Karol i jego kolega w środę po południu wracali do domu ze zbiórki harcerskiej. Po drodze zaczepiła ich grupka nastolatków. Chłopcy usłyszeli, że "dostaną nożem w brzuch", napastnicy zaczęli ich szarpać. Gdy Karol stanął w obronie kolegi, został pobity. Sprawcy zbrali mu z kieszeni 20 zł i kilkakrotnie uderzyli butelką w głowę. - Straciłem świadomość - opowiada Karol. Jego kolega zdołał się wyrwać napastnikom i prosił przechodniów o pomoc, ale nikt nie zareagował. Młodocianych chuliganów spłoszył dopiero policyjny patrol.
Rodzice Karola postanowili złożyć zawiadomienie o rozboju na policji, tym bardziej że ich syn nie pierwszy raz został zaatakowany przez tych nastolatków. - Wcześniej musiałam z tego powodu przenieść syna do innej szkoły - mówi matka chłopca. Rodzice z Karolem zgłosili się na komisariat przy ul. Szerokiej. - Mąż usłyszał, że lepiej byłoby, gdybyśmy poszli do jednostki przy Rynku Głównym, bo tam zajmują się nieletnimi. Czekaliśmy jednak z uporem - mówi matka chłopca. Karol skarżył się już wtedy na silny ból głowy. - Nikt jednak nie wezwał karetki. Mąż sam poszedł z nim do stacji pogotowia na Rynku Podgórskim i stamtąd karetką przewieziono syna do szpitala w Prokocimiu - opowiada matka chłopca. Pobity dwunastolatek przez dwa dni był na obserwacji, bo lekarze podejrzewali wstrząśnienie mózgu. Teraz nosi kołnierz usztywniający kręgi szyjne.
Matka Karola na złożenie zawiadomienia czekała prawie dwie godziny. - Dopiero po mojej interwencji przesłuchał mnie jeden z dzielnicowych - opowiada.
Policja broni się, że akurat na komisariat doprowadzono kilku zatrzymanych na gorącym uczynku przestępców. - Kiedy jest więcej zdarzeń albo osób zatrzymanych, czas oczekiwania może się wydłużyć. To nie wina policjantów, ale efekt takiej, a nie innej ilości etatów i możliwości lokalowych - tłumaczy Katarzyna Cisło z biura prasowego małopolskiej policji.
Karola policjanci mieli przesłuchać w szpitalu. - Od pielęgniarki dowiedziałam się, że policjant ma przyjść w czwartek o godz. 19. Przed godz. 20 dostałam telefon z komisariatu, że jest już późno i czy nie mogłabym sama przyjść z Karolem, jak wyjdzie ze szpitala - opowiada matka. Jej syna przesłuchano w końcu w piątek po południu, gdy opuścił szpital i sam z matką stawił się w komisariacie. - Informacje, które policjanci mieli w momencie zgłoszenia, były wystarczające do skutecznego poszukiwania napastników - przekonuje Cisło. - Nie było więc potrzeby niepokojenia poszkodowanego chłopca w szpitalu. Tym bardziej że policjanci byli w kontakcie z jego mamą i ta powiedziała, że syn wychodzi w piątek i zgłosi się na przesłuchanie - dodaje.
- Co miałam powiedzieć, zwłaszcza o tej porze - odpowiada matka Karola.
Jedną z tych informacji, które od początku mieli policjanci, były dane jednego ze sprawców. Matka Karola mówi, że podała je już podczas składania zawiadomienia. - Syn go zna, dlatego podaliśmy imię, nazwisko tego chłopca, a nawet szkołę, do której chodzi - wylicza. Chłopak do dziś jednak jest bezkarny. - Sęk w tym, że ten chłopiec nie ma skończonych 13 lat i według prawa pomimo tego, że popełnił przestępstwo, nie odpowiada za nie. Wystąpimy jednak do sądu dla nieletnich o niedopełnienie władzy rodzicielskiej - tłumaczy Cisło. Zapewnia, że zaraz po napadzie policjantom z sekcji kryminalnej i dzielnicowym polecono ustalić personalia dwóch pozostałych napastników.
- Dlaczego do dzisiaj ich nie doprowadzono? - pyta matka Karola. - W czwartek wieczorem wyszłam z psem na spacer. Grupka, która niepokoiła mojego syna, stała sobie na ulicy jak gdyby nigdy nic - mówi rozgoryczona kobieta.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków