"Nie usypiajcie nas, do cholery, w tak niebezpiecznych czasach!" [TYDZIEŃ SROCZYŃSKIEGO]

Grzegorz Sroczyński
"Tydzień Sroczyńskiego" dla zabieganych: Mateusz Morawiecki FIK-a, Macron traci słuch, Putin dobrze udaje, a Nissan wyrzuca prezesa.

Pięć najważniejszych wydarzeń ostatniego tygodnia, które - jeśli nawet nie wstrząsną światem - to mogą go trochę zmienić. Taki ranking będę robił co niedzielę dla zabieganych Polaków, wszak należymy do najbardziej zapracowanych społeczeństw Europy. Dla tych, którzy nie zdążyli wszystkiego przeczytać, ale chcieliby jednak wiedzieć. W tym zestawieniu o wściekłej Francji, FIK-ającym Morawieckim, Rosji, która udaje mocarstwo, a także o kłopotach kapitalizmu i słabościach liberalnej demokracji.

1. Morawiecki i FIK. To nie takie głupie, ale może być narzędziem do obsadzania stołków

W styczniu powstanie rządowy Fundusz Inwestycji Kapitałowych, do którego trafi co roku 2 mld zł. Ma nim osobiście zarządzać premier Mateusz Morawiecki. Będzie mógł kupować dla skarbu państwa nowe firmy lub pakiety ich akcji. FIK od razu wzbudził masę krytyki. „To jakiś socjalizm do kwadratu. Premier kupi jakąś firmę według własnego widzimisię, potem wsadzi tam kolesi do zarządu” - piszą internauci.

Czy FIK to rzeczywiście „pisowski socjalizm” na mapie zdrowego europejskiego kapitalizmu? Takie fundusze funkcjonują w niektórych krajach demokratycznych. Po kryzysie rządy ocknęły się, że jednak warto mieć narzędzia do realizowania jakiejś - lepszej lub gorszej, ale jednak demokratycznej - polityki gospodarczej.

Jak było dotąd? Tak sobie. Rząd w jakimś państwie chciał np. postawić na innowacje w przemyśle farmaceutycznym. Dawał więc firmom z tej branży ulgi podatkowe i namawiał banki, żeby udzielały im preferencyjnych kredytów. Pieniądze płynęły, firmy farmaceutyczne z nich korzystały i po pięciu latach okazywało się, że co prawda nie powstała żadna szczepionka na raka, ale mamy za to siedemdziesiąt osiem nowych suplementów diety na „chorobę niespokojnych nóg”, a większość kasy poszła na ich promocję. Firmy farmaceutyczne osiągnęły swój cel biznesowy, bo bajecznie na tym zarobiły, ale cel rządu - żeby powstało coś wartościowego - zrealizowany nie został.

Gdy rząd ma takie narzędzia jak FIK może wziąć większą odpowiedzialność za inwestycje. Kupuje pakiet akcji wybranych firm farmaceutycznych (to tylko przykład), wprowadza do zarządu swojego przedstawiciela (jeśli kupi większy pakiet akcji, może obsadzić fotel prezesa) i wymaga, aby pieniądze zostały przeznaczone na badania nad rakiem. Ryzykowne badania, które mogą przynieść efekt za 5-10 lat. Wyniki kwartalne spółki będą być może gorsze (bo firma nie wciśnie nam w tym czasie milionów tabletek placebo na wzdęcia), ale rząd może się tym nie przejmować, bo jest inwestorem długoterminowym.

Tyle jeśli chodzi o model idealny. W naszych nadwiślańskich warunkach wszystkie wątpliwości komentatorów, że FIK będzie narzędziem do obsadzania stołków, są jak najbardziej uzasadnione. Ale dla uczciwości dyskusji warto pamiętać, że to nie pomysł z kosmosu.

2. Konflikt na Morzu Azowskim, czyli Rosja świetnie udaje mocarstwo

Trzy ukraińskie okręty wojskowe zostały ostrzelane i przejęte przez Rosjan podczas próby wpłynięcia na Morze Azowskie. „Czy to już wojna” - pytały tytuły w polskich mediach. Pojawiły się dwie główne teorie: że Putin testuje USA, albo że chce poprawić własne sondaże na fali patriotycznego wzmożenia. Obie te teorie mogą być prawdziwe, ale mogą być też funta kłaków warte. Prawdziwa odpowiedź na pytanie, o co chodzi Putinowi, jest dużo trudniejsza do przyjęcia i brzmi: nie wiadomo. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć jego posunięć i właśnie dlatego się go boimy. Bo jest nieprzewidywalny.

Rosja jest słaba gospodarczo, pogrążona w kryzysie, poziomem nierówności społecznych przypomina niektóre kraje afrykańskie. Logicznie rzecz biorąc powinna być na międzynarodowej scenie politycznej pariasem i, zamiast prowadzić wojny, zająć się naprawianiem własnej służby zdrowia. A tymczasem dzięki wywoływaniu kilku lokalnych konfliktów, Rosja może udawać supermocarstwo, być obiektem licznych rezolucji ONZ, tematem analiz zachodnich dzienników opinii i debat w think-tankach. Czy o coś więcej w tym chodzi, to już tajemnica Putina, ale można się obawiać, że również on nie ma żadnego planu i działa od przypadku do przypadku.

3. Szczyt G20 w Buenos Aires. Nie usypiajcie nas w tak niebezpiecznych czasach!

Gdy to piszę, szczyt G20 w Buenos Aires wciąż trwa. Odsyłam do poniedziałkowych podsumowań „Guardiana”, analiz na Gazeta.pl czy w innych polskich mediach. Podejrzewam, że nie będzie to lektura przesadnie ciekawa, szczyt G20 niczego ważnego nie ustali. Ale właśnie to jest ciekawe i coraz bardziej dla świata niebezpieczne.

Od kilku lat na takich spotkaniach jak G20 widać rosnącą górę problemów (teraz doszły wojny handlowe USA-Chiny), a mimo to końcowe deklaracje stają się coraz bardziej ogólne i z problemów wyprane. Państwa mają coraz bardziej różne interesy i ich przywódcy nie potrafią podpisać żadnej wspólnej deklaracji, która zawierałaby jakąkolwiek realną treść. Skoro taka jest prawda, to może przestańmy udawać? Powinniśmy jako obywatele domagać się od naszych rządów nieco mniej dyplomacji, a więcej prawdy i pokazywania realnych linii sporów. Nie usypiajcie nas do cholery w tak niebezpiecznych czasach! Nawet jeśli będzie to oznaczało, że nie staniecie do wspólnego zdjęcia.

4. „Żółte kamizelki”, czyli Francuzi cytują Baumana

Francuski rząd ogłosił kolejną podwyżkę akcyzy na paliwa, żeby ludzie przesiedli się do samochodów elektrycznych. „Musimy zmienić nasze przyzwyczajenia i tryb życia, bo inaczej całą planetę czeka nieciekawy koniec” - powiedział prezydent Macron. „Człowieku! Co ty pieprzysz?! Ty nam o końcu świata, a my nie wiemy, czy dotrwamy do końca miesiąca!” - odpowiedział na to jeden z obywateli. I się zaczęło. Kilkaset tysięcy Francuzów skrzyknęło się w internecie, ubrało w żółte kamizelki odblaskowe i zablokowali drogi w całym kraju. Chodzili w kółko po pasach albo stali tłumnie na skrzyżowaniach. Protest miał kilka odsłon, w Paryżu ustawiono i podpalono barykady, policja użyła gazu łzawiącego, doszło do starć.

Bunt „żółtych kamizelek” pokazuje, jak wiele frustracji i złości buzuje w pozornie zamożnych zachodnich społeczeństwach. Przecież nie o 7 eurocentów podwyżki ceny diesla tak naprawdę chodzi. Posłuchajmy uczestników protestu, których cytuje „Guardian”:

Idir Ghanes, 42 lata, bezrobotny informatyk z Paryża:

Mamy dość. Dostajemy niskie pensje, a płacimy wysokie podatki i to toksyczne połączenie produkuje coraz więcej biedy. Nie jestem przeciwko bogatym, po prostu chcę bardziej sprawiedliwego podziału dochodów we Francji. Kiedy uda ci się wreszcie znaleźć pracę i myślisz, że twój los się polepszy, płaca okazuje się tak niska, że jesteś w podobnej sytuacji, co wcześniej, jeśli nie gorszej.

Florence, 55 lat, pracuje w firmie spedycyjnej pod Paryżem: Przecież w czasie kampanii wyborczej mówiliśmy politykom o naszych problemach, a teraz, kiedy objęli władzę, są nagle zaszokowani, że wyszliśmy na ulice. Tak jakby nasz protest spadł z nieba, choć tyle razy im mówiliśmy, jak się czujemy.

Marie Lemoine, 62 lata, nauczycielka z miasteczka Provins:

Reprezentujemy biedniejszą Francję, wszystkich tych, którzy są nazywani „ludźmi bez uzębienia”. Jeśli mieszkasz na prowincji, musisz mieć samochód, więc podwyżki cen paliw uderzają właśnie w nas. Rząd zamęcza nas podatkami, zamiast opodatkować linie lotnicze i wielki biznes, który zanieczyszcza środowisko dużo bardziej.

Marc Mouilleseaux, 24 lata, nauczyciel historii i geografii w Creil:

Nie wierzę, że Macron nas posłucha. Przez lata głosowaliśmy już na różne partie, a ciągle nic się nie zmienia.

Bruno Binelli, 66 lat, emerytowany stolarz z Lyonu:

Mamy poczucie, że prowincja została zapomniana. Jeśli politycy będą robić tak dalej, to w końcu wybierzemy kogoś ze skrajnej prawicy.

Powyższe cytaty powinni sobie wyciąć i przyczepić magnesikami na lodówkach liberalni politycy w całej Europie. Wszyscy ci, którzy krzyczą o konieczności obrony Zachodu przed prawicowym populizmem. Macie tu gotowy przepis, co robić. Macie podane jak na tacy problemy, którymi trzeba się zająć - we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Stanach, czy w Polsce - bo te cytaty zaskakująco dobrze oddają lęki wielu zachodnich społeczeństw. 

Florence, Idir, Marie, Bruno i Marc mówią w zasadzie to samo, co można wyczytać w poważnych książkach naukowych. Stagnacja płac klasy niższej i średniej to nie jest wymysł prostaczków, „subiektywne wrażenie” ludzi, którym się od dobrobytu poprzewracało w głowach, ale zjawisko dość dobrze zbadane. Ekonomiści głowią się, skąd ono się bierze i jak mu zaradzić (w Polsce pensje na razie rosną, choć pewnie do nas zjawisko stagnacji też dotrze). Gdy Florence pomstuje, że Macron nic nie rozumie dotyka tych samych problemów, co historyk Mark Lilla w książce „Koniec liberalizmu jaki znamy”. Z kolei wypowiedź nauczyciela geografii z Creil - „Głosujemy na różne partie, a nic się nie zmienia” - to dobre streszczenie co najmniej jednej książki socjologa Zygmunta Baumana, który opisywał postępujące od lat 80. zbliżenie programów gospodarczych wszystkich partii w krajach Zachodu. W wyniku tego ekonomicznego konsensusu ludzie mogli głosować raz na lewicę, raz na prawicę, ale w końcu zawsze dostawali podobną politykę gospodarczą. Wypowiedź Marie, że obywatele obciążani są podatkami, a korporacje podatków nie płacą, to również nie jest żadna „ludowa ekonomia”, ale temat dziennikarskich śledztw (Swiss Leaks, Panama Papers), z których wiemy, że niezapłacone sumy lądują w rajach podatkowych i powodują gigantyczną wyrwę w budżetach państw Unii.

Ktoś tę wyrwę musi załatać, więc rządy coraz bardziej dociskają klasę średnią i opodatkowują pracę. Rosnące składki emerytalne czy zdrowotne nie są spowodowane wyłącznie tym, że społeczeństwa Zachodu się starzeją, ale też tym, że wielki biznes przestał dokładać do budżetów swoją dolę.

„Żółte kamizelki” to kolejny sygnał dla liberalnej demokracji, że musi zacząć od walenia się w piersi i naprawiania wieloletnich zaniedbań.

5. Aresztowanie prezesa Nissana. „Zabójca kosztów” sam okazał się zbyt dużym kosztem

Prezes Nissana - Carlos Ghosn - został aresztowany w Tokio za malwersacje finansowe. Podejrzewany jest o ukrycie w sprawozdaniach giełdowych 44 mln dolarów własnej pensji i kupowanie luksusowych apartamentów ze środków przeznaczonych na rozwój firmy.

Dlaczego to niezwykłe wydarzenie? Ponieważ Ghosn to międzynarodowa gwiazda zarządzania, od lat jest wzorem dla całej światowej klasy menadżerskiej. Ghosn był noszony na rękach przez media, udzielał wywiadów, lubił mówić o etyce w biznesie. A także - to paradoks - miał przydomek „zabójca kosztów”, bo prowadził z sukcesem brutalne restrukturyzacje firm w kłopotach finansowych. Fakt, że „zabójca kosztów” wypłacił sobie poza kontrolą 44 mln premii i kupował luksusowe mieszkania na koszt Nissana brzmi jak ponury dowcip.

Niebotyczne zarobki klasy menedżerskiej powodują nieracjonalne zachowania. Gdy stawka w grze jest zbyt duża - i wynosi 40, 50, 100 mln dolarów, bo przecież takie bywają premie prezesów korporacji - niektórzy tracą rozum i są w stanie zrobić wszystko. Sfałszować księgi rachunkowe, raporty giełdowe, zawyżyć wyniki, wejść w ryzykowne spekulacje, byle dostać bonus.

W latach 60. pensja prezesa w amerykańskiej korporacji była około 16 razy wyższa niż średnia płaca w firmie. Gra warta świeczki, ale bez szaleństw. Obecnie pensja prezesa jest wyższa średnio 400 razy. Dopóki nie ograniczy się tych różnic, korporacje będą zarządzane przez osoby z nadmierną skłonnością do ryzyka.

Więcej o:
Komentarze (75)
"Nie usypiajcie nas, do cholery, w tak niebezpiecznych czasach!" [TYDZIEŃ SROCZYŃSKIEGO]
Zaloguj się
  • lakon

    Oceniono 17 razy 13

    W czasach karuzeli stanowisk, gdzie prezes statystycznie ma kilka - kilkanaście miesięcy prezesowania całe rozważania o planach strategicznych na 10-15 lat to śmiech. Jedyna sensowna taktyka polega na odkładaniu comiesięcznego uposażenia i przeciąganie w czasie nieuchronnego odwołania. I tu pojawiają się czasem umizgi polityczne, religijne lub towarzyskie. Dyskretnie przemilczam fakt kompetencji takiego piątego garnituru.

  • tradycja_krotkiej_reki

    Oceniono 15 razy 9

    Fajnie, ale o błędach i problemach obecnej polityki gospodarczej już wszyscy wiemy. Ten sam wątek przewija się już od paru ładnych lat. I nadal nic się nie zmienia!

  • jan_dreptak

    Oceniono 27 razy 7

    Rząd kupuje prywatną firmę, wprowadza swoich protegowanych do zarządu i od razu wokół będzie powszechna szczęśliwość.
    Od tego lewicowego bełkotu dostaję mdłości.

  • mydelko.fa

    Oceniono 18 razy 6

    Sroczyński i Stankiewicz to jedni z bardzo niewielu publicystów, którzy nie są do końca przeżarci polityką - tak jak półmózg Lis z jednej strony, a Terlikowski z drugiej. Oni przynajmniej starają się dyskutować "na temat". I za to ich szanuję, nawet jeżeli nie zawsze z ich analizami się zgadzam.

  • zdanidis

    Oceniono 5 razy 5

    Panie Sroczynski, niech sie pan nie denerwuje, my nigdy nawet GUZIKA NIE ODDAMY, a przy okazji pogonimy gejow i Zydow, zarowno tych prawdziwych jak i wymyslonych. Tak nam dompomoz Bog!

  • vito60

    Oceniono 38 razy 2

    Sroczyński i wszystko jasne, nie zauważył bandyckich zachowań protestującej chuliganerki we Francji. Zauważył słuszny gniew ludu (nie) pracującego. Sroczyński, rewolucjonisto, prowadź na barykady! Nie masz ochoty, rozumiem, za wygodnie ci się żyje w tym kapitalizmie.

  • fielmon

    Oceniono 1 raz 1

    Niech Sroczyński otworzy firmę i zatrudni chociaz ze trzy osoby. Wtedy możedyskutować o pensjach pracowniczych. Jak nie ma klientów albo jak nie zapłaca to nie ma nawet na minimalną.

  • duath

    Oceniono 3 razy 1

    Kolejny przykład jak nam łżelity gotują wojnę.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX