Od pustych półek w sklepach i braku paszportów, po zakupy w internecie i weekendowe city breaki zagranicą. 30 lat wolnej Polski oczami pokolenia '89

Pokolenie moich rodziców, a czasami także pokolenie moich dziadków, lubi zarzucać mnie i moim rówieśnikom, że 'Za naszych czasów...', 'Nie pamiętasz komuny...', 'Wy dzisiaj tego nie rozumiecie...'. Probując przełamać te stereotypy, opowiemy historię przejścia Polski od PRL do demokracji właśnie oczami pokolenia wolnej Polski. Bo może rozumiemy więcej, niż się wszystkim wydaje?
Kolejki do sklepów. Sezam Kolejki do sklepów. Sezam ROGINSKI

Kto ma kartki, ten ma władzę

Kiedy dziś mówimy "Kolejka jak za mięsem w PRL-u...", zazwyczaj chcemy wrzucić przechodzony żarcik z lekko historycznym tłem. Niegroźną humoreskę. Ale wystarczy tylko wychylić się z takim tekstem w towarzystwie przedstawicieli pokolenia naszych rodziców i ich znajomych, żeby zrozumieć, że oni patrzą na to zgoła inaczej.

Od razu pojawia się przypowieść o słynnych karteczkach na wszystko, a zaraz po niej pouczenie, że łatwo tak sobie żartować, kiedy na własne oczy się tego nie widziało. Do dziś pamiętam, ile rodzinnych imprez uświetniła taka międzypokoleniowa wymiana doświadczeń i ile razy mama opowiadała mi o handlowaniu kultowymi karteczkami.

Jako palaczka od wczesnych lat studenckich potrafiła oddać wszystko za przysłowiową paczkę fajek - cukier, mięso, środki czystości. Zresztą - jak mówiła mama - handlował każdy. Bo każdy miał na oku jakieś bony/kupony. Na mięso. Na alkohol. Na benzynę. Na słodycze. Do wyboru, do koloru. Ten kto miał karteczki, ten miał władzę.

Sklep Pewex, Warszawa, 1989 rok Sklep Pewex, Warszawa, 1989 rok Jacek Barcz / FORUM

Pewex, czyli ziemia obiecana

Z kultowymi karteczkami nierozerwalnie związana jest legenda o mitycznym Pewexie - kapitalistycznym El Dorado pośrodku centralnie sterowanego pustkowia. W dobie eBaya i Allegro, porównywarek cen i rozrastającego się z każdym kwartałem e-commerce'u, trudno pojąć, że w dziejach naszego kraju były takie czasy, w których nie można było czegoś kupić nawet, gdy miało się na to pieniądze. 

Ale tak było w PRL-u, gdy sklepowe półki świeciły pustkami, a niepocieszeni konsumenci zgrzytali zębami. Droga do szczęścia była banalnie prosta i niewiarygodnie trudna zarazem. Wystarczyło mieć obcą walutę albo bony towarowe PeKaO. To otwierało szczęśliwcom drzwi wspomnianego Pewexu - wielobranżowego sklepu funkcjonującego gdzieś na pograniczu peerelowskich absurdów i zachodnich luksusów. Ceny w Pewexie ustalano w oparciu o kurs dolara amerykańskiego, a obywatel lub obywatelka mogli w nim kupić czego tylko dusza zapragnie.

Z rodzinnych przekazów pamiętam, że nie było dżinsów nad dżinsy z Pewexu. Wranglery, Rifle, Montany - dla każdego coś się znalazło. Furorę robił też sprzęt RTV (kto nie marzył o magnetowidzie Sanyo, niech pierwszy rzuci kamieniem!). Wujkowie i dziadkowie bardziej niż dżinsami i sprzętem elektronicznym entuzjazmowali się szerokim asortymentem niedostępnych dla zwykłego śmiertelnika alkoholi, wśród których poczesne miejsce zajmował - a jakżeby inaczej - Johnnie Walker. Fani słodyczy rozpływali się natomiast nad kultową białą czekoladą Toblerone, w tamtych czasach w Polsce rzeczą absolutnie nie do zdobycia.

Jednak swoje podwoje Pewex otwierał wyłącznie dla tych, którzy dysponowali obcą walutą. Towarem w ówczesnych czasach więcej niż deficytowym. Na taką formę płatności mogli pozwolić sobie w zasadzie tylko dyplomaci, politycy, pracownicy kontraktowi oraz ci, którzy posiadali za granicą rodzinę. Inni mogli albo spasować, albo targować się z chodzącymi w skórze cinkciarzami, swojsko adaptującymi angielszczyznę do polskich realiów słowami: "Czincz many, gud prajs" (czyli: "Wymiana waluty, dobra cena").

Fiat 125p Fiat 125p Stiopa/Wikimedia Commons; CC BY-SA 4.0; https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0/deed.en

Luksus na czterech kołach

Ogromny popyt, znikoma podaż, niskie zarobki, rozrośnięta biurokracja, horrendalne ceny oficjalne i jeszcze wyższe ceny giełdowe, niewyobrażalnie długi czas oczekiwania (nawet do kilku lat). Wszystko to sprawiało, że zdobycie w PRL-u własnego samochodu nie należało do zadań prostych ani przyjemnych. Pasjonaci motoryzacji - opowiadali mi ojciec i wujek - radzili sobie, jak mogli. Skoro nie można było dostać samochodu, furorę robiły motocykle. Do dziś przy międzypokoleniowych męskich rozmowach przedstawiciele starszych generacji z sentymentem wspominają WSK-i, Simsony czy Junaki (choć jeździła nimi Milicja Obywatelska, dorobiły się godnego przydomku "Polski Harley Davidson").

Wracając do samochodów, to aż do przełomu lat 60. i 70. Polska niemal nie miała produkcji własnej. Gdy wreszcie ją uruchomiła (kultowe Fiaty 125p i 126p, a później także Polonezy), popyt i tak wielokrotnie przekraczał podaż. Utrudnień w zdobyciu upragnionego auta było tyle, że trudno wszystkie wymienić. Ułatwień można było ze świecą szukać i ograniczały się chyba tylko do pracowników kontraktowych w krajach dewizowych. Własny samochód uchodził za symbol luksusu, który przebić mogło jedynie własne mieszkanie.

W PRL-u równowartość nowego samochodu potrafiła osiągać 50 czy nawet 100 średnich miesięcznych pensji. Dzisiaj używane auto można dostać równowartość jednej albo dwóch średnich krajowych. Wystarczy przeglądarka internetowa albo aplikacja na telefonie/tablecie, a potem już tylko obejrzenie i sprawdzenie maszyny. Nie trzeba czekać kilka lat, gnić w niekończących się kolejkach ani składać wniosków w Radzie Narodowej. Przepaść.

Budowa bloku z 'wielkiej płyty' przy ul. Komandorskiej, 1972 r. (fot. Stanisław Kokurewicz). Budowa bloku z 'wielkiej płyty' przy ul. Komandorskiej, 1972 r. (fot. Stanisław Kokurewicz). Instytut Pamięć i Przyszłość

Wielka płyta, wielkie marzenia

Autor niniejszego tekstu zamieszkuje blok z tzw. wielkiej płyty, czyli budowlanej wizytówki PRL-u. Założenia tej technologii były proste: szybko, tanio, na masową skalę. Nie zliczę, ile razy pomstowałem, że mój budynek jest brzydki jak ciemna, listopadowa noc, że ma wady konstrukcyjne, że w lato za gorąco, a w zimę za zimno. 

Dziś mało komu przychodzi do głowy, że 30-40 lat temu za takie mieszkania w takich właśnie budynkach każdy dałby sobie odciąć rękę. Doskonale pamiętam, ileż żywych dyskusji na rodzinnych obiadach wywoływał temat polityki mieszkaniowej słusznie minionej epoki. Ale czy można się dziwić, skoro w 1980 roku na mieszkanie czekało się średnio sześć lat, a wielu ludzi mimo odkładania przez całe życie na znienawidzonych książeczkach mieszkaniowych własnego M nigdy się nie doczekało?

Samoloty pasażerskie i pojazdy obsługi na płycie lotniska. Na dalszym planie widać zabudowania portu lotniczego (m.in. wieżę kontrolną). Samoloty pasażerskie i pojazdy obsługi na płycie lotniska. Na dalszym planie widać zabudowania portu lotniczego (m.in. wieżę kontrolną). Fot. Zbyszko Siemaszko / NAC

Paszport. Przepustka do lepszego świata

Jako zapalony podróżnik, kiedy tylko mogę staram się wyjeżdżać za granicę. Zobaczyć tyle świata, ile tylko będę w stanie. Dopóki jeszcze jest na to czas i jeśli pozwala na to stan konta. Duża część moich znajomych ma za sobą Erasmusa albo epizod pracy w innym kraju (sezonowej lub stałej), a służbowe wyjazdy za granicę dla mojego pokolenia są czymś tak naturalnym jak to, że po dniu przychodzi noc. To wszystko szybko, płynnie bez zbędnych formalności i straty czasu (Schengen, głupcze!).

Dla pokolenia moich (naszych) rodziców tak nie było. Do dziś pamiętam, ile razy podczas wspólnych wakacji - co ciekawe, tych spędzanych w Polsce - ciotki i wujkowie przypominali mi, że za ich czasów szeroko otwarte drzwi na świat były czymś równie abstrakcyjnym jak lot na Księżyc. Kolejki do Biura Paszportów w MSW były jeszcze dłuższe niż te po mięso albo do Pewexu, a jeśli już jakimś cudem udało Ci się zdobyć paszport, trafiałeś pod baczną obserwację służb bezpieczeństwa. Wiem, co piszę - moja szanowna rodzicielka pracowała w handlu zagranicznym, a że nie była w partii i wielokrotnie odmawiała wstąpienia do niej, budziła żywe zainteresowanie aparatu państwa.

Dopiero po gierkowskim "otwarciu na Zachód" sytuacja uległa pewnej poprawie, chociaż do ideału wciąż było bardzo daleko. Nie dziwmy się więc, że dla części pokolenia naszych rodziców organizowanie weekendowego city breaku za granicą za pomocą raptem kilku kliknięć w smartfonie uchodzi za fortel z pogranicza czarnej magii.

Chcemy, by data 4.6.89 stała się naszym "PiNem do wolności", była źródłem radości i inspiracji. Z okazji czerwcowych wyborów mamy więc dla was atrakcyjne zniżki w "Kulturalnym Sklepie" (książki i muzyka), "Publio" (e-book i e-prasa) i "Gazecie Wyborczej" (prasa). PRZEJDŹ TUTAJ >>

Więcej o:
Komentarze (84)
4 czerwca 1989 roku. Jak żyło się w PRL-u?
Zaloguj się
  • eclipse23

    Oceniono 27 razy 15

    jaka wolność, po 89 zamieniono ZSRR na Kosciol katolicki,. sierp i młot na krzyż ,... okupacja trwa

  • marberlin

    Oceniono 17 razy 13

    Nedzne czasy ale i wtedy ludzie nie byli sobie wilkami jak dzis,komuna nie podzielila ludzi na lepszy i gorszy sort .Dzis z tamtych czasow pozostalo to ze ludzie boja sie publicznie okazywac swoje sympatie polityczne.

  • mrfunnyandnotso

    Oceniono 5 razy 5

    Panie Rogojsz, usyszeć, wiedzieć czy przeczytać to nie to samo co doświadczyć. Więc może jednak nie tak do końca rozumiecie.

  • udet11

    Oceniono 9 razy 5

    Wtedy srednia pensje zarabiali prawie wszyscy (nauczyciel, lekarz, urzednik) dyrektor miał ze 2 srednie. Teraz w ych zawodach zarabia sie 1/ 2 sredniej a dyrektor ma 4-6 srednich.

  • caards

    Oceniono 6 razy 4

    Panie Rogojsz: dlaczego kasujecie (mimo wcześniejszego opublikowania) niewygodne dla Pana posty? Dlaczego na wykazie jest 51, a widnieje połowa? Dlaczego skasowano mój post? Skasowanie mojego opublikowanego postu całkowicie potwierdza, że dzisiaj nie różni się niczym od czasu sprzed 30 lat. Proszę o wyjaśnienie.

  • rstipes

    Oceniono 6 razy 4

    Fajny artykuł :) byłem wtedy w podstawówce. Pamietam jak chodziliśmy do Pewexu całą grupą oglądać te cuda i nakręcać się jak masochiści. Teraz to śmieszne ale kiedyś to było jak religia. Człowiek cieszył się nowością. Teraz cieszy się starociami :)
    Thx

  • semper.fidelis25

    Oceniono 3 razy 3

    A na czym polega wolność "wolnej Polski ? Czy na tym, że w kilka lat stała się kondominium niemiecko-amerykańsko-watykańskim ? Bez własnego przemysłu i bez własnej myśli technicznej ? Czy wolność "wolnej" Polski polega na wspomaganiu amerykańskich napadów i amerykańskiej okupacji w dalekich krajach, które nam w niczym nie zagrażają ? Czy na finansowaniu amerykańskiej okupacji Polski i "tarczy", która ma chronić USA kosztem Polski ?
    Czy na płaceniu odszkodowań za tortury stosowane przez amerykańskich miłośników pokoju i demokracji ?
    Czy na tym, że znikła wszelka polska myśl techniczna po skolonizowaniu Polski przez odwiecznych przyjaciół w ramach "prywatyzacjI" ? Sprzedano nawet wybudowany przed wojną przez państwo polskie COP, choć podobno II RP jest wzorem dla styropianów
    Czy na bezprzykładnej w historii grabieży Polski przez Kościół ? Fakt, przy efektywnej pomocy styropianów !
    Czy na przyznawaniu dużych "ulg" obcym firmom w naszym kraju, aby mogły dużo zarabiać i nie płacić w Polsce podatków ? Jak to w kolonii ?
    A może na tym, że prasa w Polsce jest w 80% obca, głównie niemiecka ? I systematycznie pierze polskie mózgi ?

    Czy na prawie drobiazgu, jakim jest fakt, iż amerykański pan wjeżdża do "wolnej" Polski kiedy chce i gdzie chce, a skolonizowany, o pardon, "wolny" polski ludek musi płacić za samą prośbę o wizę. Bo wizy dostać nie musi.
    A w ogóle, czy była choć jedna decyzja rządu "wolnej" Polski, która nie byłaby zgodna z interesem amerykańskim lub niemieckim ? I watykańskim ?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX