chętnych. A potem jest żal, gdy ich tracicie. I pretensja, gdy przyjeżdża do was ktoś, kto ma tyle samo zaangażowania co wy.

Można się wkurzyć.

Najbardziej wkurza ludzka podłość, łajdactwo. To czwarta rzecz, która nas wykańcza. Pamiętam takie jedno wezwanie. Lekko niepełnosprawna kobieta przewróciła się i nie mogła wstać, ale wzywający - zamiast pomóc jej się podnieść, wezwali karetkę. Przyjechaliśmy, zbadaliśmy pacjentkę i mówimy jej, że w zasadzie nic jej nie jest, a z nadciśnieniem powinien sobie poradzić lekarz NiŚPL. Ona na to, że jeśli nie trzeba, to nie chce jechać do szpitala. Mówimy jej, że nie ma sprawy, tylko będzie musiała poczekać trzy, cztery godziny na Nocną Pomoc Lekarską, bo nie jest w stanie zagrożenia życia. Na to włącza się sąsiad, który pojawił się w międzyczasie. Zaczyna ją straszyć, że musi jechać do szpitala, że nie wiadomo, co z jej zdrowiem, że powikłania, że na SOR-ze porobią jej badania. Kobieta momentalnie zmienia zdanie, teraz już musi jechać do szpitala. Nagle wpada mój kolega z karetki i mówi: "Adam, 2 km stąd mamy zatrzymanie krążenia i nikt inny nie może tego wziąć, nikogo nie ma". To mówię kobiecie, że jej nie zabiorę, bo tam zaraz umrze człowiek, a ona potrzebuje po prostu leku z apteki. "I co z tego?! Ta pani była pierwsza!" – ryczy na nas sąsiad. Nie wytrzymałem. "Wypier***** mi z oczu! Jadę, żeby próbować uratować umierającego człowieka!" - syknąłem przez zęby. Czy złożył na mnie skargę? Nie wiem, czasem jest mi to już obojętne, a pacjenta z zatrzymaniem krążenia i tak nie udało się nam uratować. Takie sytuacje nie dość, że doprowadzają cię do pasji, to też coś w tobie zabijają.

W emocjach wychodzą z ludzi ich najgorsze cechy.

Tak. Stres, strach, ból całkowicie zdziera z ludzi wszelką powierzchowność. Nie ma savoire-vivre'u, dobrego wychowania, kurtuazji. Pokazują wtedy, co w nich naprawdę jest i, proszę mi wierzyć, nie chciałby się pan o tym przekonać. Dlatego nazywam naszą pracę strefą mroku. W poprzednim wcieleniu zawodowym, gdy pracowałem w zespole ochronnym polskiego potentata gazowego, pamiętam, że miał swoje ulubione powiedzonko: "Im dłużej żyję wśród ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta". Musiałem zostać ratownikiem, żeby zrozumieć, dlaczego tak je lubił. Po latach pracy w tym zawodzie dwie rzeczy doprowadzają mnie do pasji: ludzka głupota i ludzkie kur******. Aż nie wiem, co gorsze. Ale raczej głupota, bo to z niej wynikają wszystkie pozostałe cechy i zachowania. Człowiek tak przykro często bywa za głupi, żeby rozumieć, że warto być fair dla innych, bo prędzej czy później to do Ciebie wraca.

Brzmi jak opis strasznie niewdzięcznej roboty. Żałuje pan, że ją wybrał?

Nie. Żałuję tylko i wyłącznie, że w tym zawodzie nie mogę sobie czysto finansowo pozwolić na takie przerwy od pracy, żeby móc odetchnąć i naładować baterie, i mieć więcej czasu dla bliskich. Bo to piękna praca. Czasem mam skrzydła u ramion i choć z reguły wloką się w szlamie i gnoju, to cena za to wciąż jest do przyjęcia.

* Adam Piechnik – rocznik 1972; wykształcenie wyższe (pielęgniarstwo, ratownictwo medyczne), w zawodzie od jedenastu lat; pracuje w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego „Meditrans” w Warszawie

Jesteś ratownikiem lub ratowniczką, pracujesz w służbie zdrowia i chcesz opowiedzieć, co się w niej dzieje? Napisz do autora – lukasz.rogojsz@agora.pl.

Gazeta.pl to nie tylko polityka i gospodarka, ale też tematy lokalne, poruszające problemy mniejszych społeczności, bliższe ludziom. Poświęć trzy minuty i pomóż nam lepiej zrozumieć, o czym chcesz czytać. Kliknij tutaj, żeby rozwiązać krótką ankietę.

Więcej o:
Komentarze (66)
Ratownicy medyczni. Jak wygląda praca ratownika medycznego.
Zaloguj się
  • 1pytanie

    Oceniono 13 razy 11

    Piëkny i realny artykuł o ratownictwie...

  • Van der Seck

    Oceniono 11 razy 9

    Porzadne dziennikarstwo, wazny temat, super wazni (dla nas) ludzie. Dziekuje za ten artykul. Pozdrowienia dla wszystkich ratownikow!

  • chi-neng

    Oceniono 9 razy 9

    Moje uznanie dla autora artykulu, szczegolnie za okazanie ogromnej ilosci empatii, taktu i cierpliwosci dla tego tak interesujacewgo obiektu jakim jest "dr. Burski = doktor kakałko”.

  • wzaleski1157

    Oceniono 9 razy 7

    Dobry artykuł. Szacunek dla Ich pracy.
    Powiedzcie mi Szanowni Ratownicy - dlaczego od stycznia 2019r tylko Wy stajecie się wraz z Pielęgniarkami Urzędnikami Publicznymi (chronionymi z mocy prawa) a lekarze nadal nimi nie są? Jeśli ktoś obrazi, pobije Ratownika lub Pielęgniarkę odpowiada z mocy prawa. Jeśli w tej samej karetce Pogotowia Ratunkowego to samo spotka Lekarza, to musi dochodzić swoich praw w procesie cywilnym. Widać Lekarz to "coś gorszego sortu".

  • lekarzzewsi

    Oceniono 7 razy 7

    O lat, każda dotychczasowa władza wmawia tak zwanym świadczeniobiorcom (czyli, niby, pacjentom) że WSZYTKO im wolno. I takie są efekty.

  • zerozer52

    Oceniono 7 razy 7

    Nareszcie coś ciekawego do poczytania a nie jaką kupę zrobiła jakaś ku....

  • jozeslaska

    Oceniono 7 razy 7

    Dziękuję za waszą pracę. Dla mnie jesteście wspaniali.

  • chi-neng

    Oceniono 8 razy 6

    Uważam artykuł za bardzo dobry, a przede wszystkim interesujący.
    Jak wiekszość artykułów tego pana.
    Nota bene, bez „wazeliniarstwa” (jak to niektórzy nazywają), bo nie mam w tym żadnych interesów. Wręcz obiektywnie; lubię artykuły w wydaniu tego pana.

    Ten artykuł w doskonały sposób pokazał nam jak może zmienić się mentalność i wrażliwość człowieka, wykonującego trudny.
    Analogicznie dzieje się z mentalnością i wrażliwością ludzi, poddawanych długotrwałemu, sukcesywnemu i konsekwentnemu ‘praniu mózgów’ przez polityków.

    Na miejscu tego ratownika, zmieniłabym pracę z natychmiastowym skutkiem:

    „Dlatego przy odroczonej reanimacji, czyli takiej, która nie rokuje, wyrzucam najbliższych z pokoju czy miejsca, w którym reanimacja się odbywa. Czynności, które podejmujemy, nie wyglądają ładnie, bliscy nie powinni tego oglądać. Nie chcę, żeby widzieli swojego bliskiego w sytuacji, gdy wpychamy w niego te wszystkie rurki, kiedy podnosimy go jak świnię na haku, żeby zobaczyć nagłośnię.”

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX