5 powodów, dla których polskiego koncertu Arcade Fire nie można przegapić

Zaczynali od kameralnych koncertów dla kilkudziesięciu osób. Dziś mają na koncie zestaw statuetek Grammy, z tą dla Najlepszego Albumu za 2010 rok na czele. Zapełniają wielkie hale i grają jako headlinerzy największych światowych festiwali. Mimo to, nie stracili nic ze swojej autentyczności, a ich występy porywają od pierwszej do ostatniej minuty. Oto pięć powodów, dla których Arcade Fire jest dziś jednym z najlepszych koncertowych zespołów świata. I dla których powinieneś zobaczyć ich 24 czerwca w Warszawie.

Bo teraz wszyscy kochają Arcade Fire

 

 

Arcade Fire dał się zauważyć już po premierze "Funeral" w 2004 roku. Teraz zmieniła się tylko skala sukcesu. Po premierze "The Suburbs" w 2010 roku, oprócz garstki zapaleńców śledzących nowości na rynku muzycznym, znają ich już setki tysięcy fanów na całym świecie (na Facebooku jest ich ponad 990 tysięcy). Dla wielu artystów Grammy jest nagrodą prestiżową, a jej otrzymanie niewiele zmienia w postrzeganiu ich przez masową publiczność. W ich przypadku było inaczej. Uznanie akademii sprawiło, że pozbyli się łatki "alternatywne piosenki dla nadwrażliwców". Spadł na nich deszcz nagród (m.in. BRIT, NME i Juno), otworzyły się największe festiwalowe sceny świata (Coachella, Bonnaroo, czy Hurricane). Trudno wyobrazić sobie lepszy moment do obejrzenia Arcade Fire na żywo. To zdecydowanie ICH czas.

Bo to wciąż ci sami zapaleńcy

 

 

Mimo splendoru, pozostali tym samym zespołem. Zdarza im się mylić i śmiać z siebie na scenie, nie bawią się w nieziemskie stylizacje i sceniczne przebieranki. Ich koncertowy repertuar wciąż stanowią kawałki z debiutanckiej płyty, utwory z przebojowego "Neon Bible" i oczywiście z najnowszej produkcji - "The Suburbs" - wszystko spięte w idealną całość przez ośmiu multiinstrumentalistów. Stary, dobry "Wake Up" wciąż jest ich ulubionym kawałkiem na finał i zabrzmi też zapewne na warszawskim Torwarze. 10 czerwca w trakcie koncertu na amerykańskim festiwalu Bonnaroo Win Butler tak mówił o tym utworze: "Napisaliśmy tę piosenkę dla miejsc, w których mieści się jakieś 20 osób. Trochę czasu zajmie mi przyzwyczajenie się do grania jej dla tak cholernej masy ludzi".

Bo to świetnie zorganizowana orkiestra

 

W trakcie ich koncertów cały czas coś się dzieje. Muzycy biegają po scenie, pozornie chaotycznie chwytając za kolejne instrumenty: gitary, perkusjonalia, przeszkadzajki, skrzypce. Wbrew pozorom to doskonale zorganizowana 8-osobowa orkiestra. Skupiona na swoich zadaniach, ale i żywo reagująca na to, co dzieje się na widowni. No i te romantyczne pocałunki Wina Butlera i żony! Trudno się w tym czasie nudzić - zarówno na scenie, jak i przed nią.

Bo potrafią zrobić TAKI show

 

Występ Arcade Fire na tegorocznym festiwalu Coachella był wyjątkowy. Nie tylko z powodu rangi amerykańskiego festiwalu, ale przede wszystkim tego, jak się zakończył. W trakcie zamykającego podstawowy set  "We Used to Wait", w stronę publiczności poleciały wielkie rozświetlone kule. Może nie jest to dziś już patent szczególnie oryginalny, ale w tym przypadku pojawiło się niesamowite zjawisko: kule były ze sobą  zsynchronizowane, błyskały różnymi kolorami w rytmie muzyki. Efekt niesamowity. Aż tak, że wygrzebaliśmy w czeluściach internetu jak to się robi.

Bo zagrają nawet w windzie

 

To nagranie jest częścią słynnego już cyklu Take Away Show z La Blogotheque. Chyba nie trzeba tu komentarza. Spróbuj zmieścić 9 osób z instrumentami w windzie... Arcade Fire i Vincent Moon to potrafią. Co jeszcze, zobaczysz w piątek 24 czerwca na warszawskim Torwarze, w ramach "Get Ready For Open'er".

Więcej o: