Coraz więcej prezydentek

Tak dobrej passy w światowej polityce kobiety jeszcze nigdy nie miały. W 2006 roku najwyższy urząd w państwie obejmą trzy kobiety i to w tak odmiennych kulturowo krajach jak: Chile, Finlandia i Liberia. Michelle Bachelet, Tarja Halonen i Ellen Johnson-Sirleaf udowadniają, że rosnąca rola kobiet w polityce jest globalnym trendem.
Co ma piernik do wiatraka? Okazuje się że czasami ma. Finlandię, Chile i Liberię dzieli właściwie wszystko. Trzy różne kontynenty, trzy skraje odmienne kultury i ogromne dysproporcje w cywilizacyjnym i gospodarczym rozwoju. Jednak w życiu politycznym początek 2006 roku zapowiada się w tych krajach podobnie, ster rządów przejmują tu bowiem kobiety.

Tak dobrej passy w światowej polityce kobiety nie miały chyba jeszcze nigdy. Najpierw kandydatka centrolewicy Michelle Bachelet, wygrywa niedzielne wybory prezydenckie w Chile i staje się pierwszą kobietą w swym kraju i w Ameryce Południowej wybraną na szefa państwa w wyborach powszechnych.

Tego samego dnia w Finlandii prezydent Tarja Halonen, ubiegająca się o ponowny wybór otrzymała 46,3 proc. głosów w pierwszej turze wyborów i w drugiej 29 stycznia będzie rywalizować z kandydatem konserwatywnym Sauli Niinisto.

Zaś w Liberii zostanie dziś zaprzysiężona nowo wybrana prezydent Ellen Johnson Sirleaf, stając się pierwszą w Afryce kobietą szefem państwa z wyboru.

Czarna Żelazna Dama

Ellen Johnson-Sirleaf to polityczny fenomen nie tylko w skali swojego kraju. Ta odważna ekonomistka, została bowiem pierwszą prezydentką nie tylko w historii Liberii ale całego Czarnego Lądu. Jej zwycięstwo w listopadowych wyborach prezydenckich było nie lada sensacją. Wygrała bowiem nie tylko z mężczyzną, ale z najbardziej znanym Liberyjczykiem w historii swojego kraju - samym Georgem Weah, byłą gwiazdą AS Monaco, Paris St Germain i AC Milanu.

W przeciwieństwie jednak do swego konkurenta w prezydenckich wyborach, Sirleaf nie jest polityczną nowicjuszką. Już w początkach lat 70. pełniła funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Finansów, a od 1980 ministra finansów w rządzie prezydenta Williama Tolberta. Swoje stanowisko utraciła dopiero w 1985, kiedy w kampanii wyborczej do Senatu skrytykowała reżim wojskowy. Za ten akt politycznej odwagi spędziła krótki czas w więzieniu i zmuszona została do emigracji. Jej kompetencje zostały jednak docenione również zagranicą, gdzie pracowała w bankowości, m.in. afrykańskich strukturach Banku Światowego i Citibanku.

Do Liberii powróciła w 1997 i natychmiast zaangażowała się w działalność polityczną. Stojąc na czele Partii Jedności wspierała początkowo Charlesa Taylora przeciw prezydentowi Samuelowi Doe, a następnie działała w opozycji przeciwko Taylorowi. Rywalizowała z nim w wyborach prezydenckich, uzyskując jednak zaledwie 10-procentowe poparcie przy 75 procentach głosów na Taylora.

Za drugim razem poszło jej zdecydowanie lepiej. I choć pierwsza tura prezydenckich wyborów należała Georga Weaha, to ostatecznie właśnie jej zaufali Liberyjczycy. Ten wynik to kolejny dowów, że nie na darmo Sirleaf nazywana jest Żelazną Damą.

Zawsze pierwsza

Michelle Bachelet już raz była pierwsza. W lutym 2002, jako pierwsza kobieta w Chile i w Ameryce Łacińskiej, objęła bowiem stanowisko minister obrony narodowej, wcześniej była zaś już pierwszą kobietą ministrem zdrowia. Po niedzielnych wyborach czeka ją jednak zdecydowanie trudniejsze zadanie. Zostanie bowiem pierwszą kobietą w swym kraju i w Ameryce Południowej wybraną na prezydenta.

Do życia przyszłej pani prezydent polityka wkroczyła w dość brutalny sposób. Michelle Bachelet jest bowiem córką chilijskiego generała, który w 1973 po zamachu stanu Pinocheta został osadzony w więzieniu pod zarzutem zdrady kraju. Poddawany torturom, zmarł w marcu 1974. W więzieniu znalazła się również jej matka, jak i sama Bachelet. Wypuszczona w 1975, zdecydowała się wraz z matką wyjechać do Australii. Wkrótce Michelle Bachelet wyjechała do NRD, gdzie uczyła się niemieckiego, a później kontynuowała, rozpoczęte jeszcze w Chile, studia medyczne na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. W 1979 powróciła do ojczyzny, gdzie ukończyła studia medyczne i rozpoczęła praktykę lekarską a w latach 80. ponownie zaangażowała się w działalność na rzecz demokracji.

Michelle Bachelet zostanie czwartym z rzędu prezydentem Chile z ramienia koalicji socjalistów, demokratów i chadeków, która rządzi krajem nieprzerwanie i z powodzeniem od końca dyktatury generała Augusto Pinocheta w 1989 r.

Czerwona Tarja

Choć Finlandia, jak cała Skandynawia, znana jest ze swojej konsekwentnej polityki równouprawnienia, to jednak nawet tam wyniki prezydenckich wyborów z 2000 roku przyjęto z dużym zdziwieniem. Rudowłosa i korpulentna Tarja Halonen wdarła się do fińskiej polityki przebojem.

Choć w lutym 2000 roku wygrała prezydenturę przewagą ledwie 3 proc. głosów, to w ciągu kilku lat przekonała do siebie niemal cały naród. W 2003 roku aż 93 proc. Finów było zadowolonych ze swojej prezydent. Takiego poparcia nie miał jeszcze żaden z przywódców demokratycznego świata.

Dlatego wynik I tury niedzielnych prezydenckich wyborów już nikogo w Finlandi nie zaskoczył i jak przewidują eksperci, tylko cud mógłby w II turze odebrać Tarji Halonen zwycięstwo.

Jeszcze w latach 70. i 80. mówiono o niej "Czerwona Tarja" z racji jej wyniesionych z domu lewicowych poglądów. Urodziła się i dorastała w robotniczej dzielnicy Helsinek wychowywana przez samotną matkę. Podczas studiów prawniczych działała w lewicujących organizacjach studenckich, a następnie pracowała jako prawnik w związkach zawodowych. To tam zdobyła przydomek "Czerwona Tarja".

W polityce początkowo dała się poznać jako nieugięta obrończyni praw różnych mniejszości. W latach 80. była przewodniczącą fińskiego stowarzyszenia gejów i lesbijek. Tak bardzo zaangażowała się w obronę mniejszości seksualnych, że kilka lat temu jeden z nacjonalistycznych deputowanych nazwał ją w wywiadzie radiowym lesbijką, za co musiał potem publicznie przeprosić.

W czasie poprzedniej kampanii wyborczej stała się twarzą fińskiej polityki zagranicznej. Finlandia sprawowała wówczas swoje pierwsze przewodnictwo w Unii, a Halonen kursowała między Helsinkami, Brukselą a wieloma europejskimi stolicami. Radziła sobie świetnie i z negocjacjami rozszerzeniowymi, i z unijną kłótnią o Turcję. I to właśnie tamte sukcesy na scenie międzynarodowej utorowały jej drogę do prezydentury.

Teraz Condoleezza?

Dobra passa kobiet w polityce szybko się chyba nie skończy. Na uroczystościach zaprzysiężenia nowej pani prezydent w stolicy Liberii obecna była bowiem również Condoleezza Rice, o której szansach na prezydenturę mówi się coraz głośniej. Sceptycy oczywiście zaprotestują, że Monrovi to nie Waszyngton. Ale nawet jeśli to nie Rice zostanie pierwszą "prezydentką" supermocarstwa, to w odwodzie pozostaje jeszcze Hilary Clinton.