Cały świat je chińskie warzywa

Rewolucja może doprowadzić do tego, że Chiny będą nie tylko "fabryką świata", ale jej sadem owocowym i ogrodem warzywnym
Chińscy producenci pomidorów próbują opanować rynek Italii - zaalarmowała w tych dniach prasa włoska. Pochodzące z Chin puszki "pomodori pelati", czyli wypełnione całymi pomidorami bez skórki, zaprezentowano w sobotę na odbywającym się w Cernobbio (północne Włochy) Międzynarodowym Forum Rolnictwa i Żywności tytułem ostrzeżenia. Pomidory przygotowane na włoski rynek zauważył włoski przedsiębiorca, który odwiedzał targi żywności w Paryżu, i przywiózł je do kraju. Tylko w rogu etykiety małymi literami zasygnalizowano, że produkt jest "made in China". Okazało się, że producent pomidorów, firma Chalkis Tomato, należy do chińskiej armii, która mimo zakazów nadal prowadzi działalność gospodarczą. Nie wyklucza się, że pseudowłoskie pomidory są już sprzedawane w niektórych sklepach.

Minister rolnictwa Gianni Alemanno nawołuje do obrony rodzimych artykułów. Nie ukrywa jednak, że będzie to trudne, bo chińskie konserwy są po prostu o wiele tańsze.

Amerykanie protestują

Światowe supermarkety są zasypane warzywami i owocami z Chin. Na globalnym rynku ogrodniczym i sadowniczym zaczyna się era tego kraju. Chińczycy produkują już połowę warzyw i melonów na świecie. W latach 80. np. najwięcej jabłek produkowano w USA, dziś Chińczycy produkują cztery razy więcej od Amerykanów. Do eksportu wzięli się niedawno, ale z dużym powodzeniem. Odbili już z rąk amerykańskich producentów rynek singapurski.

Czy kto przewidywał trzy lata temu, gdy Chiny weszły do Światowej Organizacji Handlu (WTO), że staną się pierwszym światowym producentem przecieru pomidorowego i koncentratu jabłkowego?

Jak do tego doszło? Przyczyną jest globalizacja. Gdy Chiny wchodziły do WTO, najbardziej obawiano się, jak to zniesie wieś z jej 800 mln mieszkańców. Chłopu uprawiającemu ręcznie małe poletko nie dawano szansy w konfrontacji z zachodnim, mocno subsydiowanym i zmechanizowanym farmerem. Na razie jednak, jeśli ktoś złorzeczy, to farmerzy z Kalifornii. Ich związki oskarżają Państwo Środka o ciche subsydiowanie rolnictwa i żądają, by kandydaci do amerykańskiej prezydentury coś z tym zrobili. W ustach beneficjentów miliardowych subsydiów takie żądania brzmią wręcz nieprzyzwoicie.

Globalizacja okazała się tak korzystna dla Chin, że w negocjacjach na forum WTO chcą się one stać rzecznikiem dalszej liberalizacji światowego handlu i obniżania ceł.

Rodzimy agrobiznes

Tym razem ekonomiści, którzy przewidywali, jak świat się zmieni po wejściu Chin do WTO, nie mieli racji. O tym, jak i dlaczego prognozy rozminęły się z rzeczywistością, pisze "Far Eastern Economic Review" z Hongkongu. Od przeciętnego gospodarstwa chińskiego w świat droga jest daleka. Jednak już na początku lat 90. do nadmorskiej prowincji Shandong trafili Japończycy i Koreańczycy z Południa, wnosząc inwestycje i technologię. Rozdawali nasiona i kontraktowali warzywa.

W ostatnich latach zainstalował się tam rodzimy agrobiznes. W większym stopniu zmienia rzeczywistość niż centralni planiści w Pekinie. W Shandongu, prowincji, w której Żółta Rzeka uchodzi do morza, jedną z takich eksportowych spółek rolno-przetwórczych jest "Duży Smok", Longda Foodstuff Group Co. Ma gospodarstwo rolno-przetwórcze o powierzchni 1,3 tys. ha, z hodowlą świń i uprawą warzyw przerabianą na miejscu. Produkuje na eksport do Japonii. Jednocześnie firma podpisała jednoroczne kontrakty z 400 tys. rolników z prowincji. Agronomowie firmy kontrolują ich produkcję na każdym kroku i firma może w każdej chwili wypowiedzieć im umowę.

Między kombinatem a rolnikiem jest jeszcze pan Song, podwykonawca. "Far Eastern" odnalazł go na polu. 57-letni komendant wiejskiej policji stwierdził, że warzywa się bardziej opłacają, i zmienił zawód. Na zlecenie Longda Foodstuff organizuje i nadzoruje produkcję. W okamgnieniu pobiera zlecenie, powiedzmy na cebulę, jedzie do magazynu po nasiona i nawozy i skrzykuje rolników. Zarabia na tym rocznie 5 tys. dol., dwa razy tyle co na poprzedniej posadzie. Tacy jak on stają się nową arystokracją wiejską. Pan Song buduje dom i kupił samochód.

Podobnie dzieje się i w innych prowincjach na wschodnim wybrzeżu, najbliżej rynków. W głębi lądu sytuacja oczywiście wygląda inaczej.

Nie tylko zboże

Mimo postępu wiele produktów chińskiego rolnictwa wciąż nie spełnia światowych standardów. Chłopi zatruwają pola nadmierną ilością nawozów i pestycydów, na niedoinwestowanej wsi brakuje nowoczesnych chłodni i przechowalni. Ale to się zmienia. Richard Herzfelder, amerykański ekspert rolny mieszkający na stałe w Szanghaju, oceniał trzy lata temu, że tamtejszym sadownikom zajmie co najmniej dziesięć lat dorównanie amerykańskim. - Ale oni idą do przodu dwa razy szybciej, niż sądziliśmy - mówi.

Od kilku lat zmienia się struktura upraw. Miejsce pól zbożowych zaczynają zajmować okryte plastikiem tunele z warzywami. Od 1995 r. powierzchnia upraw warzyw wzrosła o 89 proc., a sadów o 16 proc., podczas gdy zbóż zmalała o 10 proc.

Od ubiegłego roku wzmocniono prawa rolników do dzierżawionych przez nich poletek. Rolnicy mogą je też podnajmować, co chętnie robią i przenoszą się do miast szukać lepszego zarobku. Nagle pojawiła się możliwość scalenia maleńkich skrawków ziemi w większe gospodarstwa.

Do poprawy struktury gospodarstw przyczynia się już teraz masowa urbanizacja. Największa w historii świata. Rząd przewiduje, że do 2020 r. do miast przeniesie się 300 mln osób. Gospodarstwa staną się większe, a z drugiej strony - wzrośnie popyt na żywność.

Chiny rozbudowują krajową sieć drogową. Dzięki temu odległe gospodarstwa mogą hodować nietrwałe produkty jak truskawki czy sałatę i dostarczać je do miast na sprzedaż.

Ale najważniejsza jest dokonująca się na górze zmiana myślenia. Od 1998 r. do roku ubiegłego plony zbóż w Chinach spadły z 512 do 431 mln ton (o tyle, ile wynoszą całe zbiory w Kanadzie). Zaskakujący był spokój władz, jaki temu towarzyszył. W myśleniu rządzących o wsi dominował przez lata dogmat samowystarczalności w zakresie podstawowych zbóż jako gwarancji suwerenności. Chiny zostały ciężko doświadczone głodem, mają na tym punkcie obsesję. Ale dogmat blokował przemiany rolnictwa. Dziś do głosu dochodzą ci, którzy jak Huang Jikun, doradca premiera Wena, chcą traktować sprawę bezpieczeństwa żywieniowego bardziej elastycznie. Nie negując potrzeby wyprodukowania większości spożywanego zboża i ryżu w samych Chinach, są gotowi importować resztę, a pola przeznaczyć na sady i uprawę warzyw. Na nich wieś lepiej zarobi.

W ocenie "Far Eastern" tempo zmian w chińskim rolnictwie zależeć teraz będzie w dużej mierze od tego, jak szybko konserwatyści ustąpią pola zwolennikom urynkowienia rolnictwa.