"Ta wojna nigdy się nie skończy". Syryjczycy żyją w zawieszeniu, a codzienność jest coraz cięższa

Z Jordanii Patryk Strzałkowski
Granica Syrii i Jordanii na początku lipca, kiedy zgromadzili się tam uciekinierzy przed walkami w Daraa. W okolicy obozowisk doszło do pożarów

Granica Syrii i Jordanii na początku lipca, kiedy zgromadzili się tam uciekinierzy przed walkami w Daraa. W okolicy obozowisk doszło do pożarów (Fot. Patryk Strzałkowski / Gazeta.pl)

Muhammad, 5 lat w Jordanii, bez pracy, córka z niepełnosprawnością. Hammada, 6 lat w obozie, siódemka dzieci. Mira, 6 lat na uchodźstwie. Syryjczycy uciekali z myślą o szybkim powrocie. Teraz są w Jordanii od lat, a ich życie staje się coraz bardziej nieznośne.

Zanim lekarka, która tłumaczy naszą rozmowę, zada Mahmudowi moje pytanie, ostrzegam, że będzie trudne: jak wyobraża sobie przyszłość swoją i rodziny? 34-latek milczy przez chwilę, tłumaczka powtarza. W końcu uchodźca odpowiada. - Myślimy tylko o chwili obecnej.  Nie myślimy o przyszłości, o tym, co będzie dalej. Musieliśmy opuścić nasz kraj. A tutaj jest bardzo ciężko - mówi.

Mężczyzna jest jednym z 78 tys. mieszkańców obozu Zaatari - największego obozu syryjskich uchodźców na świecie. Tak, jak większość uciekinierów z Syrii, żyje na uchodźstwie już od lat i coraz bardziej doskwiera to jemu i jego rodzinie.

W Jordanii mieszka 650 tys. zarejestrowanych uchodźców z Syrii. Jednak według władz niezarejestrowanych w UNHCR Syryjczyków jest drugie tyle. W sumie stanowią oni 13,2 proc. populacji kraju - wynika z rządowych danych. W Polsce oznaczałoby to ok. pięć milionów przybyszów.

Większość Syryjczyków mieszka w miastach i wsiach (najwięcej w stolicy kraju, Ammanie), ale aż 141 tys. jest w obozach. Największym z nich jest obóz Zaatari, blisko syryjskiej granicy. Powstał w 2012 roku i od tego czasu przeszło przez niego 460 tys. ludzi. Obecnie 80 tys. osób żyje tam w 13,5 tys. schronień. Początkowo były to namioty, teraz ponad połowa to kontenery mieszkalne, nazywane “karawanami”. Polska Misja Medyczna działa na miejscu i dostarcza rodzinom w najgorszej sytuacji m.in. materiały do ich remontu.

Z taką liczbą mieszkańców Zaatari mogłoby znaleźć się na liście największych miast Jordanii Ale uchodźcy z Syrii nie mają zostać tu na stałe i wszystko w obozie jest tymczasowe. Domy w namiotach, sklepy w kontenerach, szutrowe drogi, prowizoryczne instalacje. Tyle, że syryjscy uchodźcy mieszkają tu już od sześciu lat i nie zapowiada się, by szybko wrócili do domu.

"Przyjechaliśmy tylko z tym, co mieliśmy na sobie"

Mahmud Abdulkareem Al-Miqdad i jego rodzina pochodzą z miasta Busra asz-Szam w prowincji Daraa. W tym rejonie przy granicy z Jordanią zaczęły się protesty, które przerodziły się w syryjską wojnę domową. 34-latek mówi, że wtedy ludzie domagali się wolności. Teraz wraz z 28-letnią żoną Anwar, matką i czwórką dzieci mieszkają w złączonych kontenerach. Pracownicy organizacji humanitarnej zwracają uwagę, że wyglądają one lepiej niż większość - mają małe “podwórko”, blaszane ściany są pomalowane na seledynowo, stoją też meble w tym samym kolorze.

Są w Jordanii od sześciu lat, przez pustynię uciekli przed walkami w Darze. Trafili do Zaatari, położonego blisko granicy. Od dawnego domu dzieli ich niecałe 30 km w linii prostej. - Wzdycham za widokiem swojego domu, ogrodu, swojej okolicy - mówi mi Mahmud. To samo powtarzają jego żona i matka. Na początku rozmowy w kontenerze wysiada wentylator i szybko robi się gorąco. Ale ta rodzina i tak ma szczęście - dzięki panelom słonecznym mogą używać prądu w ciągu dnia. Inni uchodźcy mają dostęp do sieci elektrycznej tylko od 17 do 5 rano. O ile działa.

Obóz Zaatari na północy JordaniiObóz Zaatari na północy Jordanii Fot. Patryk Strzałkowski / Gazeta.pl

Kolejna rodzina, którą odwiedzamy, nie ma prądu, a ich kontener jest w dużo gorszym stanie. 41-letni Hammada Aqel Hussein był pracownikiem fizycznym w Darze. W Zaatari mieszka z żoną i siódemką dzieci (trzy z nich uchodziły się już jako uchodźcy w obozie, najmłodsze ma kilka tygodni).

20 proc. mieszkańców Zaatari to dzieci poniżej 5 roku życia - czyli te, które urodził się już po wybuchu wojny i życie w obozie jest jedynym, jakie znają.

Hammada  najpierw wysłał do Jordanii żonę i dzieci. Jak większość myślał, że z czasem sytuacja się poprawi i będą mogli wrócić. Ale - wspomina - po ośmiu miesiącach zdał sobie sprawę, że lepiej nie będzie i uciekł za granicę, zabrał też rodziców. - Byliśmy przerażeni. Przyjechaliśmy tylko z tym, co mieliśmy na sobie - wspomina. Ich dom jest zniszczony.

Hammada Husseina z rodziną w swoim kontenerze w obozie ZaatariHammada Husseina z rodziną w swoim kontenerze w obozie Zaatari Fot. Patryk Strzałkowski / Gazeta.pl

Bazar na Polach Elizejskich

Obóz Zaatari pokazuje mi pracująca tam ginekolożka dr Eman Al-Hammouri. Według niej niektórzy uchodźcy wolą zostać w obozie niż przeprowadzać się do miast. Zapewnia się im więcej usług, życie jest tańsze. Mają elektryczność (w nocy), wodę, dostęp do przychodni, nie muszą płacić za wynajem. W miastach czynsz pożera większość domowego budżetu Syryjczyków (o ile w ogóle na niego starcza). - Poza tym są tu traktowani z większą godnością - dodaje. W obozie łatwiejszy jest dostęp do szkół. W Jordanii 90 tys. dzieci uchodźców - czyli prawie 40 proc. - nie chodzi do szkoły.

Mahmud Al-Miqdad przed wojną prowadzili w Busrze swoją kawiarnię. Teraz jako stolarz produkuje meble dla innych uchodźców. Widać, że dzięki temu radzą sobie lepiej. Jego kontener jest w lepszym stanie niż wiele innych.

Muhammad prowadzi knajpie w obozie Zaatari. W Syrii także sprzedawał jedzenieMuhammad prowadzi knajpie w obozie Zaatari. W Syrii także sprzedawał jedzenie Fot. Patryk Strzałkowska / Gazeta.pl

Swój mały biznes ma w obozie 41-letni Muhammad z Wzgórz Golan, blisko de facto granicy z Izraelem. W domu prowadził restaurację - i to samo robi w Zaatari. Razem z dwiema żonami sprzedają jedzenie w budce przy jednej z głównych ulic obozu. Pomagają dzieci, rodzina zatrudnia jeszcze jedną kobietę. Choć żyją w obozie dla uchodźców, nie brakuje im gościnności. Gdy odwiedzamy ich grupą dziennikarzy i pracowników Polskiej Misji Medycznej nalegają, byśmy nie płacili za zjedzone w ich knajpie kanapki.

Gospodarka Zaatari to obecnie setki biznesów i miesięczny obrót wysokości 13 mln dolarów - podaje radio NPR. Większość sklepów, zakładów fryzjerskich i knajp znajduje się przy dwóch głównych ulicach - bazarach obozu. Jedna z nich jest przezywana “Polami Elizejskimi”. Można trafić tam nawet na "salon" sukni ślubnych. Na ruchliwej ulicy dzieci wracają ze szkoły, kobiety idą z zakupami, młodzi mężczyźni brudni od smaru siedzą w cieniu warsztatów rowerowych.

Ulica - bazar w obozie ZaatariUlica - bazar w obozie Zaatari Fot. Patryk Strzałkowska / Gazeta.pl

Chorzy, biedni, coraz częściej - głodni

Wielu uchodźców żyje w Jordanii już pięć lat lub więcej. Kończą im się oszczędności, rodzą się nowe dzieci, niektórzy dotąd zatrudnieni stają się niezdolni do pracy. Według danych władz Jordanii rodzina uchodźców ma średnio 40 zł oszczędności. Połowa jest zmuszona kupować żywność na kredyt. W 2016 rok średnie zadłużenie rodziny uchodźców wyniosło 715 jordańskich dinarów (3700 zł).

Od początku kryzysu ceny wynajmu mieszkań wzrosły nawet dwukrotnie i wynoszą nawet 150-200 dinarów (750-1000 zł). Płaca minimalna w Jordanii to 260 dinarów. Ale Syryjczycy, jeśli w ogóle mają pracę, to wykonują ją nieraz za niższe stawki lub nie na cały etat.

40-letni Muhammad Jalila jeszcze do niedawna pracował. Jednak teraz uniemożliwiają mu to problemy zdrowotne. Wypadł mu dysk i mówi, że ból praktycznie uniemożliwia poruszanie się. Pomógłby mu odpowiedni zabieg, ale darmowe przychodnie nie robią takich operacji. W prywatnym szpitalu kosztowałaby ona 1000-2000 dinarów (5-10 tys. zł).

Dla Jordańczyków to wysoka kwota, dla uchodźców - nieosiągalna. Nawet wykonanie rezonansu magnetycznego kosztuje 120 dinarów - prawie tyle, co miesięczny czynsz. Bez jedynego źródła dochodu rodzinie przestanie starczać na czynsz, leki, nawet jedzenie. Tymczasem Raneem, córka Muhammada, cierpi na wodogłowie i rozszczep kręgosłupa. 10-latka porusza się na wózku. Przy takiej sytuacji finansowej nie ma co marzyć o rehabilitacji czy edukacji specjalnej.

10-letnia Raneem cierpi na wodogłowie. Dziewczynka niedawno poparzyła sobie nogi gorącym napojem. Lekarze z mobilnej kliniki założyli jej opatrunek10-letnia Raneem cierpi na wodogłowie. Dziewczynka niedawno poparzyła sobie nogi gorącym napojem. Lekarze z mobilnej kliniki założyli jej opatrunek Fot. Patryk Strzałkowska / Gazeta.pl

Niektórzy by przetrwać muszą posuwać się do skrajnych działań: nie puszczać dzieci do szkół, podejmować się pracy w szarej strefie czy też ograniczać jedzenie. W Jordanii nie ma problemu głodu (choć kraj importuje 80 proc. żywności). Jednak ceny rosną, przeciwko czemu protestują sami Jordańczycy. Zaś dla uchodźców oznacza to, że muszą ograniczać dietę. Brak ważnych składników odżywczych u kobiet w ciąży i małych dzieci może osłabiać zdrowie najmłodszych i ograniczać rozwój. Konsekwencje niedostatecznego jedzenia zostaną z nimi na całe życie. Obecnie 72 proc. gospodarstw domowych uchodźców jest zagrożonych niedostatkiem pożywienia.

“Proszę, zabierz mnie do Niemiec”

Uchodźcy poza obozami muszą być się sami ubezpieczać, by mieć dostęp do opieki zdrowotnej. Większości na to nie stać. Dlatego organizacje pomocowe starają się zapewnić darmową opiekę, szczególnie dla kobiet. Taką przychodnię dla uchodźców i ubogich Jordańczyków w mieście Zarqa (40 km od stolicy, Ammanu) współfinansuje Polska Misja Medyczna. Przyjmują tam m.in. ginekolog i pediatra. Dodatkowo w dni otwarte można wykonać badania krwi czy wzroku.

W jeden z takich dni otwartych odwiedzam klinikę. Dziesiątki kobiet z dziećmi stoją w kolejce do rejestracji; pielęgniarka wyczytuje nazwiska; pacjentki siedzą w gabinetach, korytarzach, poczekalni. Tego dnia przychodnia przyjmie ponad 500 osób, kilka razy więcej niż normalnie. Mira Awad przyszła na wizytę do ginekologa, wzięła też córkę na badania. - Chciałabym być lekarką i pomagać tak jak lekarze tutaj - mówi córka Miry, gdy pytam ją, kim chce zostać w przyszłości. - Inshallah. Jak Bóg da - dodaje matka.

Mira pochodzi z okolic Damaszku, od 6 lat mieszka w Jordanii z mężem i trójką dzieci w wieku od 16, 12 i 10 lat. Wyjechali z powodu strachu. - Dzieci były przerażone. Codziennie ktoś ginął na ich oczach. Nasz dom zawalił się po ostrzale. Chcieliśmy, aby były bezpieczniejsze - mówi. Wynajmują mieszkanie za 100 dinarów miesięcznie. Jej mąż pracuje dorywczo m.in. jako kelner. Jeśli się uda, zarabia ok. 10 dinarów dziennie. Ponadto dostają voucher na jedzenie o wartości 50 dinarów (np. litr mleka kosztuje ok. 1 dinara - 5 zł). Ale nie wiadomo, jak długo mogą jeszcze liczyć na taką pomoc. - Organizacja powiedziała, że nie ma już na to wystarczająco pieniędzy - tłumaczy kobieta.

Mira Awad (pierwsza z lewej) z córką (po prawej w białej chuście) w przychodni dla uchodźców w mieście Az-ZarkaMira Awad (pierwsza z lewej) z córką (po prawej w białej chuście) w przychodni dla uchodźców w mieście Az-Zarka Fot. Patryk Strzałkowska / Gazeta.pl

Władze Jordanii poinformowały w połowie lipca, że otrzymały tylko 7 proc. wsparcia finansowego, które inne państwa obiecały przekazać na pomoc dla syryjskich uchodźców w kraju. - Inni powinni pomagać bardziej. My, uchodźcy, straciliśmy wszystko, na naszych domach począwszy. Teraz musimy zaczynać od zera, a życiu tu nie jest tanie. Ja jestem już przyzwyczajona, ale co z przyszłością moich dzieci? - mówi.

W Syrii wciąż mieszka jej matka i siostra. Mówi, że teraz nie jest już aż tak niebezpiecznie, ale wciąż boją się. Z kolei w Niemczech żyje brat Miry. Dotarł tam przez Turcję, Morze Śródziemne, Grecję i Bałkany. Mira sama chętnie by tam pojechała. - Proszę, zabierz mnie ze sobą do Niemiec - prosi. - Tęsknię za domem, ale najbardziej tęsknię za tym, żeby być razem z rodziną - mówi. Teraz rodzina jest rozdzielona. Ona w Jordanii, mama i siostra w Syrii, brat w Niemczech. - Dobrze, że wszyscy jeszcze żyją - dodaje.

Klinika udziela nie tylko pomocy medycznej, ale też porad. Wolontariusze informują o prawidłowej diecie niemowląt i kobiet w ciąży. Lekarze prowadzą szkolenia z planowania rodziny. Wśród Syryjczyków zdarza się wydawanie za mąż dziewczynek w wieku nawet 14-15 lat. Uchodźcy nie radzą sobie finansowo, dlatego nieraz chcą, by córki jak najszybciej zakładały własne rodziny. Szczególnie samotne matki obawiają się, że nie mają jak zapewnić swoim córkom godnego życia i bezpieczeństwa. Liczą, że mężowie “ochronią” nastoletnie żony. Bywa jednak, że jest wprost przeciwnie.

Lekarze starają się przekonywać, że to zbyt młody wiek na małżeństwo, a szczególnie ciążę. Według pracowników kliniki udaje się przekonywać Syryjczyków - szczególnie argumentami medycznymi dot. dziecięcych ciąży. Większość z nich nigdy wcześniej nie miała żadnych lekcji z planowania rodziny i antykoncepcji. Dodatkową kwestią jest jordańskie prawo, które zabrania ślubów osób poniżej 18. roku życia.

“Ta wojna się nie skończy”

Uchodźcy, których spotykam, uciekli na początku wojny, ale pamiętają jej początek, wybuch protestów i rewolucji. Jednak niechętnie mówią o polityce. - Nie byłem ani za rządem, ani za protestującymi. Chciałem tylko, aby moja rodzina była bezpieczna - mówi Hammad Hussein.

Uchodźcy obawiają się represji reżimu. Mężczyzna mówi, że gdy pisze z siostrą w Syrii, unikają polityki i kontrowersyjnych spraw. - Mówimy tylko “Dzięki Bogu wszystko jest dobrze”. Nic o wojnie - wspomina. Boi się, że ktoś może podsłuchiwać rozmowy lub czytać wiadomości. W rozmowie ze mną też nie chciał zdradzić szczegółów, w tym tego, gdzie dokładnie mieszka siostra.

Co z przyszłością? Jedni wciąż myślą o powróci  do Syrii, inni marzą, by UNHCR zabrało ich do USA czy Europy. Wielu z trudem mówi o planach i nadziejach. Wojna trwa kolejny rok, sytuacja uchodźców nie poprawia się i żyją z dnia na dzień.

Bombardowania w Syrii na początku lipca b.r. widziane z jordańskiej granicyBombardowania w Syrii na początku lipca b.r. widziane z jordańskiej granicy Fot. Patryk Strzałkowska / Gazeta.pl

Jak rodzina Mahmuda Abdulkareema wyobraża sobie przyszłość? - Tutaj żyjemy z dnia na dzień. Czy wrócimy? W Syrii nie ma już dla nas domu - mówi. Nie wyobraża sobie powrotu i nie wierzy, że w Syrii będzie bezpiecznie. Wolał by wyjechać do innego państwa, by jego 10-letnia córka mogła otrzymać pomoc w zagranicznym szpitalu. Dziewczynka ma guz, który uciska jej rdzeń kręgowy (jordańska lekarka zapewnia jednak, że można to wyleczyć w szpitalu w kraju). Mężczyzna krytykuje rządy państw arabskich za to, że - jego zdaniem - niedostatecznie pomagają uchodźcom. Ale dodaje, że także Ameryka i Europa powinny robić więcej, bo mogą sobie na to pozwolić.

- Wrócę, jak tylko będzie bezpiecznie. To nasz dom, modlimy się do Boga, aby wrócić do Dary. Nie mamy wpływu na sytuację, ale gdy będzie bezpiecznie, to wrócimy - zapewnia Hammad Hussein. Ale gdyby mieli mieli możliwość - dodaje - wyjechaliby do Europy czy Ameryki.

Podobnie mówi Yemen Al-Sabee z Daraa, którego spotykam w przychodni w Zarqa. Zapewnia, że jeśli w Syrii nastanie pokój, to wróci tam, nawet na tereny kontrolowane przez rząd Baszara Al-Asada. - Warunkiem jest to, żeby było bezpiecznie - mówi. Czy chciałby może wyjechać do Europy? - Nie. Tylko do Syrii - podkreśla. Nie wie, kiedy może się to udać.

Mira Awad jest jedną z niewielu, którzy otwarcie przyznają, że nie wróci do Syrii, dopóki rządzi tam Baszar Al-Asad, choć mówi, że nie identyfikowała się z rewolucją. - Jeśli Baszar przegra, wrócimy. Jeśli zostanie u władzy, to nie - mówi. - Wielu ludzi nie wspierało żadnej ze strony, a i tak stracili wszyscy, co mieli, lub zginęli - dodaje. Represji ze strony reżimu obawia się też inny Syryjczyk, Baszir. Nie ma pracy, od miesięcy zalega z czynszem, jego dzieci są niewidome i wymagają leczenia. Nie sądzi, że w kraju nastanie pokój. - Ta wojna się nie skończy - mówi.

Polska Misja Medyczna prowadzi obecnie w Jordanii dwa duże projekty. Ich działania można wspomóc wysyłając przelew na konto  62 1240 2294 1111 0000 3718 5444 z dopiskiem: Jordania lub przez stronę pmm.org.pl.

Projekt „Wsparcie podstawowej opieki medycznej, opieki nad matką, noworodkiem i dzieckiem oraz poprawa warunków higienicznych dla społeczności lokalnej, osób przesiedlonych i uchodźców syryjskich w guberni Zarqa w Jordanii” jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.
Projekt "Wsparcie uchodźców syryjskich w obozie Zaatari oraz Jordańczyków w prowincji Al-Mafrak i Irbid w zakresie pomocy społecznej i schronienia” jest współfinansowany w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Obóz Zaatari w JordaniiObóz Zaatari w Jordanii Fot. Patryk Strzałkowski / Gazeta.pl

Zobacz także

Najnowsze informacje