Rozmowa z socjologiem

Wojciech Szacki: Frekwencja w wyborach może spaść poniżej 40 proc. A partie kreślą ambitne programy: zmiany konstytucji, a wręcz ustroju, zastąpienia III RP czymś nowym.

Dr Radosław Markowski, politolog PAN i SWPS: Niska frekwencja to istotna wiadomość dla zadufków. Gdy PiS mówi o IV RP z prezydentem rządzącym za pomocą dekretów, niech ma w pamięci, że popiera je 4-5 proc. społeczeństwa, bo przy takiej frekwencji kilkanaście procent poparcia w sondażach to właśnie tyle.

Dlaczego coraz więcej ludzi odwraca się od polityki?

- Odrzucają całą klasę polityczną i demokratyczne wybory jako mechanizm ich rekrutacji. Szczególnie niebezpieczne jest to, że takiego poczucia nabierają ludzie wykształceni.

Wycofują się przede wszystkim ludzie o poglądach centrowych.

- Kim oni dokładnie są, trudno powiedzieć, bo na tę grupę składają się ludzie o różnych poglądach, których łączy odrzucenie radykalizmów: lewicowego i prawicowego, a także tacy, którzy nie myślą w tych kategoriach. Wygląda na to, że polskie centrum jest czymś innym niż coś pośredniego między lewicą a prawicą.

Co ma Pan na myśli?

- W Polsce podział lewica-prawica oparty jest przede wszystkim na poziomie wartości, w mniejszym stopniu - ekonomicznym. Lewica toczy z prawicą batalię o rolę Kościoła, o aborcję i prawa różnych mniejszości. Tu brakuje miejsca na cokolwiek pomiędzy. W tej sytuacji bycie w centrum polega np. na podkreślaniu, jak coś należy zrobić, a nie na tym, co należy zrobić. To szukanie umiaru i przyzwoitości w polityce, to unikanie lewicowego czy prawicowego populizmu.

W efekcie ostatnich wydarzeń takich ludzi przybywa, bo zrażają się do języka konfrontacji. Ci, którzy jeszcze niedawno mówili, że są umiarkowanie prawicowi czy lewicowi, teraz - bez zmiany poglądów - budzą się w centrum, bo partie centrolewicy i centroprawicy oddaliły sie od nich ku skrajnościom. I nie widzą na razie partii, która mogłaby ich należycie reprezentować.

A Platforma? Zaczynała jako partia centrum, a teraz idzie w prawo.

- PO uznała, że wybory rozstrzygną się na prawicy. Tam jest silna konkurencja PiS i LPR, więc PO się radykalizuje. Liczy, że parę procent stamtąd uszczknie, a z centrum jakoś to będzie - bo nie ma rywali, bo ludzie o umiarkowanych poglądach - mając do wyboru PO, PiS i LPR - z bólem, ale zagłosują na Tuska i Rokitę.

W mojej ocenie mogą się przeliczyć. Jest to moment wielkiej szansy dla sensownej partii prawdziwego centrum. Potencjał jest ogromny. Zwłaszcza że przy ważniejszych głosowaniach, np. przy referendum unijnym, okazuje się, że partie mają znaczny wpływ na to, co ludzie ostateczni robią, jak głosują, a ich programy ciągle stanowią punkt odniesienia dla wyborców.

Chodzi Panu o formację nową, czy istniejącą?

- Raczej istniejącą. Może SdPl, a może - jeśli się przeorientuje - UP. W obydwu przypadkach taka zmiana retoryki na bardziej centrową musiałaby się jednak odbyć kosztem ich dotychczasowego elektoratu - wyraźnie lewicowego.

Dlatego największe szanse ma tu UW, które w centrum jest od zawsze. Zwłaszcza że jej politycy, przy różnych pretensjach, jakie można do nich mieć, dawali poczucie, że są osobami wielkiej klasy, z wizją i oddani dobru publicznemu, a na dodatek prawdopodobieństwo machlojek było przy nich dość niskie, co już samo w sobie w naszym kraju jest niebagatelną kwalifikacją do rządzenia. Przy nich naprawdę można było zostawić bez obaw otwarty portfel

Posła Pęczaka wykazującego się zresztą znajomością rzeczy i jego unikalnej wiedzy o kilku rodzajach przyciemnionych szyb w mercedesie, nawet nie warto porównywać do takich ludzi jak Kuroń, Geremek, Mazowiecki czy Balcerowicz. Tyle że Unia Wolności musi jasno zaoferować nową jakość programu. Wyborcy nie spadną z nieba.