Spowiedź polskiego nauczyciela. "Dostajemy mniej niż kasjerzy w dyskontach. Żyje się biednie"

- Jesteśmy jedną z najbardziej wykształconych grup zawodowych w Polsce i chcielibyśmy być wynagradzani na poziomie specjalistów, a dostajemy mniej niż kasjerzy w dyskontach - o sytuacji nauczycieli w rozmowie z Gazeta.pl mówi Tomasz Wilczyński, nauczyciel z dwunastoletnim stażem.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Szykuje się gorąca jesień dla polskich nauczycieli. 22 września zamierza pan protestować?

TOMASZ WILCZYŃSKI*: Oczywiście, że tak.

Bo wierzy pan w zmiany?

Trudno wierzyć w zmiany na lepsze po tych wszystkich nowościach, które zafundowało i dalej funduje nam ministerstwo. Po prostu taki jest nasz obowiązek, żeby zaprotestować przeciwko tym nieszczęsnym zmianom.

Trochę późno, zmiany wprowadzono już dawno. Teraz łatwiej, bo protestować zamierzają też inne grupy zawodowe?

Trudno mi powiedzieć, czy teraz łatwiej się zmobilizować. Wiem, że musimy próbować każdej formy i w każdej sytuacji, żeby wyrazić nasz sprzeciw i niezadowolenie.

O co konkretnie chodzi nauczycielom? Pieniądze czy coś więcej?

Nasze postulaty od przeszło roku nie uległy zmianie. Jesteśmy przeciwko reformie edukacji, którą resort wprowadził pomimo silnego oporu środowiska nauczycielskiego, dużej części rodziców i koalicji, które wspierają działania oświatowe. Jesteśmy również przeciwko najnowszym zmianom: ocenie pracy nauczyciela, która ruszyła od początku tego roku szkolnego, pozbawieniu nauczycieli świadczeń socjalnych, wydłużeniu ścieżki awansu zawodowego średnio do piętnastu lat. Wreszcie chcemy zwiększenia nakładów na edukację, co oznaczałoby też poprawę sytuacji finansowej nauczycieli. Jak pan widzi, jest tego sporo. Jesteśmy źli, rozgoryczeni i czujemy się oszukani przez minister Zalewską. Niby jest pierwszym nauczycielem w Polsce, niby wyrosła z naszego zawodu i powinna stać na straży jego godności, tymczasem publicznie z nas kpi i nas oszukuje.

Jak?

Chociażby wprowadzając do opinii publicznej przekłamane informacje o czasie pracy czy poborach nauczycieli. Pan zna jakiegoś nauczyciela, który zarabia 5 tys. zł brutto? Bo ja nie.

Minister edukacji w rządzie PiS Anna Zalewska z gospodarska wizytą na rozpoczęciu roku w SP w Lutyni, 3 września 2018Minister edukacji w rządzie PiS Anna Zalewska z gospodarska wizytą na rozpoczęciu roku w SP w Lutyni, 3 września 2018 Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta

Dziś zarobki nauczycieli wahają się od 1877 do 3317 zł brutto miesięcznie, w zależności od stopnia awansu zawodowego.

Wszystko się zgadza.

Ale są też liczne dodatki do pensji: za wychowawstwo, za wysługę lat i motywacyjny. O ich przyznaniu decyduje dyrektor placówki.

Tyle że nie każdy nauczyciel jest wychowawcą, więc pierwszy z nich jest tylko dla niektórych. Dodatek za wysługę lat przysługuje nauczycielowi dopiero po przepracowaniu czterech lat w zawodzie, więc nauczyciel stażysta również tego dodatku nie otrzymuje. Natomiast wysokość dodatku motywacyjnego jest kwestią uznaniową dyrektora szkoły. Rzecz w tym, że w swoich materiałach czy wypowiedziach ministerstwo szafuje kwotami, których większość nauczycieli w życiu na oczy nie widziała.

To znaczy?

Przedstawiając sytuację finansową nauczycieli do naszych rzekomych pensji wliczają odprawę emerytalną, dodatki jubileuszowe, dodatki funkcyjne dla dyrektorów szkół itd. Gdyby to wszystko podsumować, to wtedy może faktycznie wyszłoby 5 tys. zł brutto miesięcznie. Tylko to jest kwota wirtualna, o której gros nauczycieli może jedynie pomarzyć. Ministerstwo zlicza wszystkie składowe, a później dzieli na liczbę etatów. A w praktyce nauczyciel stażysta, kontraktowy czy mianowany nie otrzymuje przecież odprawy emerytalnej czy nagrody jubileuszowej. Nie każdy z nauczycieli jest również dyrektorem, który otrzymuje dodatek funkcyjny.

To ile zarabia polski nauczyciel? Ministerstwo mówi jedno, wy drugie. Polacy nie wiedzą, komu wierzyć.

Prawda jest taka, że ani młody nauczyciel, ani nawet nauczyciel z kilkunastoletnim stażem zawodowym nie osiąga zdolności kredytowej w banku. Od dwóch lat jestem nauczycielem dyplomowanym, czyli osiągnąłem najwyższy stopień awansu zawodowego, a moje miesięczne wynagrodzenie to 2700 zł „na rękę”. Nauczyciel mianowany, czyli przedostatni szczebel awansu zawodowego, nawet mając wychowawstwo dostaje co miesiąc 2200 zł netto. Jesteśmy jedną z najbardziej wykształconych grup zawodowych w Polsce i chcielibyśmy być wynagradzani na poziomie specjalistów, a dostajemy mniej niż kasjerzy w dyskontach – z pełnym szacunkiem do kasjerów i wykonywanej przez nich pracy.

Nie przesadza pan? Macie też dodatki socjalne, które są zapisane w Karcie Nauczyciela? Jest ich sporo: dodatek mieszkaniowy (korzysta z niego nawet co trzeci nauczyciel), zasiłek na zagospodarowanie, prawo do lokalu mieszkaniowego, prawo do działki, prawo do mieszkania w budynkach szkolnych i użytkowanych przez szkoły. To realne, comiesięczne korzyści.

Dodatek mieszkaniowy został nam w ubiegłym roku odebrany. Przysługiwał jedynie nauczycielom mieszkającym i pracującym na wsi, czyli grupie ok. 160 tys. osób. Zasiłek na zagospodarowanie był jednorazowy i kształtował się na poziomie dwumiesięcznej pensji nauczyciela kontraktowego, czyli mniej więcej 3500 zł brutto. Był adresowany do nauczycieli kontraktowych, którzy w okresie roku od uzyskania tego stopnia awansu zawodowego i odbyciu rozmowy kwalifikacyjnej (zakończonej zatrudnieniem) mieli prawo wystąpić do dyrektora szkoły o przyznanie świadczenia. Przy czym praca w oświacie była ich pierwszą pracą. Czy jest to dużo? Śmiem twierdzić, że nie. Ale to i tak historia, prawo do zasiłku zostało zniesione z dniem 1 września tego roku.

Zawsze zostają korepetycje, dorabianie w prywatnych szkołach, współpraca z uczelniami wyższymi przy różnych projektach naukowych. Część z was w ten sposób ma nawet drugą pensję.

Gdyby nauczyciele byli wynagradzani jak specjaliści – a jesteśmy nimi, bo przecież mamy po kilka fakultetów, skończone studia podyplomowe, większość z nas biegle mówi w językach obcych – to śmiem twierdzić, że wielu nauczycieli nie musiałoby sięgać po tę formę zarobku, żeby związać koniec z końcem.

Dzisiaj każdy musi?

Większość musi, ale nie każdy korepetycji udziela, bo nie z każdego przedmiotu jest zapotrzebowanie na korepetycje. Nauczyciele udzielają korepetycji, aby realnie poprawić swoją sytuację. Poza tym, to kwestia wtórna, bo gdybyśmy byli godziwie wynagradzani, nie musielibyśmy odmawiać sobie czasu do odpoczynku, urlopu albo kontaktu z własnymi rodzinami, żeby przynieść do domu pieniądze z udzielonych korepetycji, których nie jesteśmy w stanie zarobić w szkole. Jeśli idę do lekarza specjalisty, to płacę za tę usługę określoną kwotę. Jeśli idę do prawnika po poradę prawną – to samo. Dlaczego z nauczycielem ma być inaczej?

Jaka jest skala nauczycielskiego dorabiania? Ile przeciętny nauczyciel musi dodatkowo pracować, żeby spiął mu się miesięczny budżet?

To bardzo indywidualna sprawa. Koledzy i koleżanki, którzy mają rodziny na utrzymaniu albo kredyty do spłaty łapią się każdej okazji, żeby dorobić i jakoś związać koniec z końcem. Tyle że są również nauczyciele uczący przedmiotów, z których korepetycje nie cieszą się zainteresowaniem. Znam takie osoby. Po dyżurze w szkole zakładają kogut na samochód i jeżdżą na taksówce albo idą dorabiać w miejscach zupełnie niezwiązanych z nauczaniem.

Pracują na dwa etaty?

Łącznie? Niektórzy nawet więcej. Poza dyżurem w szkole i dorabianiem do pensji muszą jeszcze w ramach swojego wolnego czasu przygotować się do kolejnych zajęć, posprawdzać klasówki czy przygotować się do rady pedagogicznej. Do tego dyżury nauczycielskie w szkołach, na których też spędzamy sporo czasu. O tym wszystkim nikt nie mówi, bo w społeczeństwie panuje przekonanie, że nauczyciel pracuje cztery godziny dziennie, a potem ma wolne.

Protest nauczycieli w Al. Szucha w WarszawieProtest nauczycieli w Al. Szucha w Warszawie Kuba Atys/Agencja Gazeta

Dlaczego tego wszystkiego, o czym pan mówi nauczyciele nie mogą robić w szkołach w ramach swojego dnia pracy?

Na to pytanie, niestety, nikt z nas, nauczycieli, nie zna odpowiedzi. Tak na pewno byłoby logiczniej i wygodniej. Jednym z problemów jest na pewno kwestia niedostatecznej bazy lokalowej. W wielu placówkach nauczyciele muszą też brać na siebie obowiązki szkolnych psychologów czy pedagogów, bo na ich zatrudnianie placówki nie mają pieniędzy. I koło się zamyka.

Dużo tych kwestii, które was „uwierają” w codziennej pracy. Rozmawiacie o nich? Jak wyglądają nauczycielskie rozmowy o nauczycielskich problemach?

Oczywiście, że rozmawiamy. Nauczyciele są takim zawodem, że nawet jak spotykają się na luźnych zasadach poza pracą, to wątek szkolny zawsze w którymś momencie wraca. A rozmowy wyglądają tak, że zdecydowana większość z nas dostrzega bardzo poważne problemy w polskiej oświacie i zmaga się z trudną sytuacją finansową. W przeciętnej nauczycielskiej rodzinie – małżeństwa nauczycielskie zdarzają się w naszej profesji dość często – żyje się źle.

Co to znaczy „źle”?

Biednie lub wręcz na granicy ubóstwa.

Rozmawiacie o tym?

Tak, ale nie tylko o tym.

Czym się kończą takie rozmowy? Chodzi o swego rodzaju rytuał oczyszczenia – wyrzucenie z siebie frustracji, gniewu, smutku, zniechęcenia – czy o wspólne znalezienie rozwiązania?

Do niedawna kończyło się to właśnie wyrzuceniem z siebie tego, co komu leży na wątrobie. Bo jak ktoś się wygada, to przynajmniej na chwilę poczuje się lepiej. Od niedawna zauważam, że rozmów jest coraz mniej, ludzie po prostu odchodzą z zawodu. Bo to hobby zbyt drogo nas kosztuje.

Hobby?

Dokładnie tak. Przecież nikt nie przychodzi do tego zawodu, bo przyciąga go astronomiczna kwota, którą będzie zarabiać. Do tego zawodu ludzie przychodzą dla satysfakcji z pracy, chęci pomocy innym, chęci pracy z dziećmi i młodzieżą.

Zarobienie nie tyle dobrych, co chociaż godziwych pieniędzy to dla polskiego nauczyciela mission impossible?

Wszystko zależy od indywidualnej sytuacji każdego nauczyciela. Jeśli na przykład współmałżonek zarabia tyle, że jego nauczycielskie pobory mu wystarczają, to okej. Problem pojawia się, kiedy i jeden, i drugi małżonek zarabia podobnie.

Ile miesięcznej pensji nauczyciela „zjadają” stałe wydatki: rata kredytu za mieszkanie albo opłata za wynajmowany lokal, czynsz za mieszkanie, rachunki za prąd, gaz, wodę, telefon, telewizję, internet?

Zdecydowanie za dużo. Często jest to cała pensja jednego z małżonków w rodzinie nauczycielskiej. Z kredytami mamy o tyle dobrze, że wielu z nas nie musi ich spłacać, bo banki nie chcą nam ich udzielać. Śmiech przez łzy. Nie wymienił pan też ważnej pozycji comiesięcznego budżetu nauczyciela, czyli kosztu dojazdów do miejsca pracy. Wielu z nas dojeżdża 30, 40 albo nawet więcej kilometrów i to w skali miesiąca są niemałe pieniądze. Inna rzecz, że nasze pensje nie tylko są niskie, ale również nie rosną odpowiednio szybko, żeby nadążyć za wzrostem cen. Z roku na rok za nauczycielską pensję można kupić coraz mniej. To absurd. Nie chodzi już nawet o nasze kwalifikacje, które zazwyczaj są bardzo wysokie. Przecież my za zdrowie i życie każdego powierzonego nam pod opiekę dziecka jesteśmy prawnie odpowiedzialni. Chociażby z tego tytułu zasługujemy na lepsze pieniądze.

Opowiedział pan o trudnej sytuacji nauczycielskich małżeństw. Co z młodymi nauczycielami, którzy żyją w pojedynkę?

Ich sytuacja jest bardzo ciężka i nie chodzi tylko o finanse. Młoda osoba, która wchodzi do zawodu nauczyciela zazwyczaj otrzymuje umowę na czas określony, więc nie ma możliwości wzięcia chociażby kredytu mieszkaniowego, bo dla banku jest niewypłacalna. Taka osoba nierzadko musi wynająć mieszkanie. I znów, za jakie pieniądze – 1700 zł miesięcznie? A do tego jeszcze kwestia utrzymania – jedzenie, media, inne wydatki.

Brakuje.

Nieustannie. Dlatego wracamy do kwestii korepetycji i innych form dorabiania, które są często jedynym ratunkiem dla budżetu polskiego nauczyciela.

Nie zawsze udaje się dorobić. Czego musi odmawiać sobie polski nauczyciel, który próbuje przeżyć miesiąc wyłącznie z nauczycielskiej pensji?

Ciężko podać tu listę konkretnych rzeczy. Na pewno musimy stale wybierać, co jest priorytetowe w naszym codziennym życiu. Inaczej się po prostu nie da.

Czyli mieszkanie, rachunki, a potem...

… zobaczymy, czy coś zostanie. Bo po wykonaniu najważniejszych opłat rzadko zostają pieniądze na jakiekolwiek uciechy.

RachunkiRachunki iStock

Wyjście na zakupy, wakacje, nieplanowane wydatki? To wszystko dla polskiego nauczyciela abstrakcja?

Może nie tyle abstrakcja, ile ciągła walka, wyszarpywanie tych pieniędzy gdzie się da i jak się da. Wakacje są, jeśli uda się na nie konsekwentnie odkładać i nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, na co musielibyśmy wcześniej te zaoszczędzone pieniądze wydać. Pamiętajmy też, że nauczyciele nie mają możliwości skorzystania z urlopu w trakcie roku szkolnego, więc jeśli już wyjeżdżają, to w okresie wakacyjnym, kiedy wszystko jest najdroższe. I co z tego, że akurat wtedy nauczyciel ma urlop, skoro zwyczajnie go nie stać, żeby gdzieś wyjechać i cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem?

Nauczyciele często popadają w długi?

To kwestia indywidualna i bardzo osobista każdego człowieka.

Jak jest z założeniem rodziny? Nauczyciele odraczają tę decyzję, bo brakuje pieniędzy, czasu, poczucia stabilizacji?

Większość, oczywiście, chce zakładać rodziny, ale już kwestia wybrania do tego odpowiedniego momentu jest problematyczna. Wielu moich kolegów i koleżanek odracza ten moment, tłumacząc sobie, że najpierw zdobędą kolejny stopień awansu zawodowego, nieco więcej pieniędzy, a dopiero potem będzie czas myśleć o rodzinie i dzieciach. Tyle że potem sytuacja się powtarza, bo zawsze chce się wykonać jeszcze jeden krok, poprawić swoją sytuację nieco bardziej. Często kończy się to dylematem: albo teraz, chociaż sytuacja wciąż jest daleka od ideału, albo nigdy.

Mimo tego społeczna percepcja waszego zawodu jest dobra. Nauczyciele cieszą się dużym poważaniem społecznym – 74 proc. (CBOS, 2013). Dla porównania, pierwsze miejsce zajmują strażacy z wynikiem 87 proc. Jako grupa zawodowa czujecie się na co dzień potrzebni, doceniani?

Wszystko w życiu zaczyna się od dobrego nauczyciela. Lekarz nie byłby dobrym lekarzem, gdyby na swojej drodze zawodowej nie spotkał wcześniej dobrego nauczyciela, który przekazał mu pasję i nauczył zawodu. Tak samo prawnik nie mógłby być dobrym prawnikiem, a dziennikarz dobrym dziennikarzem. Dane, które pan przytoczył na pewno cieszą. To dobrze, że ludzie doceniają nasz zawód, natomiast bardzo słabo to odczuwamy. Zwłaszcza po ostatnich zmianach. Prestiż naszego zawodu jest sukcesywnie obniżany przez stronę rządową.

Jest u was jeszcze coś takiego jak poczucie misji?

Każdy wchodził do tego zawodu na zasadzie realizowania własnej pasji, także to poczucie misji czy chęć realizacji pasji na pewno jest. Tyle że z tego nie utrzyma się rodziny, nie popłaci rachunków, nie spłaci kredytu.

Spotkałem się też z opiniami, że nauczyciele są na tyle zniechęceni obecną sytuacją w swoim zawodzie, że po prostu się do niej dopasowują – przestają się dokształcać, nie przykładają się do codziennej pracy, nie chcą robić nic ponad wymagane minimum. Wiedzą, że staranie się i dawanie więcej od siebie nie ma sensu, bo i tak niczego nie zmieni.

Nie zgodzę się z tym, a na pewno nie z całością. Wśród nauczycieli, jak w każdym zawodzie, są też „czarne owce”, które nigdy nie powinny trafić do tej profesji. Natomiast zdecydowana większość z nas to osoby świetnie wyszkolone, z dodatkowymi fakultetami, z ponadprogramowymi szkoleniami, licznymi studiami podyplomowymi, nierzadko z perfekcyjną znajomością języków obcych. Także poczucie i potrzeba tego samodoskonalenia, podnoszenia sobie poprzeczki na pewno w nauczycielach wciąż jest. Zwłaszcza teraz, kiedy pani minister zafundowała nam tzw. ocenę pracy nauczyciela, której jednym z kryteriów ma być właśnie samodoskonalenie.

Patrząc na to, jak wygląda dzisiaj rzeczywistość polskiego nauczyciela żałuje pan, że wybrał ten zawód?

Trudno mi powiedzieć, czy żałuję. Wciąż lubię pracę, którą wykonuję, chociaż żeby mieć godne życie stale szukam dodatkowych form zarobkowania. Ale nie każdy chce walczyć dzień po dniu, wielu moich kolegów i koleżanek po prostu odeszło z tego zawodu. Stwierdzili, że to hobby zbyt wiele ich kosztuje. Albo zmienili profesję, albo wyjechali za granicę.

Pan też nad tym myślał?

Tak, ale trudno znaleźć nauczyciela, który o tym nie myślał. Chwile zwątpienia przychodzą zwłaszcza wtedy, gdy osiągnie się najwyższy stopień awansu zawodowego, a na koncie w banku wciąż wygląda to śmiesznie czy raczej strasznie. Tak, wtedy myślisz nad tym, jaki ta praca ma sens.

DLOLUDLOLU Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

Czegoś nie rozumiem. Przecież młodzi nauczyciele doskonale wiedzieli, na co się piszą, bo sytuacja w tym zawodzie nie zmieniła się rok czy choćby pięć lat temu. Mimo tego wybrali taki kierunek studiów i taką profesję. Dlaczego?

Na pewno nie przyciągnęły nas do tego zarobki czy inne profity. To była chęć samorealizacji, chęć czerpania satysfakcji z pracy, praca z dziećmi i młodzieżą, możliwość niesienia pomocy innym. Ale po latach w innych branżach czy w samym państwie zmieniło się bardzo wiele. Tymczasem u nas wszystko jest po staremu, zwłaszcza zarobki.

Rodzina nie odradzała, gdy jako młody chłopak powiedział im pan, że zostanie nauczycielem? Nie ostrzegali, że to niewdzięczna robota za słabe pieniądze? Nie mówili: znajdź sobie coś lepszego?

Ta odpowiedź pewnie pana nie zadowoli, ale ja po prostu chciałem być nauczycielem.

Z pełną świadomością, co pana czeka?

Tak, podobnie było zresztą w przypadku wielu moich kolegów i koleżanek. Należę jeszcze do tego pokolenia, które zdawało egzamin wstępny na uczelni. To też była ważna selekcja do zawodu, bo wielu z nas zostało odsianych przez to sito akademickie. Dzisiaj tej selekcji do zawodu nie ma.

Wtedy rodzina i bliscy nie zatrzymywali. Dzisiaj nalegają, żeby zmienić pracę, dopóki jeszcze jest pan młody? Przecież obecnie nauczyciele nie są skazani na ten zawód. Sam pan powiedział, że to ludzie gruntownie wykształceni, o szerokich horyzontach.

Tego typu podejście jest bardzo niebezpieczne, bo za chwilę będziemy mieć lukę pokoleniową w kadrze nauczycielskiej. Właśnie rozpoczęty rok szkolny jest rokiem, w którym bardzo wielu naszych starszych kolegów i koleżanek „po fachu” przejdzie na emerytury czy świadczenia kompensacyjne. Część młodych nauczycieli również opuszcza ten zawód, bo obrzydziły go im panujące w nim warunki. Jeżeli ten proces będzie dalej postępować to, zanim się obejrzymy, z nauczycielami będzie podoba sytuacja jak z pielęgniarkami – polskich dzieci nie będzie miał kto uczyć.

* Tomasz Wilczyński – rocznik 1981; magister pedagogiki resocjalizacyjnej; ukończył studia podyplomowe z wychowania fizycznego, gimnastyki korekcyjnej oraz organizacji i zarządzania oświatą; nauczyciel dyplomowany; w zawodzie od dwunastu lat, pracuje w Zespole Placówek Resocjalizacyjno-Socjoterapeutycznych w Krakowie

Gazeta.pl to nie tylko polityka i gospodarka, ale też tematy lokalne, poruszające problemy mniejszych społeczności, bliższe ludziom. Poświęć trzy minuty i pomóż nam lepiej zrozumieć, o czym chcesz czytać. Kliknij tutaj, żeby rozwiązać krótką ankietę.

Jak poradzić sobie z ciężkim szkolnym tornistrem?

Więcej o:
Komentarze (715)
Protest nauczycieli 2018. Zarobki nauczycieli w Polsce
Zaloguj się
  • niko8472

    Oceniono 43 razy -21

    Nastepna, po lekarzach, grupa rozszczeniowa. Jak sie nie podoba niech jada, Morawiecki wiecej Bengalczykow zaprosi, laski nie robia.

  • siwywaldi

    Oceniono 61 razy -19

    Cyt.: "Dostajemy mniej niż kasjerzy w dyskontach".
    To zamiast narzekać, trzeba iść do dyskontu. Robota tam fajna, "aż" 18 godzin tygodniowo, wszystkie soboty i niedziele wolne a do tego 3 miesiące urlopu i co 3 kwadranse dzwonek nie dzwoni. Słowem żyć, nie umierać...

  • mam.swoj.mozg.2

    Oceniono 23 razy -15

    Z jednej strony nauczyciele tak narzekają, ale z drugiej nie pracują tyle co inni. Nauczyciel pracuje 4h dziennie, ma ponad 2 mies. płatnych wakacji, może wziąć roczny urlop na podratowanie zdrowia, itp. Z jednej strony takie przywileje, a z drugiej oczekiwania wysokich pensji? Znajoma nie chciała pracować w prywatnej szkole, mimo, że płacili 2x tyle co w publicznej, ponieważ nie pasowało jej pracować 8h dziennie. Coś za coś drodzy nauczyciele.

  • eclipse23

    Oceniono 31 razy -15

    Nauczyciel to młot do wpajania prymitywnego patriotyzmu i bajek z udziałem pedofila na krzyżu., ktoś musi produkować przyszłe pokolenia łatwych do manipulowania bydląt

  • norbertrabarbar

    Oceniono 20 razy -12

    Władza ludowa powinna się natychmiast tymi nauczycielami zająć
    - w kamasze ich i do wojska jak im się nie podoba!

    Brawo PiS!

  • norbertrabarbar

    Oceniono 33 razy -11

    Wykształciuchy śmierdzące! PiS zrobi z wami porządek!

  • pollako

    Oceniono 14 razy -10

    Czego nauczyciele chcą ?!
    Pracują 6-mcy w roku!
    Uczniowie są coraz bardziej słabiej uczeni w szkołach (u nauczycieli po godzinach muszą brać korepetycje za 40zł godz).
    Czego tumany chcecie?!

  • Leszek Jura

    Oceniono 34 razy -10

    Tendencyjny nagłówek. Prowadzę działalność w branży edukacyjnej więc znam sytuację nauczycieli. Wielu zarabia bardzo dobre pieniądze w swoich szkołach, nie wspominając o możliwości udzielania korepetycji po godzinach. Nieładnie gazeto tak generalizować!

  • smok61

    Oceniono 15 razy -9

    Jak jesteście niezadowoleni z pracy , to musicie się zwolnić .
    Na etat nauczycielski ( ten bardzo mało płatny ) jest tysiące chętnych .
    To jeden z najbardziej obleganych zawodów w Polsce. .
    Zatrudnieniem musi kierować rachunek ekonomiczny , nie strach przed silnymi związakmi zawodowymi .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX