Czekają nas rekordowe dywidendy

Coraz więcej indywidualnych inwestorów przekonuje się, że na dywidendzie można zarobić tak dobrze, jak na obligacjach czy lokatach bankowych. W tym roku giełdowe spółki chcą niezwykle hojnie podzielić się rekordowymi zyskami z akcjonariuszami.
Po co ja mam płacić dywidendę?! Przecież inflacja jest tak wysoka, że żaden akcjonariusz nawet jej nie zauważy - mówił prezes jednej ze spółek odzieżowych. Ale było to dziesięć lat temu. Teraz sytuacja się odwróciła.

Niska inflacja i stopy procentowe sprawiły, że dla właścicieli giełdowych firm dywidenda nabrała znaczenia, zwłaszcza że wraz z szybkim rozwojem gospodarczym Polski równie dynamicznie rosną zyski przedsiębiorstw. Jak wynika z szacunków "Gazety", w najbliższych miesiącach giełdowe spółki - zarówno te wielkie, jak i małe - wypłacą swoim akcjonariuszom dywidendy o łącznej wartości grubo ponad 6 mld zł. To prawie połowa wysokich, ubiegłorocznych zysków! Szykuje się więc nowy, historyczny rekord. Rok temu na dywidendę zdecydowała się co czwarta spółka. Łącznie wypłacono "zaledwie" 2,8 mld zł.

Skąd ta szczodrość?

Tradycyjnie największą szczodrością wykażą się bankowcy. Ta grupa firm jest znana z hojności na całym świecie. Akcjonariusze Pekao SA, Banku BPH, ING Banku Śląskiego czy Banku Handlowego - instytucji kontrolowanych przez zagraniczne banki - otrzymają dywidendy stanowiące aż kilka procent ceny ich akcji na warszawskim parkiecie.

60 groszy "premii" mogą otrzymać współwłaściciele ostatnio prywatyzowanego PKO BP. Rekordzistą będzie jednak Bank Millennium, który zrealizował zysk na odsprzedaży pakietu 10 proc. akcji PZU portugalskiemu Eureko. W jego przypadku stopa dywidendy, która porównuje wypłaconą kwotę do aktualnego kursu na giełdzie, przekracza 8 proc.

Szczodrością wykażą się też przedstawiciele innych branż. Wśród nich i tutaj przeważają spółki wchodzące w skład międzynarodowych koncernów (m.in. Pfleiderer Grajewo, FraMondi Świecie, kontrolowana przez France Telecom TP SA) oraz firmy z udziałem skarbu państwa (PKN Orlen, KGHM).

Skąd taki pęd do dzielenia się zyskami? - Kilka lat temu inwestorzy nad Wisłą nie byli zainteresowani dywidendą. Gospodarka dynamicznie się rozwijała, więc pomnażanie pieniędzy pozostawiali spółkom. Przyszedł czas recesji i okazało się, że wiele firm straciło pieniądze akcjonariuszy, przeinwestowało. Od tego czasu inwestorzy, w tym instytucje finansowe, popierają wypłatę dywidend, zwłaszcza jeśli spółka nie ma pomysłów na rozwój i inwestycje - powiedział nam Adam Ruciński zarządzający funduszami inwestycyjnymi PZU.

Skorzysta budżet i zagranica

Na dywidendach najwięcej skorzystają zagraniczni inwestorzy strategiczni polskich firm. Trafi do nich prawie połowa tegorocznych dywidend. W ten sposób odzyskują pieniądze zainwestowane kilka lat temu w Polsce.

Przykładowo UniCredito Italiano, włoski partner Pekao SA, tylko dzięki otrzymanym dywidendom odzyska w tym roku co czwartą złotówkę wydaną w 1999 r. na pakiet akcji polskiego banku. Nikt nie może się jednak równać z międzynarodowym koncernem papierniczym FraMondi. W 1997 r. kupił on od skarbu państwa 65 proc. akcji Świecia, płacąc za jedną 17 zł. Świecie przeszło gruntowną restrukturyzację, która zaowocowała rosnącą sprzedażą, zyskami i wysokimi, wypłacanymi corocznie, dywidendami. W ostatnich siedmiu latach FraMondi otrzyma od Świecia na każdą posiadaną akcję łącznie 26 zł dywidendy. W tym czasie akcje Świecia zwiększyły wartość blisko czterokrotnie.

- Dywidenda to najbardziej przejrzysty i sprawiedliwy podział zysków. Decydują o niej wszyscy akcjonariusze podczas walnego zgromadzenia - ocenia Ruciński. - W tej sytuacji nie można mówić o transferze zysków z polskich firm za granicę. Jest bowiem wiele innych, lepszych sposobów na wyprowadzenie pieniędzy, i to według korzystniejszych zasad podatkowych - dodaje.

Ręce zaciera też skarb państwa, i to z kilku powodów. Za pośrednictwem fiskusa na bieżąco inkasował od firm podatek dochodowy. Teraz jako akcjonariusz otrzyma w formie dywidend prawie 1 mld zł.

Ponadto do budżetu wpłynie 19 proc. podatku od dywidend, które trafią do kieszeni coraz liczniejszych na warszawskim parkiecie inwestorów indywidualnych (podatek potrąca biuro maklerskie).

Dywidenda kontra lokata?

Obecnie zarabianie na dywidendzie stało się jednym z czynników zachęcających do inwestowania w akcje. Zdarza się, że stopa dywidendy jest równa lub nawet przewyższa roczny dochód z obligacji skarbowych czy lokat bankowych. Pod tym względem warszawska giełda coraz bardziej przypomina dojrzałe europejskie parkiety, gdzie inwestorzy kupują często papiery renomowanych spółek, licząc nie na wzrost ich cen, ale na regularnie wypłacane dywidendy.

- Stopa dywidend to najprostsza i najbardziej intuicyjna metoda wyceny akcji. Jest coraz częściej stosowana. Trzeba tylko ocenić, czy spółka wykaże w kolejnych latach zysk i wypłaci z niego dywidendę. Na warszawskiej giełdzie nie brakuje solidnych firm tzw. dywidendowych. Ich zarządy publicznie deklarują, że przeznaczą na dywidendę w przyszłości określoną część zysków - stwierdza Ruciński.

Takie zarabianie na tzw. strumieniu dywidendowym dobrze widać na przykładzie Grupy Żywiec. Przez ostatnie dwa lata spółka dwukrotnie wypłaciła po 20 zł dywidendy (brutto). W tym roku jej władze proponują, że na akcję przypadnie aż 30 zł - byłaby to najwyższa nominalnie dywidenda w historii giełdy. Jeśli tak się stanie, to wierny akcjonariusz przez trzy lata dostanie w sumie aż 70 zł. Obecnie za akcję browaru płaci się na giełdzie niespełna 500 zł. Zanim Żywiec zaczął tak hojnie dzielić się zyskami, było to ok. 340 zł. Jeśli ktoś wówczas kupił akcję, abstrahując od zwyżki kursu, w samej dywidendzie odbierze już 20 proc. wydatkowanej kwoty. Takich przykładów można znaleźć na warszawskiej giełdzie coraz więcej.