"Toniemy w błocie i biedzie". Po latach wojny życie uchodźców to pogrążanie się w beznadziei

Wszyscy mówią to samo: uciekali z Syrii z myślą, że to tylko na kilka tygodni, może miesięcy. Teraz wojna trwa już osiem lat, a uchodźcy w Libanie - jest ich około miliona - żyją tam prawie tak samo długo. Nie grożą im bomby, ale ich życie to nieustanne zmagania, a sytuacja jest coraz trudniejsza.

Norma przyszła z zachodu, od morza. Były ostrzeżenia, zresztą zimą w Libanie sztormy się zdarzają. Ten był gorszy niż zwykle. I co po ostrzeżeniach tym, którzy mieszkają w namiocie na polu. Deszcz zamieni je w błoto, wiatr zerwie plastikowe płachty, śnieg swoim ciężarem połamie listewki. A może się uda, może przetrwają kolejna zimę.

Ona uderzenia Normy nie przeżyła. Wiemy o niej niewiele: że miała na imię Fatima i osiem lat, tyle co syryjska wojna. Pewnie urodziła się jeszcze w kraju, a rodzice uciekli z Syrii, gdy była mała. Jej dzieciństwo: wojna, uchodźstwo, bieda, śmierć. Porwała ją wezbrana po sztormie woda, utonęła w błotnistej rzece. Tak samo zginęła 7-letnia uchodźczyni w innej części Libanu i jej dorosły brat, który rzucił się na ratunek.

"Żyjemy w obozach. Toniemy w błocie i biedzie. Nie możemy sobie pozwolić nawet na chleb. Umieramy z głodu, pragnienia i zimna" - mówi w ankiecie zleconej przez ONZ anonimowy syryjski uchodźca, jeden z około miliona w Libanie. "Część z nich czuje, że śmierć byłaby lepsza od życia w takich warunkach", dodaje autorka raportu. Nie każda rodzina doświadczyła takiej tragedii, jak rodzice Fatimy. Jednak dla większości sama wegetacja w Libanie jest niczym tonięcie w błocie: powolne pogrążanie się w fatalnej sytuacji, bez nadziei na poprawę.

W lutym Gazeta.pl odwiedziła w Libanie syryjskie rodziny, którym pomaga Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Oto co od nich usłyszeliśmy.

Uchodźcy toną w biedzie

Walid Zoobi żyje w domu wielkości garażu z dwiema żonami i dwojgiem dzieci. Przez większość rozmowy kobiety kroją liście, które usmażą na obiad. Pytam, czy mają cokolwiek, co wzięli ze sobą z Syrii. - Nie braliśmy niczego - tłumaczą. - Nie mam nawet zdjęć - mówi żona, a mąż wskazuje na swoją zszarzałą koszulę - To jedyne, co mam z Syrii. Noszę ją od siedmiu lat. 

Assem (nie zgodził się na publikację nazwiska) przed wojną służył w syryjskiej armii. Niejasno tłumaczy okoliczności jej opuszczenia. Teraz wrócić nie może. - Jestem na liście - tłumaczy. W Syrii trafiłby do więzienia, a z syryjskich więzień wielu nigdy nie wychodzi.

Żyje z żoną, dziećmi - urodzonymi już na uchodźstwie - i starszą matką. Pod opieką ma też żonę niedawno zmarłego brata i jej dzieci. Gdy rozmawiamy w ich garażu, kilkulatki wchodzą i wychodzą, płaczą, jedno niemowlę jest schowane pod kocami, leży tak cicho, że można by go nie zauważyć. Głośniejszy jest wiatr, który gwiżdże na metalowych drzwiach. Ciepło jest na metr od olejowego piecyka w środku izby, dalej - tam, gdzie gotują, myją się, siedzą - jest chłód od przeciągu i mokrego betonu.

Trzy pokolenia syryjskich uchodźców. Warda, żona Assema, ich dzieci oraz matka mężaTrzy pokolenia syryjskich uchodźców. Warda, żona Assema, ich dzieci oraz matka męża Fot. Patryk Strzałkowski

- Płacimy 140 dolarów, właściciel co miesiąc chce dostać pieniądze już pierwszego. Dziś jest piąty, ja wciąż nie zapłaciłem. On grozi eksmisją. Dziś nie zapłacicie, to was wyrzucę, mówi. A ja pieniędzy nie mam - opowiada Assem. W zeszłym roku dostawał 100 dolarów wsparcia, ale od stycznia nie ma pieniędzy dalszą pomoc. Pracuje dorywczo, wypłaty nieraz nie dostaje. Libański pracodawca jest mu winien 200 dolarów, ale Syryjczyk nic z tym nie zrobi, na policję nie pójdzie, uchodźcy na ogół pracują na czarno. - Nawet gdy mój brat umarł, nie dał mi pieniędzy. Jak się przez to czuję? Zapominam o tym. Chcę żyć z dnia na dzień. Muszę zapewnić jedzenie dla dzieci, nie mogę siedzieć i frustrować się tym, że nie dostaję wypłaty - mówi.

Assem ma 28 lat, wygląda na 40. Jego matka Roda ma 55. W czarnym, żałobnym hidżabie wygląda na 70. Na swój wiek wygląda chyba tylko niemowlę na rękach 25-letniej Wardy, żony Assema.

Uchodźcy toną w długach

Od syryjskiego sąsiada, kuzyna, wujka. Od libańskiego właściciela mieszkania. W sklepie w sąsiedztwie. Od rodziny za granicą. Na czynsz, leki, transport, jedzenie. Syryjscy uchodźcy stale pożyczają pieniądze i gromadzą długi.

Rodzina Hassana żyje z voucherów na jedzenie i z pożyczek. Bomby w Syrii zabiły jego ojca. Wprawiły w szok żonę, przez to urodziła przed terminem. Nowonarodzona córka zmarła w drodze do szpitala. Wreszcie - poharatały jego nogę. Do Libanu wjechał w karetce Czerwonego Krzyża. Noga boli do dziś. Bez przerwy, mówi, a gdy pogoda zimna i deszczowa jak teraz, to jeszcze bardziej. Dlatego nie ma jak pracować.

Hassan, jego libański sąsiad, dzieci i jego matka, RodaHassan, jego libański sąsiad, dzieci i jego matka, Roda Fot. Patryk Strzałkowski

Nie mają żadnego dochodu, prawie żadnej pomocy. Czynsz za wilgotną, ciemną piwnicę to 130 dolarów. Teraz ma u właściciela dług na prawie 400 dolarów. To już ich ósme mieszkanie w Libanie. Wcześniej zawsze kończyło się tak samo. Zalegali z czynszem, nie mogli spłacić długu, właściciel ich wyrzucał.

A długów jest więcej. - Jestem winien 2,5 tysiąca dolarów krewnym i firmie, od której kupuję olej do ogrzewania - mówi. Pożycza też od libańskich znajomych, by zapłacić za leki dla matki. Kobieta jest częściowo sparaliżowana, nie rusza się z łóżka. Paliwo do piecyków to jeden z głównych wydatków dla wielu syryjskich rodzin. Pomaga przetrwać zimowy chłód, jednak dużo kosztuje. Gdy nie ma pieniędzy, jest zimno. - Mam dużo koców - mówi Hassan, gdy pytam, jak udaje się przetrwać zimę.

Uchodźcy toną w chorobie

Walid Zoobi ma astmę, obie jego żony, Jawza i Inaam - nadciśnienie. Co miesiąc potrzebują 100 dolarów na leki. Wizyta u lekarza - 50 dolarów. - Na ogół kupuję
lekarstwa dla żon, dla siebie już nie - mówi Walid. Ostatnio nabawił się też zapalenia, boli go ramię, nie może pracować.

Organizacje pomocowe organizują darmowe kliniki dla uchodźców. Ale to nie rozwiązanie dla wszystkich. Części nie stać na taksówkę, część boi się jechać do innej miejscowości. Na drogach może ich skontrolować wojsko, brak ważnych papierów nieraz oznacza areszt. Niektóre organizacje, w tym polskie PCPM, wysyła do obozów mobilną przychodnię. W obozach mieszka co czwarty uchodźca w Libanie. Gdy przyjeżdża mobilna klinika, lekarz przyjmuje w karetce i rozdaje leki. Razem z taką przychodnią odwiedzamy obóz na północy Libanu. Tam rozmawiam z Chalidem i jego mamą.

39 letnia Salwa przyszła do mobilnej przychodni z chorą na grypę córką. Jej syn Chalid cierpi na epilepsję39 letnia Salwa przyszła do mobilnej przychodni z chorą na grypę córką. Jej syn Chalid cierpi na epilepsję Fot. Patryk Strzałkowski

Chłopiec lubi chodzić do szkoły. Ma tam dużo przyjaciół, mówi ledwo otwierając usta, głównie Syryjczyków. Z libańskimi dziećmi bawi się obok domu, czyli garażu. Chciałby zostać lekarzem, żeby pomagać innym ludziom. Jest jednym z sześciorga rodzeństwa.

- Chalid ma epilepsję - mówi jego matka, 39-letnia Salwa. Przyszła do przychodni mobilnej z córką, kilkuletnia dziewczynka złapała grypę. Na to lekarz w karetce może coś zaradzić, ale Chalidowi nie pomoże. Potrzebuje leków na epilepsję, a przede wszystkim badań. Choroba zaczęła się w czasie wojny, wspomina matka. Wokół grzmiał bomby, kilkuletni chłopiec przestał mówić, zaczął się moczyć. W Libanie Chalid dostawał leki od Caritasu, teraz - od zagranicznej organizacji. Ale koszt badania mózgu to 100 dolarów, do tego transport. Sami nie mają szans zapłacić, żadna organizacja pieniędzy nie dała.

Mobilna przychodnia PCPM w obozowisku syryjskich uchodźców na północy LibanuMobilna przychodnia PCPM w obozowisku syryjskich uchodźców na północy Libanu Fot. Patryk Strzałkowski

Uchodźcy toną w błocie

Jedziemy do innego obozu. Na ONZ-towskiej mapie oznaczono go nazwą pobliskiej miejscowości i numerem 001. Dookoła są inne: Sammaqiyé 002, 003, 009.

W 001, czytamy w bazie danych, są 23 namioty, a w nich 141 uchodźców. Gdyby chcieli, mogliby dojść do Syrii w kilka minut, granica jest 300 metrów stąd, trzeba by tylko przekroczyć rzekę. Ale nie idą, każdy, z kim rozmawiam, boi si wracać. Bo mogą aresztować, wziąć do wojska, bo sytuacja wciąż niepewna, bo dom leży w gruzach i nie ma do czego wracać.

W drodze do 001 widać libańskie góry, szczyty białe od śniegu. W górach też są obozy, gdy przyszedł sztorm Norma lokalni dziennikarze i aktywiści wrzucali zdjęcia ośnieżonych obozów, zasp zalegających na namiotach, bosych uchodźców na śniegu i zmrożonym błocie. W Sammaqiyé śnieg nie padał, jest wiatr i deszcz. Zagrożenie zalaniem niskie, wynika z mapy ONZ. Zagrożenie wichurą wysokie, widzimy sami. Wjeżdżamy do obozu z pracownikami PCPM, na namiocie z brzegu stoi akurat mężczyzna. Mocuje listewki, kładzie stare opony. Tak zabezpiecza namioty przed wiatrem. Dookoła krzątają się dzieci i dorośli, większość w klapkach chodzi po błocie i kamieniach.

Uchodźczyni naprawia zniszczony przez wiatr namiotUchodźczyni naprawia zniszczony przez wiatr namiot Fot. Patryk Strzałkowski

Zabezpieczenia nie pomogły jednej z kobiet. Przychodzimy do jej namiotu, a raczej tej części, która została. Wiatr połamał listewki, zerwał folię. Teraz ona stuka młotkiem, wyrywa gwoździe. Z resztek wzmocni to, co jeszcze stoi. - W środku siedzą dzieci, nie wiem, czy namiot się nie zawali, nie mamy nic, nie dostajemy żadnej pomocy - mówi i wraca do stukania młotkiem.

W innym obozie rodzina pokazuje nam, jak ich namiot wygląda wygląda w środku. Wpadające przez drzwi światło pada na podłogę: skrawki dywanów, poduszki, materace na wilgotnym betonie. Ściany: cienki styropian, pomazany przez dzieci. Sufit: kartony powciskane między listewki. Na środku zimny piec. - Po ulewie wlała się się woda, było jej tyle, że nawet nie mogliśmy usiąść - wspomina mężczyzna.

Wnętrze namiotu uchodźców w LibanieWnętrze namiotu uchodźców w Libanie Fot. Patryk Strzałkowski

Większość schronień wygląda podobnie. Czasem dywany są zalane po deszczu i wyschną wodą, czasem w środku jest jasno, bo z kawałka folii uchodźca zrobił okno, czasem huczenie wiatru zagłusza się nawzajem z telewizorem. Za ziemię, na której stoi namiot, też płacą, kilkanaście lub kilkadziesiąt dolarów. Też grozi im wyrzucenie. Też popadają w długi. Namioty trzeba naprawiać co sezon, lub częściej. Czasem materiały da organizacja pomocowa - taką pomoc oferowało PCPM w regionie Arsal - czasem muszą je kupić, gdy nie mają pieniędzy, kupują na kredyt.

Pomimo biedy uchodźcy zawsze częstują nas kawą i herbatą, czasem zapraszają na obiad. Nawet najbardziej liche namioty i zagrzybione piwnice mają drobne ozdoby. Kolorową poduszkę, dziecięce kolorowanki, zdjęcie, zegar, zabawkę.

Na ścianie namiotu 50-letniego Ahmada Ramadana wisi czerwona poduszka-serce z napisem "I love you" oraz klatka z kanarkami. - Poduszkę kupiłem żonie na walentynki w sklepie "Wszystko za 1 dolara". A ptaki? Dostałem w prezencie. Lubię na nie patrzeć. Nie ma tu absolutnie nic innego do roboty - mówi.

Kanarki w namiocie Ahmada RamadanaKanarki w namiocie Ahmada Ramadana Fot. Jagoda Grondecka

Chcesz się skontaktować lub zadać pytanie? Napisz do autora: patryk.strzalkowski@agora.pl

Wizyta Gazeta.pl w Libanie była finansowana w ramach dotacji MSZ na projekt realizowany przez PCPM w Libanie.

Projekt wsparcia syryjskich uchodźców w Libanie oraz ubogich Libańczyków realizuje Fundacja PCPM przy wsparciu finansowym programu Polska Pomoc.

Więcej o: