"Służyłem w izraelskiej armii. Wchodziliśmy do domów niewinnych ludzi. Dzieci robiły w majtki"

Patryk Strzałkowski
28.12.2017 21:08
Izraelscy żołnierze w centrum Hebronu

Izraelscy żołnierze w centrum Hebronu (Fot. Patryk Strzałkowski)

- Wysadzamy drzwi w powietrze, wchodzimy, wyciągamy faceta z łóżka. Nagle człowiek z wywiadu mówi: hej, to nie ten dom - wspomina jedną z misji Achiya Schatz. Były izraelski żołnierz należy do organizacji, która chce pokazać niewygodną prawdę o okupacji Zachodniego Brzegu.

Za przerwanie milczenia nazywa się ich "zdrajcami", "wrogami Izraela", "auto-antysemitami", "samonienawidzącymi się Żydami". Tylko niektórzy robią to pod nazwiskiem. Ale anonimowe świadectwa zebrali już od ponad 1000 żołnierzy. Opowiadają o tym, co widzieli i robili, gdy służyli w izraelskiej armii na Okupowanych Terytoriach Palestyńskich.

- Aresztowaliśmy niewinnych ludzi, wchodziliśmy do ich domów. To ja byłem prześladowcą - mówi Achiya Schatz, rzecznik Breaking the Silence (BtS). Celem organizacji jest informowanie o realiach okupacji przez relacje żołnierzy. "Chcemy debaty publicznej o tym, jaką moralną cenę płacimy za wysłanie żołnierzy do prowadzenia okupacji i kontrolowania życia cywilnej populacji" - deklaruje BtS.

Dla 32-latka zmiana punktu widzenia przyszła dopiero po zakończeniu służby.

- Dorastałem w religijnej, syjonistycznej społeczności. Nie różniłem się od wielu innych dzieci pod tym względem, że byłem podekscytowany perspektywą pójścia do wojska. Chciałem być tym, który broni swojego kraju - wspomina Schatz. Jak podkreśla, nie wiedział nawet, że palestyński Zachodni Brzeg jest okupowany - dla niego była to po prostu część Izraela.

- Gdy przyszedł czas poboru, udało mi się dostać do elitarnej jednostki Duvdevan. Zajmowaliśmy się zbieraniem informacji, chronieniem (nielegalnych - red.) żydowskich osiedli, ale głównie - operacjami w miastach, od aresztowań po eliminację ważnych celów - opowiada o swojej służbie w latach 2005-2008.

- Po wyjściu z wojska zacząłem sobie zadawać pytanie: co właściwie się dzieje na Okupowanych Terytoriach? Zobaczyłem przepaść między tym, co sobie wyobrażałem - obrona ojczyzny, aresztowanie terrorystów - a tym, co robiłem w rzeczywistości - mówi były żołnierz.

Świadectwo nr 53, 2008*: "Teraz mogę to powiedzieć - tam życie jest bardzo tanie. Jeśli on (Palestyńczyk - red.) ma broń, musi umrzeć”.

Czytaj też I reportaż z Zachodniego Brzegu: W "największym więzieniu świata" mieszka pięć milionów ludzi. Oto jak się ich kontroluje

''Sterylny'' Hebron

O realiach okupacji Schatz opowiada grupie dziennikarzy - w tym mi - w okolicy starego miasta w centrum Hebronu. To tu - podkreśla - najwyraźniej widać skutki okupacji.

Miasto na południu Zachodniego Brzegu ma duże znaczenie historyczne oraz religijne i dla Żydów, i dla muzułmanów. Ale najnowsza historia Hebronu to historia wzajemnej przemocy, odwetów i wysiedleń: od masakry w 1929 roku, kiedy w zamieszkach zabito prawie 70 Żydów, po zamach w Grocie Patriarchów z 1994 roku, gdy żydowski ekstremista zastrzelił 29 modlących się muzułmanów i ranił 125 kolejnych.

W latach 70. - gdy po wojnie z 1967 roku Izrael zaczął okupację Zachodniego Brzegu - do miasta przedostali się żydowscy osadnicy. Było to oddolne działanie, ale ostatecznie otrzymało wsparcie władz kraju. W latach 90. Hebron podzielono na palestyńską i żydowska strefę.

Dziś historyczna część Hebronu nazywana jest miastem duchów. Puste ulice, zamknięte sklepy. Powodem jest ochrona mieszkających tam w nielegalnych osiedlach Żydów. 800 osadników chroni 600 żołnierzy. Dookoła - 200-tysięczne palestyńskie miasto. Aby “zapewnić bezpieczeństwo”, część miasta jest zupełnie zamknięta dla Palestyńczyków. Ulice są rozdzielone płotem i checkpointami. Do demonstracji, starć z policją i przypadków przemocy dochodzi nadal. Giną zarówno Palestyńczycy, jak i Żydzi. 

 

- Te ulice mają być "sterylne" od Palestyńczyków. Na niektórych Arabowie nie mogą jeździć samochodami, na innych nie mogą w ogóle przebywać. Pilnowanie tego, to zadanie armii - mówi były żołnierz. - Przez to zamykane są sklepy. Pada gospodarka, rośnie bezrobocie - opisuje.

Świadectwo nr. 50, 2008 - Wchodziliśmy do domów, przewróciliśmy go do góry nogami. Rozumiesz, staramy się zachowywać delikatnie, ale czasem nie da się inaczej

"Ktoś przychodzi mnie zabić - ja zabijam go pierwszy. To judaizm"

Na głównej ulicy "miasta duchów" w centrum Hebronu spotykamy Barucha Marzela. To ortodoksyjny Żyd, który z żoną i dziewiątką dzieci przeprowadził się z Bostonu do osiedla w Hebronie. Działał m.in. w skrajnie prawicowej izraelskiej partii politycznej, a także ortodoksyjnej organizacji Kach - zanim ta została uznana przez USA, Izrael i UE za organizację terrorystyczną.

- Europejczycy nie mają prawa przyjeżdżać tu i mówić nam, co mamy robić - mówi na początku rozmowy z naszą grupą dziennikarzy.

- A co z Palestyńczykami, którzy są tutaj? - pytamy.

- Każdy Arab, który nie chce mnie zabić, może tu mieszkać. Ale w palestyńskich wyborach wygrał Hamas. Hamas chce zabić i mnie, i was - mówi Marzel.

Tłumaczy, że Hebron ma wielkie znaczenie religijne dla Żydów. 

- Jeśli nie mamy prawa żyć tu, gdzie zaczęła się żydowska historia, na ziemi obiecanej nam w Biblii... Żyjemy na naszej ziemi. Jeśli nie mamy prawa żyć w Hebronie, to nie mamy prawa żyć w Jerozolimie. Nie mamy prawa żyć w Tel Awiwie - mówi coraz bardziej rozemocjonowany.

- Nie popieram zabijania - stwierdza, zapytany o masakrę Palestyńczyków z rąk izraelskiego ekstremisty. - Ale nie jesteśmy religią, która nadstawia drugi policzek. Ktoś przychodzi mnie zabić - ja zabijam go pierwszy. To judaizm - dodaje. Jak twierdzi, on sam nie boi się o swoje życie i jest za tym, żeby całe miasto było otwarte dla wszystkich: Żydów, muzułmanów, chrześcijan.  

- Żydzi żyli w Hebronie przed 1929 rokiem. Nie ma co do tego wątpliwości. Ale czy to usprawiedliwia to, co robimy w tym mieście dziś? Jaka jest cena, którą za to płacimy? - komentuje później były żołnierz.

Świadectwo nr 9, 2008 - W większości przypadków nie doświadczamy przemocy ze strony Palestyńczyków. Oni nie mogą nic zrobić żołnierzom. To osadnicy są agresywni

"Przełamujemy milczenie"?! Przełamujecie gówno! 

- Organizujemy dla chętnych wyjazdy informacyjne do Hebronu. Jednak policja - którą o tym informujemy - mówi nam, że nie jest w stanie zabezpieczyć nas przed przemocą ze strony osadników - mówi Schatz.

Chwilę później podchodzi do nas jeden z nich. Nie jest skory do rozmowy, po angielsku wypowiada pojedyncze słowa, na pytania odpowiada po hebrajsku. Podąża za nami, nagrywa nas, dzwoni po znajomych - sprawia wrażenie, jakby chciał nas zastraszyć. 

- "Przełamujemy milczenie"?! Przełamujecie gówno! - kpi z nazwy organizacji byłego żołnierza. - Przywozicie tu Arabusów! Kto by się wami przejmował. To tylko kilku gnojów i Arabusy. Ilu Żydów zostało tu zamordowanych przez takich tchórzy jak ty?! - krzyczy. Rosły mężczyzna kilkanaście minut podąża za naszą grupą. 

- Wierzę, że Izrael ma prawo bronić się i posiadać armię. Ma obowiązek bronić swoich obywateli. Nie jestem pacyfistą - mówi później członek BtS.

 - Ale jest ogromna różnica między obroną granic a tym, co robimy w Hebronie i reszcie Okupowanych Terytoriów. To nie działanie dla bezpieczeństwa Izraela. Co najwyżej - dla bezpieczeństwa osadników. A za ich ochronę musimy płacić ogromną, moralną cenę. Musimy niszczyć codzienne życie ludzi, by 800 osób mogło mieszkać tam, gdzie im się wydaje, że mają prawo mieszkać. Musimy tworzyć okrutne prawa, segregację, osobne ulice - podsumowuje.

Świadectwo nr. 26, 2010 - Gdy  żydowskie dzieci rzucają w ciebie kamieniami, to pobiegniesz za nimi, ale to i tak nie ma znaczenia. Nikt nic z tym nie zrobi. Ale jeśli złapiesz arabskie dziecko, które rzuca kamieniami, możesz je zabrać, skuć, zawiązać oczy i aresztować

"Dopiero po służbie zdałem sobie sprawę, że to Palestyńczycy to ludzie"

Członek BtS opowiada nie tylko o Hebronie, ale też o swoich doświadczeniach w wojsku.

- O czym właściwie "przerywam milczenie"? Nie chodzi o ogólne konsekwencje okupacji. Chodzi o to, co ja sam robiłem - mówi Schatz. - W pierwszej rozmowie z BtS powiedziałem: podczas służby nie spotkałem żadnych Palestyńczyków. Było tylko "zapewnianie bezpieczeństwa" i "potencjalne zagrożenia". Dopiero później zdałem sobie sprawę, że to wszystko działo się wśród palestyńskiej ludności, a ci, do których domów wchodziłem, to zwykli ludzie. Wcześniej każdy - dziecko, starsza kobieta, mężczyzna - był "potencjalnym zagrożeniami" - wyjaśnia.

- Dziś nie mogę uwierzyć w to, co robiliśmy - mówi i przypomina jedną z metod działania: "Stop! Bum!".

- Otaczamy dom, ktoś z niego wybiega. Wtedy korzystamy z tej metody. Widzimy biegnącego. Jeden żołnierz krzyczy: "Stop!". Drugi strzela tak szybko, jak tylko może. Bum! Nie ma żadnej przerwy. Biegnący nie ma szans zatrzymać się na czas. Żartowaliśmy sobie, jakie to głupie. Mówiliśmy sobie w jednostce: no wiecie, krzyczymy "stop" z powodu sądów. Ale tak naprawdę chodzi o to, żeby strzelić - opowiada był żołnierz. 

 - Ta sytuacja cię psuje. Nie ma znaczenia, kto jest żołnierzem, to ty mógłbyś stać na checkpoincie. Okupacja to okupacja, żołnierz zachowuje się tak samo. Problemem nie są pojedynczy żołnierze, tylko cały system - mówi były wojskowy.  

Świadectwo nr. 18, 2008 - Przed aresztowaniem, robiliśmy ‘fałszywe zatrzymania'. Wybiera się dom do ćwiczenia. To jak próba generalna przed właściwym przedstawieniem. Wchodzisz do domu, wyciągasz ludzi, zawiązujesz oczy, sprawdzasz dokumenty. I tyle. Nigdzie się ich nie zabiera

"Chodźmy sobie potrenować na Palestyńczykach"

- Spójrzmy na okupację z perspektywy armii. Musisz kontrolować miliony ludzi, którzy nie są twoimi obywatelami. Jeden ze sposobów to "pokazywanie swojej obecność". Chodzi o to, żeby Palestyńczycy w każdym momencie wiedzieli, że tam jesteśmy, że możemy dotrzeć gdziekolwiek. Wtedy łatwiej jest ich kontrolować - mówi Schatz.

- Jedną z podstawowych metod "pokazywania obecności" na Zachodnim Brzegu jest "mapowanie". To bardzo rutynowa operacja, brałem w nich udział w ramach szkolenia. Mówiliśmy: chodźmy sobie potrenować na Palestyńczykach - relacjonuje. 

Jak wygląda rutynowa operacja mapowania?

- Ubieramy się w pełen ekwipunek, zakrywamy twarze, bierzemy karabiny. W palestyńskiej wsi wybieramy dom, o którym wiemy, że mieszkają tam cywile. To trening, na spotkanie terrorystów nie jesteśmy jeszcze gotowi.

Jest środek nocy, otaczamy dom, walimy do drzwi. Każemy obudzić wszystkich, otworzyć drzwi i okna, włączyć światła. Muszę być agresywny. Każdy to "potencjalne zagrożenie". Zbieramy ich w pokoju, mówimy: będziemy was przesłuchiwać. W międzyczasie robimy mapę z budynku. Po tym przesłuchujemy rodzinę.

Panuje chaos: obudzone przez żołnierzy dzieci płaczą, sikają w majtki, ty musisz je uciszyć, krzyczysz na matkę, żeby krzyknęła na dzieci, żeby się zamknęły. Pytamy: czy coś wiesz, czy czegoś nam nie mówisz. Robimy każdemu zdjęcie. Po tym wychodzimy, wracamy do bazy, misja skończona - opisuje Schatz.

- Wczoraj, dzisiaj i jutro jacyś żołnierze robili i będą robić mapowanie. Chodzi o to, żeby ludzie się bali - podsumowuje były wojskowy.

Świadectwo nr. 57, 2010 - Generalnie mówiąc nie obowiązują tam żadne prawa.(...) Żydzi, Arabowie, osadnicy, żołnierze. Każdy nienawidzi każdego. Ta sytuacja jest absurdalna, życie tak blisko siebie w takim napięciu

"Wysadziliśmy nie ten dom. Według dowódcy, misja i tak się udała"

Aktywista nie przypomina sobie jednego momentu, w którym zmienił swój stosunek do okupacji i armii. - Wydaje mi się, że potrzeba czasu - mówi. - Im więcej misji wykonujesz, tym bardziej bezużyteczne zaczyna się to wydawać - dodaje.

Jak wyglądały takie misje?

- Jedna z operacji. Mamy zatrzymać terrorystę. Wpuszczamy psa do mieszkania. Pies rzuca się na staruszkę, powala ją, gryzie jej rękę. Szaleństwo - opowiada.

 

- Inna misja - po niej zacząłem współczuć Palestyńczykom. Wysłano nas na specjalną operację do Nablus (miasto pod całkowitą kontrolą władz palestyńskich - red.). Dowódca powiedział: to nie jest jakiś ważny cel. Ale chcę, żebyśmy wypróbowali sobie jedną metodę operacyjną - mówi były żołnierz jednostki specjalnej. Opowiada:

Wchodzimy do domu przy pomocy materiałów wybuchowych. Jeden z chłopaków zakłada ładunek na drzwiach.

- Dołóż trochę więcej dla pewności - mówi drugi. Trzy, dwa, jeden... wielkie bum!

Wchodzimy. Mieszkanie wygląda, jakby ktoś podniósł je całe w powietrze i upuścił. Wszędzie kurz. Okna wybite. Drzwi wyłamane. Mężczyznę znajdujemy w łóżku z żoną. Robimy "zmiękczanie", żeby wiedział, z czym ma do czynienia: uderzamy go, wyciągamy z łóżka pod ścianę. Wtedy wchodzi facet z Szin Bet (agencji kontrwywiadu i bezpieczeństwa wewnętrznego - red.) i mówi:

- Ej, przestańcie. To nie ten facet. To nawet nie ten budynek. Nie macie czasu. Wychodzicie, idziecie w prawo, potem znowu w prawo, kontynuujecie operację.

Ostatecznie nie aresztowaliśmy nikogo. W drodze powrotnej przychodzi mi do głowy coś, o czym wcześniej w zasadzie nie myślałem. Zastanawiam się: właśnie wysadziliśmy dom tego niewinnego faceta. Czy dostanie za to odszkodowanie? Co dalej z nim będzie? Pytam dowódcy, jaka jest procedura.

- Nie myśl o tym. To nie twój obowiązek się nad tym zastanawiać - mówi.

I ma rację. Aby żołnierz mógł prowadzić okupację, nie może się przejmować takimi sprawami. Na podsumowaniu misji dowódca mówi: mieliśmy świetną operację. Udało nam się wypróbować procedurę wysadzania drzwi i szybkiego zatrzymania celu. Co prawda był to nie ten facet, ale to inna sprawa. Sama metoda zadziałała doskonale - wspomina członek BtS.

"Członkowie rządu nazywają nas wrogami wewnętrznymi" 

Jakie są konsekwencje "przerywania milczenia" dla członków BtS i całej organizacji?

Schatz mówi, że nie wchodzi ona w spory z armią. Częstą reakcją na doniesienia i relacje BtS są prośby armii o ujawnienie szczegółów, by przeprowadzić dochodzenie. Jednak organizacja nie zawsze chce podawać dane żołnierzy.

- Mówimy jasno, że jesteśmy przeciwko okupacji, nie przeciwko wojsku czy żołnierzom - podkreśla. Ponadto większość świadectw dotyczy nie skrajnych przypadków - jak np. strzelenie do nieuzbrojonej osoby - lecz "banalnej" przemocy i rzeczywistości okupacji.
- Mamy więcej do czynienia nie z armią, ale z polityką. I kiedy mówię "mamy do czynienia", mam namyśli, że jesteśmy atakowani - opowiada.

- W ostatnich dwóch latach te ataki się nasiliły. Zarzucają nam terroryzm lub jego wspieranie, dążenie do unicestwienia Izraela, nazywają nas wrogami wewnętrznymi. Robią to ministrowie, premier - wymienia były żołnierz. Grupa jest atakowana za "szkalowanie" sił zbrojnych i wizerunku Izraela, a także za otrzymywanie zagranicznych funduszy. Niektórzy politycy chcą ograniczenia możliwości finansowania BtS. Premier Izraela odmówił spotkania z niemieckim ministrem po tym, jak ten odbył rozmowę z BtS.

Jednak ataki mają nie tylko formę słowną. Aktywistom BtS zdarza się zostać zaatakowanym fizycznie przez osadników w Hebronie czy przeciwników grupy w samym Izraelu - przyznaje Achiya. - Ale pamiętajmy, że to nie my jesteśmy prawdziwymi ofiarami. Mieszkamy w Izraelu, mamy swoje prawa, wolność słowa - jak na razie - podkreśla. 

- To ja byłem prześladowcą. Mam dzięki temu perspektywę do tego, jak to na nas wpływa, ale prawdziwymi ofiarami są Palestyńczycy - mówi były żołnierz.

*Fragmenty świadectw byłych żołnierzy Izraelskich Sił Zbrojnych służących w Hebronie w latach 2008 - 2010, zebrane przez Breaking The Silence.

Zobacz także

Najnowsze informacje