Pomogą budować Polskę, czy ją osłabiają ?

Pół miliona ? Milion ? A może już dwa miliony Polaków wyjechało szukać szczęścia i pracy w Unii. GUS, NBP i demografowie zastanawiają się jak ich policzyć i zbadać wpływ tych wyjazdów na gospodarkę
Od początku transformacji nie mieliśmy do czynienia z tak wielką falą emigracji, jak ta, która ruszyła po otwarciu dla Polaków rynków pracy w kilku państwach Unii. Wiadomo już, że ta emigracja to nie marginalny problem, ale ważne zjawisko mające wpływ na procesy gospodarcze.

Ważniejsze jest jednak to, że urzędnicy nie mają bladego pojęcia, jak wielka jest obecna skala emigracji i w jakim stopniu przekłada się na to, co dzieje się w Polsce - ilu wyjechało, na jak długo, czy przysyłają pieniądze do Polski i ile? I nie mają pojęcia, jak się zabrać do zbadania tego problemu.

GUS, NBP i Ministerstwo Pracy powołały dopiero zespół, który ma opracować metodologię badania procesów migracji zarobkowej. To bardzo trudne, gdyż wyjeżdżających przybywa, a ich losy wymykają się statystyce. - Brać pod uwagę trzeba nie tylko tych, którzy wyjeżdżają, ale np. skalę zastępowania ubywających pracowników przez Ukraińców czy Białorusinów - mówią eksperci.

Tymczasem potrzebne są już odpowiedzi na konkretne pytania, a nie zręby metodologii. Rzeczywistość zaroiła się bowiem od zagadek.

Zagadka 2 mln

Zdaniem dr. hab. Romualda Jończego, specjalisty od migracji z Uniwersytetu Opolskiego, i dr. Wojciecha Łukowskiego z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego od wejścia do UE łącznie za pracą mogło wyjechać z Polski 2 mln osób. Inni specjaliści mówią, że to liczba tylko z grubsza szacowana.

GUS próbuje ustalić liczbę osób, które przebywają za granicą powyżej dwóch miesięcy. Podaje, że między rokiem 2003 a 2005 wzrosła ze 172 do 315 tys., czyli byłaby to znacznie mniej. Statystycy zaznaczają jednak, że ich dane są zaniżone. - Możliwości zbadania tego zagadnienia w gospodarstwach domowych są ograniczone. Dane te ilustrują jedynie rosnącą dynamikę zjawiska, a nie jego skalę - wyjaśniają.

W Irlandii i Wielkiej Brytanii każdy zatrudniający się legalnie musi się zarejestrować. W tych rejestrach znajduje się 80 tys. Polaków w Irlandii i 240 tys. w Anglii. - Gdyby podsumować dane ze wszystkich krajów, to okaże się, że jest ich najwyżej około miliona - mówi Anna Baranowska z Ministerstwa Gospodarki i Pracy.

Drugi milion dodali demografowie, zakładając, że tyle samo naszych rodaków pracuje nielegalnie. Tymczasem rachunek nie jest wcale taki prosty, na jaki wygląda. - Milion to liczba rejestracji. Dodając liczbę rejestracji w 2004 i 2005 r., zakłada się, że musiały to być różne osoby. Tymczasem z badań wynika, że część osób jednego roku jedzie do pracy do Wielkiej Brytanii, a drugiego np. do Szwecji - wyjaśnia Baranowska.

Ale i to nie wszystko. Ekonomiści podkreślają, że rejestry mówią tylko, ile osób miało zamiar podjąć pracę za granicą. Ilu z nich zrezygnowało? Tego nie wie nikt. - Ja jestem najlepszym dowodem na to, że nie wszyscy zostali. Zarejestrowałem się w Wielkiej Brytanii, ale wróciłem do Polski - mówi Leszek, absolwent wyższej uczelni.

Zarejestrowali się też i ci, którzy już przed 1 maja 2004 r. pracowali za granicą nielegalnie. O nich Polska w ciągu dwóch lat nie skurczyła się.

Poza tym, żeby doszacować liczbę Polaków za granicą, analizuje się np. skalę ruchu na granicach i lotniskach. Tymczasem jedna osoba może wyjeżdżać kilka razy. I tu docieramy do motywu wyjazdów zarobkowych Polaków. Nie wszyscy porzucili dotychczasowe zajęcie i szukają szczęścia za granicą, zakładając, że zostaną tam kilka lat, a może i na zawsze.

- Tylko w Niemczech rocznie pracuje 300-400 tys. osób. Większość z nich jedzie na dwa-trzy miesiące do pracy w rolnictwie. Na tak krótki czas niemieckie prawo pozwala zatrudnić Polaka legalnie, choć przecież oficjalnie ten rynek pracy jest dla nas zamknięty - mówi dr Barbara Sakson, demograf ze Szkoły Głównej Handlowej.

Jej zdaniem więcej niż połowa pracujących za granicą jest tam sezonowo. Trudno takie osoby nazwać emigrantami. - A co powiedzieć o wielu mieszkańcach Opolszczyzny, którzy pięć dni w tygodniu pracują w Niemczech, a na weekendy wracają do domu? - zastanawia się Sakson.

Zagadka bezrobocia

W Polsce jest 17 mln ludzi aktywnych zawodowo - pracujących i bezrobotnych. Za granicę wyjeżdżają tylko aktywni, nie starcy i dzieci. Stopa bezrobocia tymczasem spada. - Bo wszyscy wyjeżdżają. Polska stoi nad przepaścią - od takich wypowiedzi roi się na forach internetowych.

Od wejścia do UE bezrobocie spadło o 3 pkt proc., a liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 509 tys. Liczba ta jest zbieżna z szacunkami, które mówią o kilkuset tysiącach osób, jakie Polskę opuściły na dłużej.

- Jeśli nagle z 17 mln ubyłoby 2 mln, to mielibyśmy ogromne zmiany na rynku pracy - mówi Mateusz Szczurek, główny ekonomista banku ING BSK. Firmy cierpiałyby na brak pracowników, bezrobocie spadłoby znacznie silniej, a ci pozostali w kraju domagaliby się znacznych podwyżek płac.

Emigracja przykłada się na zmian na rynku pracy, ale to niejedyny powód spadku bezrobocia. - Gospodarka rozwija się, popyt rośnie w tempie najszybszym od pięciu lat, obroty przedsiębiorstw rosną solidnie, choć marże już stoją w miejscu - analizuje Szczurek.

Zagadka popytu

Od razu rodzi się więc pytanie, czy przypadkiem najsilniejszym motorem wzrostu gospodarczego, którym się cieszymy, nie są emigranci. Czy fundują go nam rodacy z Londynu i Dublina? Nie dość, że ustępują miejsca na rynku pracy, to jeszcze przysyłają i przywożą do Polski zarobione pieniądze. Te pieniądze części rodzin pozwalają związać koniec z końcem, innym kupić mieszkanie, zbudować dom albo wykształcić dzieci.

Popyt w Polsce jest oczywiście w jakimś stopniu kreowany przez pieniądze zarobione przez Polaków za granicą (zwłaszcza tych, którzy jadą na kilka miesięcy, nie urządzają tam sobie życia i wracają, utrzymując się z tego zarobku). Ale jak duży jest to wpływ - nie dowiemy się tego w żadnej instytucji. Tymczasem taka wiedza przydałaby się do oceny fundamentalnych podstaw wzrostu PKB.

Można szukać odpowiedzi na to pytanie, zaglądając do rejestrów Narodowego Banku Polskiego. Prywatne transfery bieżące do kraju w całym 2005 r. wyniosły prawie 22 mld zł (w 2003 r., jeszcze przed falą emigracji, było to 17,9 mld zł), czyli o blisko 4 mld zł więcej ponad to, co przesyłano wcześniej. To kropla w morzu 607 mld zł - taką bowiem wartość miała konsumpcja prywatna w 2005 r.

Oczywiste jest, że transfery to nie wszystkie pieniądze zarabiane poza Polską. Większość ludzi przywozi gotówkę, ale ile może być tych pieniędzy? Znów pytanie bez odpowiedzi. NBP przyznaje jedynie, że zauważył, jak od pewnego czasu zwiększył się skup funtów brytyjskich w bankach i kantorach, ale dokładnych danych nie ma.

Ekonomiści uspokajają jednak, że rozwijamy się dzięki polskim firmom i polskim pracownikom, którzy od jakiegoś czasu zarabiają więcej. Brytyjczycy policzyli, że pracujący tam Polacy w 2004 roku dodali do ich PKB 280 mln funtów. Póki nie oszacujemy wpływu wyjazdów Polaków za chlebem na naszą gospodarkę, nie możemy być pewni, ile traci ona wskutek emigracji.