Prezes - panikarz, Marcinkiewicz - niedoszły zbawca PiS... Jacy naprawdę są? ['Koniec PiS-u']

W wywiadzie-rzece ?Koniec PiS-u? b. spin doktor tej partii Michał Kamiński rozlicza się z politykami, z którymi współpracował, głównie z prezesem. Wychwala Lecha Kaczyńskiego i ciągle przeciwstawia go Jarosławowi. Przyznaje jednak, że oboma braćmi łatwo manipulować i to zniszczyło ich sukces z 2005 roku. Kamiński wskazuje też moment, po którym PiS było nie do uratowania: to usunięcie z rządu Kazimierza Marcinkiewicza. Gdyby Marcinkiewicz został, Lech byłby prezydentem wszech czasów.

Jarosław Kaczyński - człowiek bez życia prywatnego

Michał Kamiński wielokrotnie powtarza w książce, że Jarosława Kaczyńskiego wciąż ceni, mimo jego wad i ich konfliktu, i że - w przeciwieństwie do innych gwiazd PiS-u - Kaczyński ma cechy męża stanu. Ale często wytyka swojemu b. szefowi wady. Dlaczego Kaczyński zniszczył, a właściwie wciąż systematycznie niszczy swoje największe dzieło - PiS? Bo polityka to dla niego wszystko, poza nią nie ma życia. W związku z tym obsesyjnie pilnuje, by utrzymać kontrolę nad PiS-em. Sam nigdy nie odejdzie?

"Nigdy, bo on nie ma życia prywatnego. PiS będzie się powoli zwijał, zostanie z niewielkim, choć być może stabilnym poparciem. A Jarosław Będzie trwał. W tego typu partii, jaką jest PiS, lider trwa niezależnie od kolejnych przegranych. (...) Chyba najważniejsza obserwacja z czasów bycia przy Jarosławie Kaczyńskim to taka, że jeżeli w grę wchodzi jego lęk o przywództwo w partii, to traci on zdolność do racjonalnego myślenia, wpada panikę i nie jest w stanie racjonalnie reagować" - mówi Kamiński (s. 80).

Podaje najnowszy przykład: Ziobrę można było spokojnie zatrzymać w PiS-ie robiąc go szefem kampanii - wtedy nie mógłby jej recenzować. Kaczyński nie chciał tego, bo przestraszył się, że Ziobro zrobi zbyt dobry wynik dla partii - na tę myśl naprowadzili go, wg Kamińskiego, Ryszard Czarnecki i Tomasz Poręba. Kamiński wskazuje przy okazji na kolejny problem prezesa: gdy ktoś szepcze mu do ucha plotki nt. rzeczywistej bądź domniemanej konkurencji, Kaczyńskiego ulega panice i pozwala sobą manipulować.

Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński Fot. Sławomir Kaminski / AG

Jarosław daje się wodzić za nos, Lecha źle informowali

Imponowali intelektem i mieli silne osobowości, ale dawali sobie wmówić wszystko - tak Kamiński określa główną wadę braci Kaczyńskich, przez którą obaj wiele stracili, a Jarosław - traci nadal. Zdanie o ludziach, z którymi się stykali, często wyrabiali sobie przez osoby trzecie. A przy okazji nie znosili krytyki siebie lub brata - to, wg Kamińskiego, osłabiało ich samych i partię.

Były spin doktor, który na Lecha Kaczyńskiego przez cały czas patrzy przez różowe okulary, zdejmuje z niego winę za uleganie wpływom otoczenia. Prezes PiS jest natomiast - wg niego - sam sobie winien: o ile zmarłego prezydenta źli ludzie wprowadzali w błąd, to prezes PiS dawał się wodzić za nos różnym intrygantom.

"Lech był sentymentalny i lojalny wobec ludzi. Był im w stanie wiele wybaczyć, jeśli wiedział, że oni są wobec niego lojalni. Sam przed sobą nie przyznawał się do tego, że jeśli chodzi o Kancelarię, to poniósł porażkę. Wręcz przeciwnie: w prywatnych rozmowach podkreślał, że świetnie dobiera sobie ludzi". (s. 128)

Kamiński i Kaczyński podczas wojewódzkiej konwencji Prawa i Sprawiedliwości w maju 2009 roku Kamiński i Kaczyński podczas wojewódzkiej konwencji Prawa i Sprawiedliwości w maju 2009 roku Fot. Krzysztof Koch / AG

Prezes-panikarz. "Myślimy, że to jaja, ale raptem..."

Wg Kamińskiego panika przed konkurencją odbiera Jarosławowi Kaczyńskiemu zdolność trzeźwego oceniania sytuacji i dostrzegania tego, że za chwilę zaszkodzi PiS-owi - tak było w przypadku odsunięcia Marcinkiewicza, Dorna, Sikorskiego czy Ziobry. Przez to - w ocenie spin doktora - prezes PiS sprawił, że otaczają go głównie miernoty, które nie są dla niego partnerami do wymiany myśli.

Niektórzy z PiS-u dobrze wiedzieli, jak wykorzystać strach prezesa przez konkurencją: "Ten element zawsze istniał, przede wszystkim panikę budzili w nim rywale. Zarówno realni, jak i zupełnie wydumani. Jaka jest skala tej paniki, dobrze pokazuje historia z 2010 roku, kiedy Zbigniew Girzyński był w niełasce i obawiał się, że prezes w następnych wyborach może go wyciąć z list do Sejmu, więc sprytnie sobie wymyślił, że zgłosi się jako kandydat na prezesa. (...) W pierwszej chwili myślimy, że to są jaja, ale raptem widzimy, że Kaczyński jest autentycznie przestraszony. Oczywiście, on nie bał się tego, że Girzyński z nim wygra na zjeździe. On bał się, że Girzyński zdobędzie 20 proc. i pojawi się wrażenie, że on ma opozycję wewnątrz partii". (s. 18)

Kaczyński stracił władzę właśnie przez swoją zapobiegliwość w zwalczaniu konkurencji: moment, gdy wyciął Marcinkiewicza, był początkiem końca PiS. Mógł to rozegrać inaczej, lecz w krytycznym momencie - podobnie jak w przypadku Ziobry czy Sikorskiego - myślał tylko o pozbyciu się rywala.

Człowiek właściwie bez poglądów? Prezes zmienny jest

Patriotyzm - to jedyny pogląd, którego Kamiński nie odmawia swojemu byłemu szefowi. Reszta jest zmienna i dostosowywana do nadrzędnego celu prezesa, jakim jest utrzymanie władzy w PiS. "Tylko proszę nie ulegać złudzeniu, że konserwatyzm i prawicowość w Polsce wymyślił Kaczyński. Moim daniem ortodoksyjność prawicowa Kaczyńskiego jest bardziej sytuacyjna niż ideowa, przy czym nie odmawiam mu religijności czy patriotyzmu. Dziś jednak jest on głównym wrogiem prawicowej sprawy. Stawiając na najbardziej ekstremistyczny nurt polskiego katolicyzmu, wyprowadza politykę chrześcijańską z mainstreamu". (s. 83)

Podobnie jest z ludźmi - prezes akceptuje ich, jeśli są mu potrzebni i przychylni. Gdy przystają pasować do jego wizji, stają się jego totalnymi wrogami, jak Sikorski, Ziobro czy inni byli politycy PiS. I odwrotnie - Kaczyński potrafi łatwo wybaczyć grzechy przeszłości tym, którzy z nim współpracują, choć podobnych grzechów nie wybaczyłby osobom spoza swojej partii. Przykład: minister skarbu w rządzie PiS Wojciech Jasiński, b. sekretarz KW PZPR, którego prezes narzucił Marcinkiewiczowi. "Od innych sekretarzy PZPR różni go jedynie to, że jest kolegą ze studiów Jarosława Kaczyńskiego i sam ten fakt w oczach Jarosława dekomunizuje towarzysza Jasińskiego w stu procentach". (s. 46)

Kamiński zauważa też, że od czasu porażki z Marcinkiewiczem i spadku popularności PiS prezes coraz bardziej zamyka się na innych. Jako najlepszy okres jego współpracy z politycznym otoczeniem ocenia czas tuż po wybuchu afery Rywina: "(...) zyskał komfort psychiczny, wiedział, że to, co mówi, trafia do ludzi. Mówi to, w co wierzy i nagle mnóstwo ludzi zaczęło się z nim zgadzać. (...) Dzięki temu nie bał się konkurencji, co dziś jest jego obsesją. Wtedy był zdolny do wyciągania ręki do bardzo wielu ludzi". (s. 35)

Lech - z poglądami, ludzki. Lepsza strona Jarosława

Książka "Koniec PiS-u" powstała jako odpowiedź dla prezesa i tych, którzy uważają go za jedynego godnego dziedzica spuścizny Lecha. Zgodnie z tym podejściem, inni, w tym dawni współpracownicy prezydenta, mogą co najwyżej podpiąć się pod działania jego brata, jeśli ten im na to pozwoli. Kamiński jest tu, oczywiście, jednym z "poszkodowanych", którzy prowadzą z prezesem i jego otoczeniem walkę o "prawa" do spuścizny po zmarłym prezydencie. W jego interesie jest więc czczenie Lecha Kaczyńskiego, co też robi w wywiadzie.

Czytamy zatem, że Lech tracił przede wszystkim przez brata - gdyby nie Jarosław, Lech mógłby zostać najwybitniejszym prezydentem. Choć obaj ulegali emocjom, dawali się prowokować i byli podejrzliwi, Lech miał - wg Kamińskiego - zalety, które rekompensowały współpracownikom jego wady. "Leszek był człowiekiem, który skracał dystans, Jarosław - odwrotnie". Kamiński zresztą często nazywa zmarłego prezydenta "Leszek", a o jego brata - zawsze "Jarosław". Jako prezydent Lech Kaczyński tęsknił za prywatnością, spotkaniami z ludźmi, których lubił, wyjściami do restauracji (stąd częste wyjazdy na Pomorze). Bardzo przeżywał też zepsucie dobrych relacji z dawnymi kolegami - w przeciwieństwie do Jarosława, który ludzi po prostu używa do swoich celów. Przykład? Wyciągnięcie w 2005 roku przez Jacka Kurskiego sprawy dziadka z Wehrmachtu wzburzyło Lecha Kaczyńskiego:

"(...) był autentycznie wstrząśnięty tym, co powiedział Kurski. (...) Później mi powiedział, że dlatego przeżył tę sprawę tak głęboko, bo wcześniej, kiedy relacje między nimi były bliższe, Tusk mu się zwierzał z tych skomplikowanych losów swojej rodziny. A Lech Kaczyński był bardzo wrażliwy na punkcie przyjaźni i lojalności. Lech się obawiał, że Tusk pomyśli, że on wiedział o zagrywce Kurskiego". (s. 99)

Wg Kamińskiego Lech Kaczyński nie żywił też - oczywiście, w przeciwieństwie do Jarosława - programowej niechęci do tych, którzy krytykowali PiS. Dobrze wypowiadał się m.in. o "Gazecie Wyborczej", zwłaszcza o Helenie Łuczywo, jeszcze jako prezydent Warszawy miał być łącznikiem między środowiskiem "Gazety" a PiS-em. Nie udało się, z winy "Gazety", rzecz jasna - twierdzi Kamiński.

Prezydent szlachetny. "Chcieli wyrzucić ewangeliczkę - Lech był wściekły"

Michał Kamiński bardzo często podkreśla jak duża zażyłość łączyła go ze zmarłym prezydentem. Opowiada o sympatiach i antypatiach Lecha Kaczyńskiego, m.in. o jego alergii na członków Opus Dei (s. 123) i na ojca Rydzyka. To również okazja do przeciwstawienia do bratu. Wspomina, jak Lech Kaczyński zareagował na atak Rydzyka na pierwszą damę: "Lech był bardzo wzburzony tym atakiem. Nie byłem jeszcze ministrem, ale bywałem w Kancelarii i pamiętam, jak to Lecha bardzo ubodło. Wtedy też Lech powiedział do mnie i Bielana, że Rydzyk przyjdzie do tego Pałacu po jego trupie. I pamiętam też, jak zadzwonił do mnie wzburzony Adam, że Jarosław - gdy trumny pary prezydenckiej stały już w Pałacu - kazał wpuścić ojca Rydzyka". (s. 130)

Kamiński wspomina też o innych zaletach prezydenta, m.in. jak potrafił bronić swoich pracowników, np. kierowniczki ośrodka prezydenckiego w Wiśle, która była ewangeliczką: "I jacyś działacze PiS-owscy przyszli do Leszka i chcieli, żeby ją wyrzucić, bo jest innowiercą. To Leszka doprowadziło do wściekłości, bo takie argumenty w ogóle do niego nie docierały, wręcz działały przeciwnie". (s. 136)

Drobne wady prezydenta, np. niechęć do wczesnego wstawania, wykorzystywanie prezydenckiej rezydencji w Juracie do robienia bratu zdjęć w kampanii itd. są w tej książce prawie niewidoczne. Kamiński mówi o sobie, jak o autorze sukcesu prezydenta. Przyznaje, że  przyjął posadę u niego, bo "trzeba coś z siebie Polsce dać", ale fakt ten - który jest "ogromnym zaszczytem" - można sobie też "wpisać do CV" (s. 106).

O niektórych korzyściach czy grach politycznych Kamiński w ogóle mówi w książce bez żenady. Polityka, którą przedstawia, to przede wszystkim ruchy PR-owe mające wywrzeć określone wrażenie na wyborcach i gry kuluarowe między partiami. Mało w tym większych celów czy planów. Kamiński jako coś naturalnego wspomina m.in. plotkę o tym, że PO chciała zmienić konstytucję, by stworzyć "ustrój kanclerski dla Tuska" (s. 56).

Kazimierz Marcinkiewicz z prezydentem Lechem Kaczyńskim (2006 r.) Kazimierz Marcinkiewicz z prezydentem Lechem Kaczyńskim (2006 r.) Fot. Wojciech Olkuśnik / AG

Marcinkiewicz - skazany na sukces. Powróci

Kazimierz Marcinkiewicz to jeden z tych konkurentów do przywództwa w PiS-ie, którzy prezesa naprawdę  przestraszyli - uważa Kamiński. Dlatego po pół roku funkcjonowania Kaczyński usunął go z rządu - przy aktywnym wsparciu m.in. Ziobry. Kamiński nie bez żalu zauważa, że do odsunięcia lubianego przez Polaków premiera przyczynił się też Lech Kaczyński, choć wyszło mu to na złe - gdyby nie to "mógłby zostać prezydentem wszech czasów".

"Uważam, że upadek PiS zaczął się wtedy, kiedy okazało się, iż współpraca między Marcinkiewiczem a Kaczyńskim jest niemożliwa. Z Marcinkiewiczem jako premierem PiS nie upadłby tak nisko. (...) Jarosław nie mógł znieść, że Kazik był bardzo popularnym premierem. (...) Prawie od samego początku. To była taka samospełniającą się przepowiednia Jarosława. On przypominał męża, który ciągle oskarża swoją żonę o zdradę, aż w końcu ona rzeczywiście go zdradza". (s. 49-48)

Kamiński wspomina też szczegółowo karykaturalne wręcz okoliczności odwołania Marcinkiewicza, które pokazują, jak bardzo sytuacja PiS zależała od emocji braci Kaczyńskich. W ogóle ciepło wypowiada się o Marcinkiewiczu (s. 188-189), wróży mu powrót do polityki. Nie wspomina słowem o kompromitacjach samego b. premiera czy jego żony-celebrytki, wręcz przeciwnie - chwali ją. Liczy na jakiś alians z popularnym byłym premierem? "Myśmy Kazika rzeczywiście bronili do ostatniego momentu" - przypomina mając na myśli siebie i Adama Bielana.

Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro w Sejmie. Zdjęcie z lipca 2008 roku Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro w Sejmie. Zdjęcie z lipca 2008 roku Fot. Sławomir Kamiński / AG

Ziobro - zero skrupułów. "Nawet Jarosław taki nie jest"

Kamiński dzieli członków i byłych członków PiS-u na tych, którzy mają poglądy i coś do powiedzenia, ale w większości już z partii wylecieli (jeden z wyjątków to Zbigniew Girzyński) oraz na tych, którzy zrobią wszystko dla załapania się na kolejną kadencję. Do tych drugich zalicza Zbigniewa Ziobrę, któremu przypadek - podsunięcie prezesowi jego kandydatury do komisji Rywina, zresztą przez spin doktorów - otworzył drogę do większej kariery i wpłynął na jego ambicje.

Od wyborów 2007 roku Ziobro - wg Kamińskiego - intrygami budował "własne imperium" w PiS-ie. Do tego już niedługo po nich, nie mając doświadczenia zagranicznego, zapragnął... zostać europosłem: "U Kurskiego i Ziobry bycie w europarlamencie to ogromny awans materialny. Wszystkie działania Ziobry po 2007 roku były podporządkowane dostaniu się do Parlamentu Europejskiego. Piramidalne intrygi i ataki na wszystkich, których kandydowanie mogłoby im zaszkodzić. W tym oczywiście na mnie i na Bielana. Europarlament stał się spełnieniem materialnych aspiracji Ziobry i Kurskiego, a potem oni sami wystraszyli się, że zostaną wycięci z następnych list".

Stąd spisek przeciw prezesowi, ataki po kampanii i - w efekcie - usunięcie z partii. Kamiński twierdzi, że Ziobro i tak wylądowałby na liście kandydatów do PE, dostałby się i że to właśnie strach przed stratą miejsca w Brukseli rzeczywiście go tego miejsca w następnej kadencji pozbawił.

Bo partia Ziobry poniesie klęskę - jej szef nie ma charyzmy: "On świecił światłem odbitym od Lecha i Jarosława. Ma bardzo wysokie mniemanie o sobie. Wydaje się, że wierzy, że kiedyś będzie królem Polski. Strasznie się boję ludzi, którzy w polityce są zdolni do wszystkiego. Mam wrażenie, ze on do nich należy, że nie ma takich rzeczy, których by nie zrobił, dla swoich celów politycznych. Nawet Jarosław taki nie jest. U Jarosława te granice gdzieś jednak są, a Ziobro ich nie ma". (s. 199)

Fotyga - wybitna, ale z jedną obsesją

Michał Kamiński przedstawia w książce inny obraz Anny Fotygi niż ten znany z mediów. Wg niego b. minister spraw zagranicznych to osoba wybitna, przewyższająca większość polityków PiS wiedzą i inteligencją, posiadająca też niespotykane w tej partii praktyczne doświadczenie w pracy w instytucjach międzynarodowych. "Nie miałem z nią bliskich stosunków, ale w jakiś sposób mi imponowała" - mówi wspominając rok 2005, czas tuż przed kampanią. Jak przyznaje, on i Adam Bielan proponowali nawet kandydaturę Fotygi na premiera, gdy okazało się, że prezes PiS nie obejmie tego stanowiska. Dopiero gdy Fotyga została szefową MSZ Kamiński dostrzegł jej "chorobliwą wręcz podejrzliwość" i zdolność dostrzegania spisków dosłownie wszędzie - nawet w gapiostwie polskich europosłów podczas głosowania w Strasburgu. Jak zaznacza: "Fotyga nie jest osobą niemądrą w sensie wykształcenia, erudycji, intelektu, natomiast jej wizja świata i spiskowe teorie stoją w jaskrawej sprzeczności z jej inteligencją". Do tego stopnia, że stała się obiektem żartów... Antoniego Macierewicza:

"Opowiem anegdotę. Już po moim odejściu z PiS Antoni Macierewicz z Piotrem Naimskim przyjechali do Strasburga. Pracownicy parlamentu, którzy obsługiwali ich wizytę, później mówili mi: 'Michał, oni się cały czas śmiali z Fotygi'. Macierewicz sypał anegdotami o Fotydze z ich wspólnego pobytu w Stanach". (s. 121)

Jednak wg Kamińskiego b. szefowa MZS nie zasłużyła na medialny wizerunek, jaki zyskała tuż po objęciu urzędu. B. spin doktor twierdzi, że oprócz jej zachowań w mediach przyczyniła się do niego wrogość ówczesnego wiceministra Pawła Kowala, który z szefową miał na pieńku, a w mediach - znajomości.

 

Michał Kamiński przedstawia w książce inny obraz Anny Fotygi niż ten znany z mediów. Wg spin doktora b. minister spraw zagranicznych to osoba wybitna, przewyższająca większość polityków PiS wiedzą i inteligencją, posiadająca też niespotykane w tej partii praktyczne doświadczenie w instytucjach międzynarodowych. ?Nie miałem z nią bliskich stosunków, ale w jakiś sposób mi imponowała? - mówi wspominając rok 2005, czas tuż przed kampanią. Jak przyznaje, on i Bielan zaproponowali nawet kandydaturę Fotygi na premiera, gdy okazało się, że z powodu trwającej kampanii prezydenckiej prezes PiS nie obejmie funkcji szefa rządu. Dopiero gdy Fotyga została szefowa MSZ Kamiński dostrzegł jej ?chorobliwą wręcz podejrzliwość? i zdolność dostrzegania spisków dosłownie wszędzie - nawet w gapiostwie polskich europosłów podczas głosowania w Strasburgu. "Co ciekawe, Fotyga nie jest osobą niemądrą w sensie wykształcenia, erudycji, intelektu, natomiast jej wizja świata i spiskowe teorie stoją w jaskrawej sprzeczności z jej inteligencją". Do tego stopnia, że stała się nawet obiektem żartów... Antoniego Macierewicza:

"Opowiem anegtotę. Już po moim odejściu z PiS Antoni Macereiwicz z Piotrem Naimskim przyjechali do Strasburga. Pracownicy parlamentu, którzy obsługiwali ich wizytę, później mówili mi: 'Michał, oni się cały czas śmiali z Fotygi'. Macierewicz sypał anegdotami o Fotydze z ich wspólnego pobytu w Stanach".

Jednak wg Kamińskiego b. szefowa MZS nie zasłużyła na medialny wizerunek, jaki zyskała tuż po objęciu urzędu. B. spindoktor twierdzi, że oprócz jej zachowań w mediach przyczyniła się do niego wrogość ówczesnego wiceministra Pawła Kowala, który z Fotyga miał na pieńku, a w mediach - znajomości.

Kownacki - chciał być "następnym premierem z PiS"

Michał Kamiński poświęca więcej miejsca w książce kilku postaciom z kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, m.in. jej szefowi w latach 2008 2009 Piotrowi Kownackiemu, z którym - jak przyznaje - toczył małą wojenkę. Twierdzi, że Kownacki się na niego uwziął i chciał doprowadzić do usunięcia go z Kancelarii, co mu się prawie udało. Jednocześnie oskarża go o dążenie do... przejęcia kontroli nad PiS-em. Wspomina o tym przy wątku balu prezydenckiego z okazji 11 listopada 2008.

"Chcieliśmy zaprosić tylu prezydentów, ilu się da. Poszło 96 zaproszeń. W tym czasie Kownacki podobno miał mówić, że będzie następnym prezydentem z PiS. Miał przerost ambicji, bardzo w siebie uwierzył. I jeden z jego doradców, chyba jeszcze z Orlenu, który kontynuował pracę dla Kownackiego już nieoficjalnie, podpowiedział mu, jak fajnie wymyśloną operacją medialną można wyjść z tego, że Lech Kaczyński ma zły wizerunek i żeby dobrze na tym wyszedł Kownacki. On wymyślił, że Kaczyński jest zły dlatego, że jest u niego zły minister od PR" - opowiada Kamiński (s. 125).

Jak mówi, Kownacki próbował doprowadzić do jego usunięcia z powodu niepoinformowania o balu jednego z dziennikarzy. Po awanturze u prezydenta dał spokój, a później relacje między nimi się uspokoiły.

Więcej o: