Wystarczyło obiecać zapłatę, a nieistniejący kandydat miał rzeszę fanów. Płatne wiece to ukraińska zmora

Gdyby nie brak zapłaty, ukraińskie media mogłyby drwić, że sukcesem zakończył się... płatny protest przeciw płatnym protestom. Opłacanie "statystów" na wiece i mityngi ma na Ukrainie długą tradycję, a korzysta na niej każdy. Polityk ma "fajny tłum", sztabowiec przytula część pieniędzy, a "statyści" zgarniają od kilkudziesięciu do kilkuset hrywien.

Luty, rok 2019, Kijów. Tłum zebrany na Andrzejewskim Zjeździe  skanduje: "Fiłatow, Fiłatow". Zimno, śnieg zalega na chodniku, generalnie - aura nie sprzyja wyrażaniu poparcia dla prezydenckiego kandydata.

Kilkudziesięciu śmiałków znalazło się jednak tego dnia, by wyrazić - jeszcze przed wyborami - swoje poparcie dla Serhija Fiłatowa. Tyle tylko, że kandydat Serhij Fiłatow nie istnieje. Powstał na potrzeby żartu Aleksieja Utkina, który na OLX zaoferował 1000 hrywien (ponad 140 zł) za udział w wiecu.

Utkin sam nie ukrywał, że zdziwiło go, ile osób przyszło - według jego szacunków nawet 200-250 pojawiło się we wskazanym miejscu. Agencji AIN.UA mówił nawet później: - Co więcej, niektórzy dopytywali w sieci, czy jeżeli zadeklarują, że zagłosują na Fiłatowa, to dostaną 500 hrywien lub więcej. Za dodatkową opłatą proponowano też zabranie ze sobą kolegów.

Jak można się domyślić, nikt zapłaty za poparcie Fiłatowa nie dostał. Nie jest to jednak odosobniony przypadek, gdyż często zdarza się, że na obietnicach zapłaty za skandowanie nazwiska kandydata się kończy. Tu mały dowód na to, jak szybko niektórzy zaczęli identyfikować się z Fiłatowem - wystarczą pierwsze sekundy nagrania Utkina:

 

Za wiece i protesty płacą wszyscy. Jest mały wyjątek: nacjonaliści

To tylko jeden z wielu przykładów, który pokazuje, że młoda ukraińska demokracja musi się mierzyć ze starymi demonami. Ciężko pojąć, jak to możliwe, by pewne praktyki pojawiały się nadal w 2019 roku. Zwłaszcza że powróciły za sprawą wyborów prezydenckich.

Bo zastanówmy się: czy w Polsce ktoś słyszał o tym, by płacić za obecność na politycznych wiecach? Jeżeli brakuje chętnych i może być słaba frekwencja, to "tłum" robią partyjne młodzieżówki, a jeśli gość spotkania ma nośne nazwisko, to gratis pojawią się jeszcze oponenci. Frekwencja gwarantowana.

Na Ukrainie było, jest - i wiele wskazuje na to - nadal będzie w tej kwestii inaczej. Jak tłumaczy Gazeta.pl Miłan Lelicz, dziennikarz polityczny z agencji informacyjnej RBC-Ukraine, opłacanie uczestników wieców czy protestów pozostało powszechne i mało który z polityków z takiej opcji nie korzysta. Jest jednak - choć to tylko domniemania - niewielkie odstępstwo od tej reguły.

- Robią to praktycznie wszyscy, ale z mojej wiedzy wynika, że jest jeden wyjątek - mówi Lelicz. - Z opłacanych protestów nie korzystają nacjonaliści. Nigdy nie słyszałem, by oni płacili za obecność na swoich protestach czy mityngach. Cała reszta z tego korzysta - podkreśla dziennikarz.

7-11 złotych za godzinę. "Zarabiają też sztabowcy"

Ile kosztuje stworzenie sztucznego tłumu? Najpierw trzeba złapać trochę szerszą perspektywę: średnia miesięczna płaca na Ukrainie - według danych Trading Economics z 2018 roku - to około 3723 hrywien (UAH). Po przeliczeniu, to jakieś 137 dolarów lub 525 złotych.

Lelicz wskazuje, że przeważnie za udział w proteście oferuje się 50-80 hrywien (7-11 złotych) za godzinę.

To wielki problem, ale sięga on jeszcze czasów Pomarańczowej Rewolucji. Wiele osób zrozumiało, że takie płatne protesty mogą wpływać na polityczne realia. Zaczęło to kilka partii właśnie po Pomarańczowej Rewolucji, inne uznały, że to dobre rozwiązanie i ta praktyka stała się powszechna. Podkreślam jednak, że nie wszystkie wiece są tak "organizowane"

- mówi dziennikarz RBC-Ukraine.

Czy to w ogóle opłacalne? Dla partii na Ukrainie - jak najbardziej. W zamian za niewielkie pieniądze dostają "ładne obrazki" ze swoich spotkań, które potem mogą być pokazywane w sieci, telewizji. Jeszcze mocniej mogą "prężyć muskuły", tyle tylko, że są na sterydach.

- Politycy obawiają się, że w eter pójdzie zbyt słaby obraz. Do samego procederu przywykli, ich spin doktorzy też. Poza tym, dla sztabowców to okazja do zarobienia. Wyceniają taką "usługę" na 300-400 hrywien za osobę, a ostatecznie płacą 100-200. Pieniądze zostają im w kieszeni - kwituje Lelicz.

Protest przeciwko opłacanym protestom. Też opłacony, ale nie do końca

Jednak w XXI wieku, przy obecnej popularności mediów społecznościowych, pojawili się i tacy, którzy postanowili wystawić na pośmiewisko ideę opłacania protestów, bo winni są nie tylko politycy, ale i obywatele, którzy w proceder się angażują. Tak jak wcześniej opisywany Utkin i jego nieistniejący kandydat Fiłatow.

Trochę inną historię opisał dziennikarz Jurij Romanenko na swoim Facebooku. Dostał bowiem informację, że w Kijowie zorganizowano wiec… przeciwko opłacanym protestom. Było na nim - według jego relacji - około tysiąca osób.

Problem w tym, że ten protest był... także "domyślnie" opłacony. Uczestnicy mieli obiecane od 130 do 150 hrywien za dwie godziny, zapłaty jednak ostatecznie nie zobaczyli. Do końca nawet nie wiadomo dlaczego - mogła to być po prostu kolejna kpina, podobna do żartu Utkina, a może "organizatora" zaskoczyła tak duża frekwencja i po prostu nie miał jak zapłacić uczestnikom.

Romanenko skwitował to krótko: "To zamknięte koło". Gdyby ostatecznie uczestnikom zapłacono, w co swobodniejszych programach ukraińskiej telewizji moglibyśmy może nawet znaleźć takie paski: "Kijów: płatny protest przeciw płatnym protestom".

Na tym jednak nie koniec - domorośli "śledczy", ale też dziennikarze, próbują na bieżąco demaskować opłacone protesty. - Zadają pytania: "Co tu robisz?", "Kogo wspierasz?". Ludzie nie znają nawet nazwy partii, nazwiska polityka. Ukrywają swoje twarze, to momentami jest zabawne. Coś takiego trwa od 14 lat - mówi Miłan Lelicz. Ale podkreśla: - Był też jeden wyjątek: Rewolucja Godności, Euromajdan. Wtedy nikt nikogo nie opłacał.

Więcej o:
Komentarze (43)
Wybory prezydenckie na Ukrainie. Opłacane protesty. Za 1000 hrywien byli gotowi chwalić nieistniejącego kandydata - wszystko było żartem
Zaloguj się
  • cocpit

    Oceniono 20 razy 14

    U nas nie trzeba płacić. Wystarczy obiecać, że zapłacicie sobie ze swoich.

  • michus00

    Oceniono 31 razy 9

    Tzw. „Rewolucja Godności i Euromajdan” odbyły się w taki właśnie sposób. Przywódcy dostali dolary a zebrany motłoch po kilkadziesiąt hrywien. Przewrót w państwie i obalenie legalnej władzy. A syf ze smrodem ciągnie się do dnia dzisiejszego z Ukrainy...

  • wlodwoz

    Oceniono 24 razy 8

    Niejaki Kaczyński czerpie garściami z ukraińskich doświadczeń. Też płaci, tylko debile nie zdają sobie sprawy, że to z ich kieszeni.

  • el.commendante

    Oceniono 36 razy 6

    Chory kraj! Jedyny okres kiedy Ukraina była normalnym miejscem to czasy ZSRR.

  • qatroscc

    Oceniono 5 razy 5

    u nas wystarczy dac dotacje dla stowarzyszenia/instytutu/teatrzyku/fundacji, a przychylnosc wobec rzadzacych zapewniona, zmora

  • agnrodis

    Oceniono 13 razy 5

    Polityczne prostytutki zabijaja demokracje.

  • buk-humor-dziczyzna

    Oceniono 21 razy 5

    kraik teoretyczny

  • druga_tozsamosc

    Oceniono 16 razy 4

    Płatne wiece, jak Majdan.

  • rubenss420

    Oceniono 10 razy 4

    A rządzący uważacie skąd mają publikę miesięcznica itp z Ukrainy czerpie garsciami

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX