Polacy zbudowali przychodnię "na końcu świata". "Nasze kobiety nie będą już musiały umierać"

150 dzieci urodziło się w wiejskiej przychodni, którą w Mjanmie zbudowała Polska Misja Medyczna. Może wydawać się, że to nie tak wiele, ale dla mieszkańców kraju, gdzie brakuje lekarzy, a służba zdrowia jest płatna, to ogromna zmiana.

W sali operacyjnej jest ciemno, przed chwilą zgasło światło, lekarki nie są zdziwione. Asystenci w klapkach i kaloszach świecą im latarkami. Operują własnymi narzędziami, bo te na miejscu są stare i zardzewiałe. Warunki ciężkie, ale pacjenci wdzięczni. Ci, którym pomogli lekarze Polskiej Misji Medycznej w Mjanmie (dawniej Birma) najpewniej nie mieliby szans na leczenie, gdyby nie polscy wolontariusze.

PMM w tym roku po raz trzeci wysłała zespoły lekarzy - najpierw internistów, później chirurga i anestezjologa - do szpitala w gminie Wakema. To niewielka miejscowość w delcie Irawadi, największej rzeki w kraju. To płaski, usiany rzekami obszar wielkości Macedonii, nazywany "miską ryżu" Mjanmy. Łodzie są tam równie popularnym środkiem transportu, co samochody.

Z ich pokładu świetnie widać, skąd region bierze swoją nazwę. Za linią drzew i domów na brzegu ciągną się soczyście zielone pola ryżowe, nawadniane dzięki systemowi strumieni i kanałów. Rolnicy uprawiają też fasolę, inne warzywa, zaś rzeki dostarczają ryb i krewetek. Z rzeki widać też całe życie - domy na palach stoją tuż przy brzegu. Do wielu wsi w delcie nie docierają drogi, woda to jedyny kanał komunikacji, ale nie tylko. Mieszkańcy robią pranie, kąpią się, dzieci pływają wzdłuż brzegu, wyrzucają śmieci, załatwiają się, czerpią mulistą wodę, piją ją i używają do gotowania.

Higiena i brak czystej wody to niejedyne problemy w gęsto zaludnionej delcie. Przez biedę (nawet co drugi mieszkaniec żyje w ubóstwie) i brak dróg część mieszkańców jest praktycznie odcięta od opieki medycznej. 

Lekarze z Polski przyjmują pacjenta w szpitalu w WakemaLekarze z Polski przyjmują pacjenta w szpitalu w Wakema Fot. Patryk Strzałkowski

"Najbardziej sprywatyzowany system opieki zdrowotnej na świecie"

17-latek wchodzi do szpitalnego gabinetu w miasteczku Wakema, w centralnej części delty. Lekarz, podobnie jak on, ma na sobie tradycyjne londżi, jednak nie pochodzi z Mjanmy. To Jacek Szewczyk, pediatra, który na co dzień pracuje w Wielkiej Brytanii. Po chwili pacjentowi mierzy ciśnienie Milena Dorosz, lekarka chorób zakaźnych z Warszawy. Przez większość października jako wolontariusze przyjmowali pacjentów w jedynym szpitalu w gminie. Pomogli w tym czasie około 500 osobom. 

- Głównie z dolegliwościami gastrycznymi i bólami stawów - u dorosłych. Dzieci przychodziły z infekcjami - mówi Szewczyk. Większość nie miała skomplikowanych dolegliwości czy chorób tropikalnych. Jednak nawet w prostych sprawach dla Birmańczyków poważną barierą są koszty wizyt. - Pacjenci przychodzili do nas bez umawiania, wizyty i leki były za darmo. Tu muszą za wszystko płacić - mówi Dorosz.

Były przypadki, że ludzie przez lata nie robili nic z guzami, bo ich zwyczajnie nie stać. Przychodziły do nas dzieci z poważnymi chorobami, z porażeniem mózgowym, z padaczką nieleczoną od 20 lat.

 - Były dwie młode dziewczyny z wadami serca nieleczonymi od lat. I co my możemy wtedy zrobić, poza osłuchaniem, zbadaniem takiego pacjenta? Oczywiście odsyłaliśmy do lokalnych specjalistów. Pytanie, czy będą mogły sobie na to pozwolić - Szewczyk.

Szpital w WakemaSzpital w Wakema Fot. Patryk Strzałkowski

System ubezpieczeń zdrowotnych jest w kraju bardzo ograniczony. Władze zapewniają je tylko pracownikom administracji. Dopiero od 2015 roku istnieje możliwość dobrowolnego wykupienia państwowego ubezpieczenia. Do tego brakuje lekarzy. W Mjamie ich 61 na 100 tys. osób. W Polsce (która jest pod tym względem ostatnia w UE) ta liczba to 220 lekarzy, w Niemczech - około 400 na 100 tys. mieszkańców. - Z powodu wieloletniej izolacji politycznej kraj, pod wieloma względami, jest znacząco mniej rozwinięty niż pozostałe kraje w tym regionie - mówi Magdalena Komperda, koordynatorka projektu w Mjanmie z PMM. - Sporo osób kończy medycynę. Ale lekarz zarabia równowartość 200 dolarów. Więc mało kto praktykuje i zamiast tego otwiera własny biznes - mówi mi Renata Popik, chirurg ze Szpitala Miejskiego w Rudzie Śląskiej, która była w drugim zespole wysłanym do Mjanmy.

Birmański serwis irrawaddy.com opisywał, że niektórzy lekarze sami latają do szpitali  Singapurze, podczas gdy niektórzy pracownicy fizyczni (zarabiający 5 dolarów dziennie lub mniej) czasem przez całe życie nie byli w szpitalu. Władze planują wprowadzić powszechną opiekę zdrowotną w ciągu 20 lat. Na razie - jak mówił rozmówca portalu - w kraju działa "najbardziej sprywatyzowany system opieki zdrowotnej na świecie". To ogranicza dostęp do leczenia szczególnie w uboższych, wiejskich terenach - takich jak region Irawadi. 

"W porównaniu z pacjentem polskim - tu jest drugi biegun"

Polscy lekarze zwracają uwagę, że dużym problemem jest też kiepski poziom świadomości medycznej.

Przychodziły osoby z nieleczoną cukrzycą czy nadciśnieniem tętniczym lub tylko krótkotrwale leczonymi chorobami, które wymagały leczenia do końca życia. Często pacjenci nie wiedzieli, jakie przyjmowali leki. Niektórzy nawet nie byli w stanie określić przebytych w przeszłości operacji. Zdarzało się, że ktoś miał wielką pooperacyjną bliznę na brzuchu i nie potrafił powiedzieć, którego narządu dotyczył zabieg

- opisuje Dorosz. 

- Trudno powiedzieć, czy to efekt złej pracy lokalnych lekarzy, których rolą jest wytłumaczyć pacjentowi: proszę pana, te leki trzeba brać do końca życia - ocenia drugi z polskich lekarzy i zauważa:

W porównaniu z pacjentem polskim czy europejskim, który przed wizytą ma wszystko wygooglowane, czasem przychodzi z własnym gotowym 'rozpoznaniem', tutaj jest drugi biegun.

Ponadto wiele osób stosuje jedynie tradycyjne medykamenty. - A one na pewno nie pomagają - zwraca uwagę dr Dorosz i wspomina, że jeden z pacjentów przyjmował taki "lek" z powodu nadciśnienia tętniczego. Po badaniu okazało się, że ma ciśnienie 200/ 120 mm Hg.

Lekarze z Polskiej Misji Medycznej w szpitalu w WakemaLekarze z Polskiej Misji Medycznej w szpitalu w Wakema Fot. Patryk Strzałkowski

Niska świadomość prowadzi też do braków w higienie, które bywają groźne dla zdrowia. - Jest bardzo wielu chorych na WZW typu B lub C. Wynika to po części z korzystania z nieprofesjonalnych usług medycznych. Wykonują zastrzyki, drobne zabiegi albo tatuaże, płucząc narzędzia w ciepłej wodzie i nieszczęście gotowe - mówi Popik.

Nie ma za to problemu z niechęcią wobec szczepień. Nie oznacza to jednak, że wszyscy są zaszczepieni. Powszechny program szczepień dzieci wprowadzono dopiero kilka lat temu, zatem starsze nastolatki i dorośli już się na niego nie załapali. Polska Misja Medyczna starała się uzupełniać te braki i rok temu zaszczepiła kilkuset uczniów.

"Po najprostsze narzędzia jechałyśmy na bazar"

Doktorzy Szewczyk i Dorosz byli pierwszym zespołem w Wakema. Po nich przyjechała chirurg Renata Popik oraz anastezjolog Justyna Leszczuk. Przeprowadziły one 24 zabiegi w szpitalu w Wakema. - To największy szpital w okręgu, przystosowany do przyjęcia 50 pacjentów, w porze deszczowej jest ich nawet dwa razy więcej. A lekarzy dwóch - mówi Magdalena Komperda z PMM.

- Warunki są trudne i dla pacjentów, i dla lekarzy. Brakuje np. znieczuleń ogólnych - opisuje Popik. Do tego było niespodzianki: PMM kupiła nowe urządzenie, ale nie było ono podłączone; zamiast jednego środka znieczulającego był inny; butle z gazami okazały się puste; gdy przywieziono pełne, nie były szczelne. - Mogliśmy wylecieć w powietrze - dodaje. 

Narzędzia były stare i niekiedy pordzewiałe. Trochę niezbędnych i najbardziej podstawowych dokupiłyśmy na miejscu. Szwy - wybór ograniczony, ale te przywiozłam z Polski. Podobnie z opatrunkami.

- Do tego jeszcze brak prądu. Po doświadczeniach zdobytych w Afryce nie było dla mnie zaskoczeniem, że nagle w trakcie operacji gaśnie światło, przestaje działać sprzęt i wyciąga się latarki lub telefony - opisuje lekarka i zapewnia: - Na szczęście udało się to wszystko doprowadzić do ładu.

Szpital w WakemaSzpital w Wakema Fot. Patryk Strzałkowski

Jak mówi, praca na sali operacyjnej szła sprawnie. - Tam, mimo warunków, każdy wiedział, co ma robić - zapewnia i dodaje: - Nie mogłam się tylko przyzwyczaić do ich obuwia operacyjnego. U nas to są zakrywające stopę, gumowe, łatwe do umycia buty. Tam - japonki lub wysokie kalosze.

Popik wspomina, że podczas misji widziała cały przekrój chorób. Były przypadki, w których nie mogła nic poradzić.

Na przykład przepuklina mózgowo - rdzeniowa u małego dziecka. Zaawansowane nowotwory - płuc, piersi, nieprawdopodobnie zaawansowany nowotwór mostka. Podobny, ale o wiele mniej zaawansowany przypadek leczono z powodzeniem w Chinach. Ale co ja mogłam zrobić, jak nawet po najprostsze narzędzia jechałyśmy na bazar.

Były też trudne przypadki, którym udało się pomóc. - Jak poparzony płonącym paliwem nastolatek. Ogromne blizny, przykurcze tak silne, że chodził z otwartymi cały czas ustami. Udało się zoperować, teraz czeka go długie gojenie - mówi. Sami pacjenci byli wdzięczni i życzliwi. - Nieufności i wrogości nie spotkałam. Nie to, co w Polsce, że "baba chirurg to ani chirurg, ani baba" - podsumowuje. 

"Nareszcie nasze kobiety przestaną umierać"

Bardziej stałym elementem działań PMM jest klinika, którą dzięki dofinansowaniu MSZ zbudowano we wsi Su Dwin Myitkalay. Społeczność 8 tys. ludzi żyje się na wyspie otoczonej rzekami i kanałami i można się tam dostać tylko łodzią. Przed zbudowaniem przychodni mieszkańcy musieli płynąć kilka godzin do Wakema. Teraz mają zapewnioną opiekę medyczną na miejscu. W pierwszym roku działania kliniki urodziło się około 150 dzieci, przyjmuje ona średnio 100 pacjentów miesięcznie.

Rok temu otworzyliśmy przychodnię, przemawiał wójt. Nagle zaczyna płakać i mówi: nareszcie nasze kobiety przestaną umierać w trakcie rodzenia

- wspomina Szewczyk. W przychodni pracują dwie położne. Nie ma tam na co dzień lekarza, jednak kobiety zajmują się nie tylko ciężarnymi, ale też podstawowymi badaniami i zabiegami. Budynek jest nowy i czysty, ma nowoczesny sprzęt, a obok znajduje się studnia artezyjska, która zapewnia czystą wodę na potrzeby pacjentów. - Wydobywana jest z głębokości 200 metrów - chwali dr Than Htay z lokalnej organizacji partnerskiej PMM. Tak czysta woda to w tym regionie ewenement. 

Zbudowana przez Polską Misję Medyczną przychodnia we wsi w Delcie IrawadiZbudowana przez Polską Misję Medyczną przychodnia we wsi w Delcie Irawadi Fot. Patryk Strzałkowski

Pytam lokalnego nauczyciel U Zaw Mina, jak zmieniło się życie społeczności po zbudowaniu przychodni przez Polską Misję Medyczną. Uśmiechnięty mężczyzna tłumaczy, że daje ona wsparcie nie tylko w wymiarze praktycznym, ale też moralnym: zapewnia poczucie bezpieczeństwa. 

Kiedyś musieliśmy przebyć długą drogę do lekarza. Teraz widzimy tę przychodnię tutaj i wiemy, że możemy dostać pomoc na miejscu. Czujemy się bezpieczniej

- mówi U Zaw Mina. Przychodzą do niej m.in. uczniowie z jego szkoły. Dr Than tłumaczy, że ta wieś nie została wybrana przypadkowo. Leży blisko granicy trzech gmin. Mieszkańcy tych sąsiednich mają daleko do swoich szpitali, a teraz mogą korzystać z pomocy w przychodni w Su Dwin Myitkalay. 

Zbudowana przez Polską Misję Medyczną przychodnia we wsi w Delcie IrawadiZbudowana przez Polską Misję Medyczną przychodnia we wsi w Delcie Irawadi Fot. Patryk Strzałkowski

Ślady arszeniku i cyjanku w rzekach

Część problemów zdrowotnych wynika z braku higieny i używania zanieczyszczanej wody z rzek. Dlatego poza przyjmowaniem pacjentów lekarze prowadzą w szkołach tzw. szkolenia WASH (czyli z zakresu czystej wody, środków sanitarnych i higieny). - Żeby tę sytuację poprawić cudów nie potrzeba. Chodzi o mycie rąk, nie picie wody z rzeki, nie załatwianie się do wody tam, gdzie później będą się myć. Podstawowe rzeczy - podkreśla polska lekarka.

- Z rozmów słyszeliśmy, że jeszcze 10 lat temu w porze suchej rzeki były przejrzyste i w jakimś stopniu same się oczyszczały. Teraz już się to nie dzieje. Rzeka to po prostu ściek - mówi Szewczyk. Sytuacja zdaje się paradoksalna: woda jest w delcie wszechobecna, od głównych rzek, przez ich odnogi, kanały i kanaliki po zalewiska, na których stoją domy na palach. Jednak czystej, pitnej wody brakuje. Woda z rzek jest zanieczyszczona, ta w płytkich studniach może być słona przez bliskość oceanu. Prostym rozwiązaniem są zbiorniki na deszczówkę, jednak dopiero są one wprowadzane.

Delta Irawadi. Kąpiel w rzeceDelta Irawadi. Kąpiel w rzece Fot. Patryk Strzałkowski

Źródeł zanieczyszczeń jest wiele. Birmańczycy mówią o Chińczykach, którzy w górze rzeki mają wydobywać złoto. Badania potwierdzają, że kopalnie, m.in. złota, wpływają zarówno na wysoki poziom osadu w rzece, jak i obecność trujących substancji (w tym arszeniku i cyjanku). Mniej chętnie przyznają, że problemy pochodzą też z samej delty. Do wody trafiają nawozy, używane na rozległych w tym regionie polach. Wycinanie lasów zwiększa erozję gleby. A sami mieszkańcy nie tylko łowią ryby w rzece, ale też kąpią się w niej, załatwiają i wyrzucają śmieci. W niektórych wsiach nie ma zaś innego źródła wody, jak rzeka.

Groźba katastrofy

Jacek Szewczyk ocenia, że kwestia zarządzania odpadami i dostępu do czystej wody będzie jednym z największych wyzwań w Mjanmie przez kolejną dekadę. Jednak problemów jest więcej, niż dostęp do czystej wody i opieki zdrowotnej. W kraju dochodzi do napięć na tle etnicznym, z których najgorsze są prześladowania muzułmańskiej mniejszości Rohindżów w stanie Rakhine.

ONZ podkreśla, że ataki na Rohindżów (których prawie milion, czyli ogromna większość, uciekła do Bangladeszu i żyje w obozach) to czystka etniczna, której sprawcy - w tym żołnierze i buddyjskie bojówki - muszą być pociągnięci do odpowiedzialności. Niektórzy Birmańczycy, zgodnie z rządową propagandą, mówią o "infiltracji z Bangladeszu" czy "problemach na granicy" i wyrażają obawy, że potencjalne sankcje uderzą w gospodarkę. Ta dopiero podnosi się z rządów wojskowej dyktatury, która zresztą nie oddała jeszcze całej władzy.  

Wiejski dom w Delcie IrawadiWiejski dom w Delcie Irawadi Fot. Patryk Strzałkowski

Kolejny problem to zmiany klimatu, które z pewnością dotkną region i przyniosą bardziej ekstremalną pogodę. Tragicznym przykładem efektów ekstremalnej pogody, był cyklon Nargis z 2008 roku. Uderzył on właśnie w deltę Irawadi. Zginęło prawie 140 tys. osób, ponad 2 mln straciły dach nad głową, a straty wyceniono na 10 mld dolarów. Do tego rządząca wtedy junta wojskowa początkowo odmawiała przyjęcia pomocy zagranicznej.

Birmańczycy zapewniają, że teraz są lepiej przygotowani do ewentualnego cyklonu. - 10 lat temu nie było żadnego systemu ostrzegania i przygotowań - mówi mi jeden z mieszkańców. Rząd plan działania tworzył przez lata. Teraz można ostrzec mieszkańców. Pytanie, ilu uda się uciec lub schronić przy braku dróg. I do czego będą wracać. 10 lat po uderzeniu Nagris nie wszędzie zakończono odbudowę.

Polska Misja Medyczna prowadzi w Mjanmie projekt projekt "Mjanma - działania położniczo – edukacyjne, działania medyczne oraz WASH w regionie delty Irawadi", który jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Organizacja chce kontynuować projekt w Wakem, a jeśli się uda - rozszerzyć go na sąsiednie gminy w delcie.  

Jeśli chcesz wesprzeć działania Polskiej Misji Medycznej wejdź nawww.pmm.org.pl i wpłać dowolną kwotę na konto 62 1240 2294 1111 0000 3718 5444

Artykuł powstał dzięki pomocy Polskiej Misji Medycznej, która pokryła koszty wyjazdu do Mjanmy. Niektóre informacje w artykule pochodzą z raportu Banku Światowego "Meandering to Recovery: Post-Nargis Social Impacts Monitoring Ten Years After".  

Więcej o:
Komentarze (22)
Polacy zbudowali przychodnię "na końcu świata"
Zaloguj się
  • morgen_stern

    Oceniono 6 razy 6

    Ludzie robią fantastyczne rzeczy pomagając innym, a pod artykułem ściek w komentarzach. Co się stało z Polakami? Takiego ścieku, jadu i politycznych wtrętów nie ma chyba nigdzie w internecie. Opamiętajcie się trochę.

  • klan_fan

    Oceniono 9 razy 5

    Bardzo mnie cieszy, że pomaga się ludziom w takich miejscach.
    Szkoda, że u nas zlikwidowano nocną i świąteczną pomoc lekarską w lokalnych przychodniach . Teraz jak człowiek pomyśli, że musi jechać na SOR żeby mu pomogli po kilku godzinach w tlumie to mu się odechciewa a to droga do tego co robili mieszkańcy tej wioski. Odkładania problemu i spędzania się w gorszą chorobę.

  • minkat

    Oceniono 3 razy 3

    tak sie koncza dyktatury- najlatwiej rzadzic ciemnym, biednym narodem. pamietam taki film ze slubu jakiejs birmanskiej generalskiej corki. specjalisci szacowali, ze w czasie obdarowywania zawieszono jej na szyi jakies 30 milionow dolarow...

  • mniklasp

    Oceniono 4 razy 2

    bardzo piekna inicjatywa Polski , oczywiscie nawet to w tym 53 milionowym kraju jest potrzebne

  • cezar85

    Oceniono 10 razy 2

    mam nadzieję, że nie wysyłamy tam duchowych pomagierów

    co nie zmienia faktu, że rydzyk już 20 lat zbiera datki, dla potrzebujących 'na końcu świata'

  • bosman64

    Oceniono 14 razy 2

    Jakie to wszystko piękne i szlachetne. Szkoda tylko że w krainie nad Wisłą kobiety rodzą dzieci na podłogach często bez lekarza bo właśnie jest tylko jeden na dyżurze i zajęty gdzie indziej, lub nocują na karimacie na podłodze przy dziecku. Dwudziesty pierwszy wiek w Europie!

  • quamtsa

    Oceniono 1 raz 1

    Miło się takie rzeczy czyta.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX