Koncerny motoryzacyjne szykują wielkie zwolnienia

Bankructwo koncernu Delphi wywołało wstrząs na amerykańskiej giełdzie. Analitycy obawiają się, że kryzys Delphi może wywołać bankructwo General Motors i wywołać wstrząs w całej światowej branży motoryzacyjnej
Wczoraj na giełdzie w Nowym Jorku kurs akcji Delphi spadł o 57,1 proc. Tak rynek zareagował na decyzję tego największego producenta części samochodowych na świecie o złożeniu w sądzie wniosku o reorganizację firmy zgodnie z przepisami upadłościowymi. Delphi od dawna borykało się w USA ze zbyt wysokimi kosztami produkcji i balastem świadczeń socjalnych. W pierwszym półroczu straty Delphi przekroczyły 770 mln dolarów. Obecnie firma będzie mogła obciąć płace i zwolnić część z ponad 50 tys. pracowników w USA. Ilu straci pracę? Jeszcze nie wiadomo. Zarząd Delphi uprzedza jednak, że redukcje zatrudnienia i wynagrodzeń będą znaczne.

Kryzys Delphi może uderzyć w dawnego właściciela tej firmy, koncern General Motors. Na tego największego w świecie producenta aut może spaść obowiązek zapłaty miliardów dolarów świadczeń dla pracowników zwalnianych przez Delphi, którzy wcześniej byli na liście płac GM. Strajki zwalnianych mogą też zakłócić produkcję aut GM. Ten koncern też boryka się z zadłużeniem, kosztami świadczeń, a na dodatek traci na rodzimym rynku w konkurencji z koncernami z Azji. Banc of America zwiększył wczoraj z 10 do 30 proc. prawdopodobieństwo ogłoszenia bankructwa przez GM.

Kłopoty mają też inni. O problemach w swoich księgach rachunkowych poinformował wczoraj koncern Dana, wielki producent osi napędowych i przekładni. Już wcześniej koncern uprzedzał, że nie poradzi sobie z zaplanowaną obniżką kosztów. Od początku roku kurs akcji Dana spadł o 60 proc. Wielkiego producenta części samochodowych Lear Corp. - o 49 proc.

Koszty tną także inne koncerny samochodowe w USA. Na początku dekady Ford wydał kilka miliardów dolarów, aby zamknąć część fabryk w Ameryce Północnej i zwolnić tysiące pracowników. Jednak koszty odpraw był tak duże, że pochłonęły oszczędności, jakie dało zaciśnięcie pasa. Efekt? Ford musi szukać dalszych oszczędności. W tym roku koncern zapowiedział już, że zwolni 8 proc. zatrudnionych w USA. Chce też zaoszczędzić, zmniejszając o połowę liczbę dostawców kluczowych podzespołów do produkcji aut - rocznie Ford kupuje podzespoły za 90 mld dolarów. Oszczędności na dostawcach mogą więc przynieść wymierne wyniki. Tyle że dostawcy poddani presji również muszą kalkulować obniżkę kosztów. A najprościej oczywiście zaoszczędzić na pracownikach. Kilka tygodni temu koncern oponiarski Goodyear nie wykluczył zamknięcia niektórych fabryk.

Fala zwolnień przetacza się też przez branżę samochodową w Europie. Przed rokiem GM postanowił zwolnić 12 tys., czyli jedną piątą swoich pracowników w Europie. Pod koniec sierpnia tego roku zwolnienie 1,5 tys. osób (5 proc. personelu) ogłoszono w fabrykach Volvo, głównie w Szwecji. We wrześniu redukcję 8,5 tys. robotników Mercedesa w Niemczech zapowiedział DaimlerChrysler. Volkswagen chce zwolnić ponad 10 tys. robotników. Wczoraj o możliwej reorganizacji swoich szwedzkich fabryk powiadomiła Scania, producent ciężarówek i autobusów.

Koncerny samochodowe mają coraz większe trudności w utrzymaniu produkcji w rozwiniętych gospodarczo państwach, gdzie płace robotników są kilka razy wyższe niż w mniej uprzemysłowionych. Wzrost światowych cen ropy i stali pogłębia kryzys. Koszty materiałów rosną i nie można ich przerzucić na klientów, bo po prostu przestaną kupować samochody albo zaczną wybierać pojazdy tańszej konkurencji. Aby sprostać globalnej rywalizacji, koncerny motoryzacyjne muszą więc redukować zatrudnienie w swoich ojczyznach. To z kolei szansa dla państw, takich jak Polska, gdzie koszty produkcji są niższe niż w Niemczech czy Szwecji.