Zamieszki w Clichy, wojna na słowa w Paryżu

Piątą noc z rzędu trwały zamieszki w Clichy-sous-Bois, biednym i "kolorowym" przedmieściu Paryża. Bandy młodocianych nastolatków znów obrzucały policję kamieniami, podpalały samochody i budynki. Socjalistyczna opozycja oskarża rząd, że jego polityka wobec biednych przedmieść nie sprawdza się. Spory zaczynają pojawiać się także w samym rządzie
Rozruchy trwają każdej nocy od czwartku. Wybuchły na wieść o tragicznej śmierci dwóch młodzieńców pochodzących z Mali i z Tunezji. Zginęli porażeni prądem po wejściu na teren stacji transformatorowej. Znaleźli się tam, bo - jak głosiła plotka - uciekali przed policją. Jednak miejscowa prokuratura ustaliła, że chłopcy niepotrzebnie próbowali ukryć się pod transformatorem, bo nie byli ścigani przez policjantów.

W Clichy-sous-Bois, 30-tysięcznym miasteczku-blokowisku będącym jedną z najbiedniejszych części aglomeracji paryskiej, przez pięć nocy setki żandarmów i policjantów ganiało się po ulicach z setkami młodocianych napastników, w większości pochodzenia arabskiego i afrykańskiego. Spłonęło kilkadziesiąt samochodów, ponad 20 osób trafiło do aresztu. Rany odniosło kilkanaście osób, w większości policjantów. Atmosferę jeszcze bardziej podgrzał incydent z niedzielnej nocy - ktoś (policja nie wie kto) wrzucił granat z gazem łzawiącym do meczetu, w czasie gdy trwały tam wieczorne modły.

Prawicowy minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy zapowiedział, że bezlitośnie stłumi agresję grup nastolatków i wyśle do Clichy (oraz do sąsiednich blokowisk) kolejne oddziały policji.

Groźne wydarzenia w Clichy wywołały w poniedziałek kłótnie polityczne. Opozycyjna Partia Socjalistyczna zarzuciła Sarkozy'emu, że jego wprowadzana od dłuższego czasu polityka twardej ręki wobec przestępczości na biednych przedmieściach zupełnie się nie sprawdza.

- Minister dba jedynie o bezpieczeństwo bogatych dzielnic - dodaje Julien Dray, rzecznik PS. Zdaniem socjalistów, zamiast "bawić się w kowboja" i wysyłać na ulice "ciężkozbrojną policję", prawicowy rząd powinien więcej inwestować w modernizację blokowisk, edukację i działania integracyjne w biednych dzielnicach.

Politykę twardej ręki Sarkozy'ego krytykuje nie tylko opozycja, ale także jeden z jego kolegów ministrów. Minister ds. równości szans Azouz Begag zarzucił Sarkozy'emu, że ponosi część odpowiedzialności za zamieszki, ponieważ prowokuje je publicznymi wystąpieniami, w których nie przebiera w słowach. "Bandyci", "motłoch" i "hołota" - taki słów Sarkozy publicznie użył, opisując wydarzenia w Clichy-sous-Bois. - Kiedy chce się mówić o trudnych sytuacjach, trzeba starać się je łagodzić - przypomina minister Begag. Jego protesty mogą jednak nie odnieść skutku, bowiem Sarkozy ostre słowa dobiera celowo. Minister nie ukrywa, że w 2007 r. weźmie udział w wyścigu po fotel prezydencki - i zamierza go wygrać dzięki prawicowo nastawionym białym Francuzom mieszkającym w "białych" częściach francuskich miast oraz na prowincji. Ich rosnącą niechęć do kolorowych imigrantów eksploatował do tej pory - z różnym skutkiem - ultraprawicowy Front Narodowy Jean-Marie Le Pena.

Sarkozy odgryza się lewicy, zarzucając jej, że gdy była u władzy (ostatnio w latach 1997-2002) nie zrobiła nic, by problem "zagrożonych" przedmieść rozwiązać. - Od 30 lat sytuacja staje się coraz gorsza. W ciągu kilku dni albo miesięcy tych opóźnień nie da się nadrobić - mówił Sarkozy.