Turbopatriotyzm i obsesja niepodległości. Nasza miłość do ojczyzny 100 lat po odzyskaniu niepodległości [WYWIAD]

- Turbopatriotyzm nie stawia sobie celów w przyszłości, ale szuka wzorców w przeszłości. Ideałem jest zatem doskonałe odtwarzanie historii - mówi w rozmowie z Gazeta.pl semiotyk kultury dr hab. Marcin Napiórkowski.

GAZETA.PL: Sytuacja wokół obchodów 11 listopada zmieniała się w ostatnich dniach jak w kalejdoskopie. Koniec końców PiS pójdzie z narodowcami we wspólnym marszu. Nie zmienia to jednak faktu, że po raz pierwszy te dwa obozy starły się o kontrolę nad sferą patriotyzmu i polskości.

DR HAB. MARCIN NAPIÓRKOWSKI*: Analiza programowych przemówień pokazuje, że partia rządząca prezentuje model patriotyzmu bardzo zbliżony do Ruchu Narodowego. Można się więc było spodziewać, że po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość spory narodowców z władzą ucichną. Z drugiej strony, kultura upamiętnień w Polsce kształtowała się przez okres zaborów, okupacji i komunizmu. Jest więc zbudowana na nieufności wobec państwa. Polski patriotyzm był zawsze „przeciw komuś”. Marsz Niepodległości jest, w tym sensie, prawdziwym spadkobiercą tradycji.

Podobno już nie jest przeciwko władzy. Albo inaczej: nie jest przeciwko tej władzy.

Zobaczymy, jak to się wszystko skończy. Z punktu widzenia badacza mitów wydarzenia ostatnich dni są doskonałą ilustracją tezy, że nasza pamięć i sposoby świętowania pozostają zakładnikami swojej historii.

To znaczy?

Mamy tendencję, by ceremonie upamiętniające traktować jak mosty łączące dwa punkty w czasie: dziś i upamiętnianą przeszłość. Tymczasem te ceremonie same mają swoje historie, które są niezbędne, by zrozumieć, co się właściwie dzieje. Ani rok 1918, ani 2018 nie pozwolą nam wyjaśnić zamętu ostatnich dni. Musimy spojrzeć na Marsz Niepodległości w perspektywie trzech dekad, a nawet sięgnąć głębiej.

Z jednej strony wywodzi się on bezpośrednio z marszów środowisk narodowych, które zaczęły się w Warszawie już w latach 90. ubiegłego wieku. Z drugiej, w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej znajdziemy informacje o patriotycznych marszach w latach 70. i 80. 11 listopada był w późnej PRL momentem, gdy opozycja manifestowała alternatywną pamięć historyczną właśnie poprzez wspólne maszerowanie. Łączność między narodem a państwem była wówczas ograniczona. Uroczystości państwowe postrzegano jako zagarnianie pamięci o przeszłości. Dzisiaj organizatorzy Marszu Niepodległości, w sposób mniej lub bardziej świadomy, budują na tamtych tradycjach. Dla nich oficjalna, państwowa pamięć o przeszłości jest nieprawdziwa. To interesująca różnica między PiS-em i Ruchem Narodowym. Choć obie organizacje łączy podobna wizja patriotyzmu, to narodowcy są wobec państwa nieco nieufni, uznając wyraźny prymat narodu, podczas gdy PiS, zwłaszcza od czasu wygranych wyborów, buduje patriotyzm państwowy.

Winnicki: Zapraszamy wszystkich, którzy podpisują się pod ideą Marszu

Jeśli w Polsce celebrujemy patriotyzm, to zawsze przeciw komuś? Nie można tego zmienić? Nie żyjemy już ani pod zaborami, ani pod niemiecką okupacją, ani w czasach komuny.

Były takie próby, ale się nie udały. Żeby zrozumieć to, co się dziś dzieje na ulicach Warszawy, warto cofnąć się o kilka lat – do pamiętnego 2 maja 2013 roku i orła z czekolady. To był jeden z kluczowych momentów dla tego, co dzisiaj dzieje się w polskiej polityce pamięci.

Czekoladowy orzeł?

Tak, czekoladowy orzeł zjedzony przez grupkę warszawiaków w ramach happeningu organizowanego przez Bronisława Komorowskiego i radiową „Trójkę”. To najlepiej widoczna próba zbudowania rytuałów dla ideologii, którą możemy nazwać softpatriotyzmem. Softpatriotyzm przeciwstawia się tradycyjnemu modelowi patriotyzmu, mówiąc: jesteśmy nowocześni, fajni, nic nam nie zagraża. To nie jest patriotyzm „przeciw komuś”, to patriotyzm czasu pokoju, który wyraża się w małych codziennych rzeczach. Do tego bardzo sprawnie posługuje się językiem nowoczesnego marketingu: robimy event, wybieramy logo, określamy grupę docelową.

Chyba jednak nie tak sprawnie, bo akcja z orłem okazała się klapą.

Wręcz spektakularną katastrofą! Wszystko było źle – kolor różowy zamiast biało-czerwonego; zamiast hymnu – napisana przez Artura Andrusa piosenka „Orzeł może”; zjadanie orła z czekolady; zrzucanie ulotek z helikoptera. Ta spektakularna klęska softpatriotyzmu pokazała, że filozofia „ciepłej wody w kranie”, którą ogólnie Polacy przyjęli, może bardzo łatwo i bardzo szybko popaść w śmieszność, bo ma problem z budowaniem wspólnotowych rytuałów i słabo pasuje do naszej narodowej mitologii.

Patriotyzm to u nas temat tabu, do którego można podchodzić albo śmiertelnie poważnie i z wielkim namaszczeniem, albo wcale?

W tym przypadku odezwały się wszystkie nasze dawne instynkty. Oto ktoś próbuje zawłaszczyć nasze święto, nasze symbole, nasz patriotyzm. Orła nam zastąpili jakimś szkaradztwem, biel i czerwień rozpuściła się w obcy kulturowo róż. Nawet pieśni wymyślili własne. Przez lata robili to zaborcy, potem naziści, wreszcie komuniści.

A tu znowu władza.

Właśnie. Dlatego od razu pojawiło się myślenie: prawdziwe polskie symbole są rozmieniane na drobne, zastępowane gadżetami. To było śmieszne. Tyle że PiS i narodowcy wcale nie proponują powrotu do tradycyjnego patriotyzmu! W Heglowskiej dialektyce mamy tezę, zbudowaną na opozycji antytezę, ale zamiast powrotu od jednego do drugiego otrzymujemy syntezę. W naszym przypadku są to odpowiednio: tradycyjny patriotyzm, softpatriotyzm i turbopatriotyzm.

Turbopatriotyzm?

Tak. To ideologia, która w sferze wartości powraca do tradycyjnego patriotyzmu, owładniętego obsesją wiecznie zagrożonej niepodległości, ale w sferze narzędzi błyskotliwie przejmuje zdobycze softpatriotyzmu. To patriotyczna odzież, eventy, płyty z muzyką i wiele innych rzeczy. Mamy do czynienia z niezwykle umiejętnym przejęciem tego czekoladowego orła i odwróceniem wektora, który wcześniej skierowany był w przyszłość. Turbopatrioci przekonują nas, że przyszłość jest niepewna, żyjemy w złych i ciężkich czasach, wszystko, co wartościowe znajdziemy w przeszłości i to na niej musimy się skupić. Marsz Niepodległości jest jak kondukt pogrzebowy. W jakimś sensie oni wszyscy idą tyłem – co prawda poruszają się naprzód, ale myślami i wzrokiem zwróceni są w przeszłość.

„Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”. To już George Orwell i „Rok 1984”.

To pasuje do tej sytuacji, ale nie zawsze jest prawdą. Jeszcze kilka lat temu wydawało się oczywiste, że kto rządzi przyszłością i zaproponuje Polakom fajną opowieść o tym, co ich czeka, będzie mógł dowolnie zreintepretować przeszłość. Dominowała filozofia jutra.

Okazało się, że jednak duża część społeczeństwa, być może nawet większość, woli spoglądać w przeszłość. Przynajmniej, gdy chodzi o patriotyzm i święta narodowe.

Po pierwsze, przyszłość była atrakcyjna tylko dla tych, którzy czuli, że na transformacji wygrywają, że jutro będzie dla nich lepsze niż dziś i wczoraj. Tę wiarę wiele grup społecznych w Polsce straciło. Po drugie, święta narodowe związane są z przeszłością, niezależnie od tego, kto akurat rządzi. Za rządów wyznających„filozofię jutra” święta patriotyczne miały po prostu mniejsze znaczenie. Kluczowym zwornikiem tożsamości były wówczas plany, projekty, modernizacja. Teraz okazuje się, że nawet, gdy mówimy o przyszłości, to tę przyszłość meblujemy wyobrażeniami wziętymi z przeszłości. Dlatego święta patriotyczne odgrywają kluczową rolę.

PiS to zrozumiało i jako pierwsza partia po 1989 roku tak mocno i skutecznie odwołało się do polityki historycznej. Można nawet powiedzieć, że ją przejęło. Jak to możliwe, że przez niemal trzy dekady nikt inny nie miał chęci, wiedzy, sposobności, żeby podjąć ten temat?

To nie tylko dzieło PiS-u i nie tylko przypadek Polski. Obserwujemy cykl charakterystyczny dla państw, w których doszło do transformacji ustrojowej. W swoich badaniach porównywałem Polskę m.in. z Argentyną i Hiszpanią. Okazuje się, że po transformacji możemy wyróżnić trzy okresy. Najpierw krótki okres rewolucyjnego zrywu – obalanie pomników, zmiana nazw ulic, ustalanie nowych świąt. Potem długi okres prospektywny – budowanie nowego, patrzenie w przyszłość, łagodzenie podziałów wewnątrz społeczeństwa. Wreszcie po mniej więcej piętnastu latach dochodzi do przebudzenia i zwrotu nie tylko przeciwko dawnemu reżimowi, ale również całemu okresowi transformacji. Motyw przewodni tego zwrotu to oskarżenia o zaniedbanie obowiązku pamięci.

PiS obowiązku pamięci nie zaniedbuje, ale jest często krytykowane za wykorzystywanie jej do walki z politycznymi przeciwnikami. Ponadto o upolitycznienie takich haseł jak „patriotyzm” czy „polskość”. Wychodzi, że polityka historyczna jest groźną bronią w rękach polityków.

Miałem kiedyś bardzo interesujące spotkanie z ukraińskim politykiem i aktywistą, który opowiadał mi, jak podczas Majdanu różne stronnictwa zawarły układ: opcja prosocjalna wzięła dla siebie politykę społeczną, opcja liberalna politykę gospodarczą, a opcji konserwatywnej zostały wyłącznie pamięć i przeszłość. Socjaliści i liberałowie mieli poczucie, że całkowicie rozegrali prawicę. A z mojej perspektywy prawica była jak ten najmłodszy syn z bajki. Jeden z braci wziął młyn, drugi osła, a trzeci kota. Szybko okazało się jednak, że to kot w butach, który ma magiczną moc. Ta analogia bardzo dobrze pasuje także do Polski, w której dokonano podobnego podziału.

Piotr Gliński na konwencji wyborczej PiS przed wyborami samorządowymi w ŁodziPiotr Gliński na konwencji wyborczej PiS przed wyborami samorządowymi w Łodzi Fot. Tomasz Ogrodowczyk

Skąd ten kot w butach ma magiczną moc?

Żeby opowiedzieć wyborcom o trudnych sprawach i abstrakcyjnych wartościach, musimy zamienić je na namacalne symbole i rytuały. Odpowiednio sprofilowana polityka historyczna znacznie to ułatwia. PiS naprawdę potrafi grać w tę grę. Nie tak dawno np. wicepremiera Piotra Glińskiego można było oglądać na mszy upamiętniającej 85. rocznicę ślubu rotmistrza Pileckiego. Siedział na miejscu świadka, a przed nim – para aktorów przebrana za nowożeńców. Potem było odsłonięcie tablicy i inscenizacja wesela. W ten sposób PiS symbolicznie przejmuje sztandar. We wciąż powtarzającej się historii to oni są Pileckim, powstańcami albo Janem III Sobieskim, spieszącym na ratunek pogrążonej w marazmie Europie..

Tylko próżno tutaj szukać trudnych i niekoniecznie chwalebnych kart polskiej historii.

To ciekawy przykład przejęcia narzędzi wypracowanych przez lewicę. Od dawna w ramach badań nad pamięcią zbiorową mówiło się, że istnieje coś takiego jak kapitał polityczny budowany na pamięci i rywalizacja ofiar, że pamięć jest narzędziem budowania pewnych narracji. I nagle prawica, która przez lata opowiadała, że historia to świętość, że interesuje ją tylko prawda i kategorie metafizyczne, zaczyna mówić dokładnie tym językiem: „Musimy budować swoją narrację wokół przeszłości”, „Musimy wykorzystać naszą przeszłość jako kapitał”. W tej perspektywie okazuje się, że mówienie o Jedwabnem, pogromie kieleckim czy zbrodniach niektórych tzw. „żołnierzy wyklętych” to manipulacja naszych wrogów i próba zbudowania antypolskiej narracji.

Politycy mogą dowolnie naginać lub wręcz negować fakty historyczne i nie ponosić z tego tytułu żadnych konsekwencji?

Nie trzeba manipulować faktami. Wystarczy uruchomić kategorie takie jak „antypolonizm”, „ojkofobia” czy „pedagogika wstydu”. I okazuje się, że „może to i prawda, ale komu zależy na tym, by tę prawdę ciągle powtarzać?”

Jaki jest cel tak prowadzonej polityki historycznej? Oczywiście poza wykorzystywaniem jej do bieżących rozgrywek politycznych.

Softpatriotyzm miał wyraźnie określone cele: Polska jako ważny gracz w Unii Europejskiej, dogonienie Niemiec pod względem ekonomicznym, być może nawet federalną Europę... Turbopatriotyzm nie stawia sobie celów w przyszłości, ale szuka wzorców w przeszłości. Ideałem jest zatem doskonałe odtwarzanie historii. Nie tylko w formie rytuałów i rekonstrukcji, ale też przez konsekwentne stosowanie zasady analogii pamięciowych do wszystkich nowych wyzwań. Na przykład mamy kryzys imigracyjny, co oznacza, że powtarza się Bitwa Warszawska, odsiecz Wiednia. Znowu Europa śpi i nie rozpoznaje zagrożenia...

… a Jan III Sobieski ratuje ją w ostatniej chwili.

To zwalnia nas ze stawiania celów w przyszłości, bo wszystko, co ważne już się wydarzyło. Jak w słynnym filmie „Smoleńsk”, gdy prezydent Lech Kaczyński po rozmowie ze swoim bratem mówi: „Wszystko, co ważne, już powiedziałem”.

Zeszłoroczny Marsz Niepodległości Zeszłoroczny Marsz Niepodległości  Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Ta strategia sprawiła, że patriotyzm stał się modny. Mówienie o sobie „patriota” stało się fajne, podobnie chodzenie na Marsz Niepodległości czy noszenie odzieży patriotycznej.

Wiąże się to z przejęciem przez turbopatriotyzm narzędzi rynkowych – eventów, gadżetów, marketingu. Tyle, że nie chodzi o to, że ktoś podstępnie chce na patriotyzmie zarobić. To trochę jak ze Stephenem Kingiem. Jest wielkim pisarzem nie tylko dlatego, że pisze dobre książki, ale też dlatego, że sprzedaje ich tak dużo i tak umiejętnie. Wyczucie tego, jak podłączyć się pod kanał dystrybucji, co najmniej od czasów Balzaca, decyduje o tym, kto pozostaje na marginesie, a kto ma gigantyczny wpływ na kulturę. Przyjemnie zarabiać przy tym dobre pieniądze, ale to nie musi być głównym celem.

Tyle że dwie rzeczy mocno się tu „gryzą”. Z jednej strony mamy kultywowanie i sakralizację tradycyjnych wzorców, a z drugiej wilcza głowa czy powstańcza kotwica lądują na T-shirtach, spodniach czy nawet bokserkach. Jakim cudem turbopatriotyzm wytrzymuje to zderzenie?

Jak chcę dzisiaj wyznać komuś miłość, to nie mam już możliwości startu w turnieju rycerskim i zdobycia serca ukochanej. Mogę natomiast kupić jej bombonierkę, kwiaty czy wspólny zagraniczny wyjazd. Idąc dalej, skoro naturalne jest dla mnie, że noszę T-shirt, który eksponuje logo ukochanej marki albo klubu, to równie naturalne jest, że w podobny sposób będę komunikować swoją miłość do ojczyzny.

Przecież to infantylizuje podniosły przekaz, zaczerpnięty z przeszłości.

Od czasów starożytnej Grecji mamy wrażenie, że nowe formy pamięci nie przystają do powagi sytuacji, infantylizują, szkodzą. Uważamy, że to, co naprawdę ważne, musimy komunikować archaicznym językiem. Ale w końcu te nowe formy i tak się przyjmują. Za 100 lat, na 200. rocznicę odzyskania niepodległości, nasze prawnuki będą narzekać, że wirtualna podróż w czasy marszałka Piłsudskiego to infantylizacja pamięci i powinniśmy po prostu nosić T-shirty z symbolem Polski Walczącej, jak to robili nasi pradziadowie.

Ten wielki biznes patriotyczny osłabia sam patriotyzm czy może odwrotnie: powstał i rośnie w siłę, bo sam patriotyzm uległ erozji?

Nie mam poczucia, że mamy do czynienia z jakąś erozją patriotyzmu. Być może jest dokładnie odwrotnie. Czerpiący z tradycji i nowoczesności turbopatriotyzm stał się produktem na miarę naszych czasów. Jednak nawet patriotyczna odzież, która jest jego symbolem, utrwala tradycyjne patriotyczne wartości, niosąc przekaz, że niepodległości musimy bronić, bo jest zagrożona.

A jest?

Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy niepodległość. Softpatriotyzm mówił, że to coś, co już mamy, co jest zagwarantowane i na bazie czego musimy budować już zupełnie nowe rzeczy: rozwój ekonomiczny, doskonalszą kulturę, lepsze poznanie własnej przeszłości. Natomiast turbopatriotyzm jest bardzo silnie związany z obsesją niepodległości. Ta obsesja jest zresztą bardzo charakterystyczna dla naszej kultury pamięci, która tworzyła się w czasie zaborów, a później wykuwała w trakcie drugiej wojny światowej i za czasów PRL. Jesteśmy przekonani jako naród – przez lektury, codzienne praktyki, sposób nauczania historii – że niepodległość jest wciąż zagrożona, że ktoś ciągle na nią dybie, że to wartość, o którą musimy stale walczyć.

Sklep z odzieżą patriotyczną w Łodzi.Sklep z odzieżą patriotyczną w Łodzi. MARCIN WOJCIECHOWSKI

To ten zerojedynkowy przekaz w połączeniu z nowoczesną formą sprawił, że patriotyzmem zachwyciło się młode pokolenie? To młodzi wydają się być głównym adresatem patriotycznej oferty biznesowej.

Mobilizacja młodzieży i przesunięcie jej poglądów w kierunku patriotyczno-prawicowym to fakt. Ale turbopatriotyzm osiągnął coś więcej – zbudował mosty między młodymi a starymi, trochę ponad głowami średniego pokolenia. Te dwie grupy znalazły wspólny język oparty o bardzo silne poczucie, że ktoś chciał nas oszukać i odebrać nam to, co najcenniejsze. Opisują rzeczywistość w ten sam sposób: jest niebezpieczna, coś na nas czyha, nie możemy nikomu ufać. Do tego podzielają konserwatywne wartości. Turbopatriotyzm stworzył więcej takich pomostów, chociażby łącząc ludzi z różnych środowisk społecznych. Różni komentatorzy chcieliby widzieć na Marszu Niepodległości i wydarzeniach jemu podobnych społeczny margines, ale prawda jest taka, że znajdziemy tam szeroki przekrój społeczny.

Turbopatriotyzm wyciągnął też z politycznego niebytu narodowców. Nagle zyskali możliwość wyartykułowania swoich poglądów i realnego wpływu na dużą część społeczeństwa.

Odpowiem anegdotą. Analizowałem archiwalne wersje strony internetowej Marszu Niepodległości z 2011 roku. Na ich stronie znalazł się wówczas przedruk z bloga jednego z łódzkich narodowców. Historia była taka: mężczyzna samotnie wychowywał małego synka, ponieważ jego partnerka go zostawiła, ale pewnego dnia kobieta zmieniła zdanie, wynajęła kilku drabów, którzy pobili tego mężczyznę do nieprzytomności, zabrali mu dziecko i dostarczyli je do niej. Ten narodowiec opowiedział tę autentyczną historię, żeby pokazać, jak się czuje w kwestii patriotyzmu. Od lat 90. wszyscy śmiali się z narodowców, a patriotyzm traktowali jako przaśny relikt przeszłości.

Mimo tego narodowcy wychowywali tego metaforycznego synka.

A tu nagle przychodzi mainstream ze swoim czekoladowym orłem i mówi, że teraz to on będzie kształtować prawdziwy patriotyzm. Narodowcy poczuli, że ktoś odbiera im to, co najważniejsze. Stąd taka, a nie inna formuła Marszu Niepodległości – to moment, w którym narodowcy czują, że odzyskują swoją godność i poczucie sprawczości. Widzą, że ten patriotyzm znowu jest ich, że nie pozwolą go sobie odebrać. Analiza przemówień i używanej retoryki jednoznacznie pokazuje, że program kulturowy PiS-u jest programem turbopatriotyzmu w pełni spójnym z programem Marszu Niepodległości. Tyle że politycznie to jest wojna o ten sam elektorat. PiS tę walkę wygrywa w cuglach, bo narodowcy są mali, słabi i podzieleni. Znowu ktoś im ten patriotyzm odebrał. Tym razem PiS. Chłopcy w kominiarkach zawsze na końcu zostają sami, wystrychnięci na dudka i sfrustrowani.

dr hab. Marcin Napiórkowski – semiotyk kultury, wykładowca w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego; autor książek „Mitologia współczesna”, „Władza wyobraźni”, „Powstanie umarłych” i „Kod kapitalizmu” (ukaże się na początku 2019 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej); obecnie dla wydawnictwa „Czarne” pracuje nad książką o polskim turbopatriotyzmie; ciekawymi znaleziskami dzieli się na blogu mitologiawspolczesna.pl

Robert Winnicki w rozmowie z Gazeta.pl o Marszu Niepodległości, konflikcie z PiS i Trybunale Stanu za zdradę

Więcej o:
Komentarze (196)
Marsz Niepodległości 11 listopada. Wywiad Marcin Napiórkowski
Zaloguj się
  • artur702

    Oceniono 2 razy 0

    Maszerowali faszyści Hitlera, maszerowali faszyści Mussoliniego, maszerowali bolszewicy Stalina. Bardzo lubili maszerować, defilować, prężyć krok. Teraz maszerują pisopaci, barbarzyńcy i antypolscy przestępcy niszczący własną Ojczyznę we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Nie znoszę maszerowania i maszerujących, bo to zawsze przynosi rozlew krwi i nieszczęścia. Za życzeniami Donalda Tuska Polsce życzę prawdziwej niepodległości w demokracji, szczęścia i pokoju.

  • artur702

    Oceniono 3 razy -3

    Pod ciepłą kołderką patriotyzmu zwykle ukrywają się łajdacy. Uważajcie na nich, bo Was zawsze zdradzą.

  • imperr

    Oceniono 2 razy 0

    Hanka na marsz, znaczy asfalt, blokować przejazd Rosomaków!

  • imperr

    Oceniono 4 razy -2

    Michnik przestań w święto Niepodległości puszczać demony poprzez jąkanie.

  • imperr

    Oceniono 3 razy -1

    Mam takie same kompetencje do zakazania HGW oddychania polskim powietrzem, jak ona do zakazu Marszu Niepodległości, spróbuj ktoś aby z tym dyskutować...

  • imperr

    Oceniono 4 razy -2

    Czerscy z okazji święta niepodległości, życzę wam wygodnego leżenia na asfalcie przed maszerującym na przodzie wojsku.

  • imperr

    Oceniono 5 razy -1

    Idealny tytuł wrogiej Polsce gadzinówce, czerscy, nie macie za grosz wstydu i pokory.

  • Matt X

    Oceniono 1 raz 1

    A ja mam te święto i cały ten bajzel tak głęboko, że nawet kolonoskop tam nie dotrze. Lećcie maszerować i oddajcie więcej pieniędzy złodziejom, którzy idą na przedzie.

  • Matt X

    Oceniono 1 raz 1

    A ja mam te święto i cały ten bajzel tak głęboko, że nawet kolonoskop tam nie dotrze. Lećcie maszerować i oddajcie więcej pieniędzy złodziejom, którzy idą na przedzie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX