Dwa i pół roku w Iraku wystarczy - pełny tekst wywiadu ministra obrony Jerzego Szmajdzińskiego dla "Gazety"

04.10.2004 00:00


Paweł Wroński: W "Trybunie" napisał Pan, że podczas każdego pogrzebu żołnierza, który zginął w Iraku, zastanawia się nad sensem misji w Iraku i za każdym razem dochodzi Pan do wniosku, że jest to misja "czysta i szlachetna".

Jerzy Szmajdziński, minister obrony narodowej: Myślę o tym podczas pogrzebów, podczas wizyt w szpitalach, gdzie leżą nasi ranni żołnierze, podczas rozmów z dowódcami w Iraku. Uważam, że misja jest słuszna i utwierdzam się w tym przekonaniu, gdy widzę, co w Iraku się dzieje i jak zmienia się opinia w tej sprawie państw europejskich.

Dziś nawet te państwa, które krytykowały wojnę w Iraku, zmieniły zdanie co do konieczności utrzymania w tym kraju wojsk. W tej sprawie nie ma już konfliktu między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi czy konfliktu wewnątrz NATO. Przecież Sojusz podjął decyzje o udziale w szkoleniu irackiej Gwardii Narodowej.

Czy podobne zdanie mają Pana żołnierze?

- Kiedy byłem w szpitalu w Karbali i odwiedzałem naszych rannych, jeden z nich mówił, że jeszcze tydzień poleży i wraca do linii. Ja mówię: "O nie, pan wraca do kraju", a on na to: "Niemożliwe, ja tu zostaję". Mogłem przypuszczać, że chce się popisać przez ministrem, ale on powtarzał to lekarzom i pielęgniarkom.

Ci żołnierze traktują swoją misję jako ważny punkt w swojej karierze żołnierskiej. Nie chodzi tylko o zarobki - każdy z nich wie, że gdy przyjdzie do podpisywania kolejnych kontraktów na służbę na innym stanowisku, ich doświadczenie z Iraku może mieć znaczenie pierwszoplanowe.

Poza tym żołnierze - z czego nie zdają sobie sprawy politycy, którzy protestują przeciwko naszemu udziałowi w misji stabilizacyjnej - wiedzą, że naszym podstawowym celem jest pomaganie społeczeństwu irackiemu. Oni to wiedzą, bo przecież żołnierze pomagają w budowie szkół, ośrodków zdrowia, administracji, szkolą policjantów i gwardzistów. Spotykają się z wyrazami uznania. Więcej jest gestów przyjaznych niż nieprzyjaznych.

Naprawdę, gdy rozmawia się z gubernatorami, przedstawicielami lokalnej administracji, lokalnymi przywódcami religijnymi i klanowymi, słychać przede wszystkim wyrazy wdzięczności. O to, aby polscy żołnierze pozostali w Iraku, prosił premier tego kraju Ijad Alawi i prezydent Ghazi al Jaur.

To paradoks, ale sprzeciw wyrażany jest niestety najczęściej poprzez ostrzeliwanie naszych żołnierzy i zakładanie pułapek minowych na drogach.

Zapraszam Leppera i Giertycha do Iraku

A jak żołnierze reagują na opinię niektórych polskich polityków, który twierdzą, że jesteśmy tam okupantami i że polscy żołnierze są najemnikami, którzy służą za pieniądze?

- Bardzo źle. Niestety to, co mówi się w kraju, szybko dochodzi do Iraku w formie pisanej - są tam przecież nasze gazety - oraz przez telewizję Polonia.

Ja wiem, że w przypadku polityków PSL, zwolenników Andrzeja Leppera czy Romana Giertycha tego rodzaju sformułowania mają charakter polityczny, przedwyborczy, ale nasi żołnierze odczuwają to gorzej. Oni w tej trudnej misji mają prawo oczekiwać wsparcia ze strony polskich polityków. Nie wiem, czy polska klasa polityczna jest w stanie rozumieć, że wysiłek żołnierski, pewność działania żołnierzy jest większa, gdy takie poparcie istnieje.

Mówi Pan o wyborczym charakterze tych wypowiedzi, a przecież te ugrupowania wyrażały już wcześniej sprzeciw wobec misji.

- W chwili gdy toczyła się dyskusja i rząd podejmował najważniejsze decyzje w sprawie Iraku, Jarosław Kalinowski, ówczesny prezes PSL, oraz minister Stanisław Żelichowski z PSL byli w rządzie. Wówczas tych protestów jakoś nie słyszałem.

Może, skoro jest taki dysonans między opinią żołnierzy a polityków, zaprosiłby Pan ich do Iraku?

- Nie wyrażali takich chęci, ale jeśli pan Wojciechowski, pan Giertych czy Lepper zgłosiliby taki postulat, to mogę im umożliwić wyjazd. Obiecuję zapewnić pełne bezpieczeństwo.

Parlamentarzyści z komisji obrony narodowej, którzy już tam byli, podkreślali, że wizyta bardzo zmieniła ich perspektywę.

Co ciekawe, w polskiej dyskusji dotyczącej Iraku jest ogromny polonocentryzm. Można by przypuszczać, że są tam tylko Amerykanie i Polacy. Nikogo innego nie ma. Jednak są tam przecież żołnierze państw Unii Europejskiej, państw NATO, nasi sąsiedzi. Udział w misji irackiej to nie polska fanaberia czy też fanaberia tego rządu, lecz decyzja wielu krajów.

Równocześnie trzeba podkreślić, że Polska jest tam bardzo ważnym elementem. Nasza ewentualna decyzja o natychmiastowym wyprowadzeniu wojsk mogłaby bowiem spowodować efekt domina. Z Iraku wycofałoby się o wiele więcej państw. Stąd konsekwencje takiej decyzji byłyby bardzo poważne.

Wybory mają ogromne znaczenie...

Mówi Pan, że naszym podstawowym celem jest pomoc dla społeczeństwa irackiego. Jednak Irakijczycy mogą uznać, że to, co oferują im Amerykanie, jest sprzeczne z ich interesem narodowym. Co wówczas?

- Amerykanie deklarują chęć przestrzegania kalendarza politycznego. Powstała Rada Narodowa, rząd tymczasowy, który ma akceptację ONZ. Obecnie dążą do przeprowadzenia wyborów powszechnych i tym samym przekazania władzy w ręce samych Irakijczyków. Czy to jest sprzeczne z interesem narodu irackiego?

Amerykanie mogą jednak dążyć do tego, by władzę w Iraku objęli nie ci, których wybierze naród, ale ci, którzy są przyjaźnie nastawieni do USA.

- Myślę, że nie ma takiego niebezpieczeństwa. Obowiązująca obecnie rezolucja ONZ nr 1546 zakłada przeprowadzenie wyborów oraz to, że po roku ONZ oceni efekty jej działania. Dlatego myślę, że USA naprawdę zależy, by w wyborach zostali wybrani autentyczni przedstawiciele narodu irackiego.

Twierdzi Pan, że styczniowe wybory mogą być punktem zwrotnym dla Iraku. Czy podtrzymuje Pan taką opinię, widząc, co się tam dzieje? Liczba zamachów i ofiar nieustannie wzrasta.

- Są rejony bardzo niebezpieczne. Samarra, o którą toczą się walki, al Falludża, Ramadi, Miasto Sadra w Bagdadzie. Niestety. obawiam się, że im bliżej będzie do wyborów, tym bardziej sytuacja będzie się zaostrzać. Zastanawiam się, czy w takich warunkach nie jest potrzebna inicjatywa polityczna, która dałaby szansę na zawieszenie broni z obu stron. Pozwoliłaby sprawdzić, czy niektóre ugrupowania, które dążą do realizacji swoich celów przemocą, zdolne są do działania w ramach politycznych. Można też w ten sposób sprawdzić, na ile do destabilizacji Iraku dążą siły z zewnątrz.

Niestety, nie znam odpowiedzi na pytanie, czy taka inicjatywa przyniesie skutek i czy w ogóle jest realna.

Jakie jednak praktyczne znaczenie będzie miało przeprowadzenie wyborów?

- Ogromne. Po raz pierwszy od wielu lat Irakijczycy będą mieli własne, przez siebie wybrane władze, z mandatem ONZ. Wówczas zwiększy się skuteczność działania irackich sił bezpieczeństwa, które dzisiaj w części, niewielkiej części, zachowują się dwuznacznie. Proszę zrozumieć tych ludzi. Oni są obecnie przez terrorystów uważani za zdrajców. Nie wiedzą jednak, kto będzie rządził w przyszłości - czy sunnici, którzy mieli dotychczas polityczny monopol, czy szyici, którzy są w Iraku większością, a może zwolennicy Muktady as Sadra? Oni obawiają się, że także przyszły rząd, legalnie wybrany, może ich uznać za zdrajców. Takie wahanie się widać podczas pierwszej i drugiej rebelii Muktady as Sadra.

...i muszą się odbyć w całym Iraku

Amerykański sekretarz obrony Donald Rumsfeld dopuszcza, że wobec panującej w Iraku sytuacji wybory mogłyby się nie odbyć w części kraju.

- Byłoby bardzo źle, gdyby doszło do takiej sytuacji. Lokalne wybory mogą się gdzieś nie odbyć, ale nie wybory powszechne. Wynik niepełnych wyborów nie zostałby zaakceptowany przez społeczność międzynarodową. Przede wszystkim zostałby zakwestionowany przez samych Irakijczyków.

Czy państwa islamskie po wyborach zaakceptują powstanie nowego rządu irackiego?

- Jeśli wybory będą miały charakter powszechny i demokratyczny, to nie widzę podstaw, by nie zaakceptowały.

Sytuację w Iraku miało poprawić wprowadzenie do Iraku w ramach kontyngentu pokojowego wojsk z państw islamskich i arabskich. Czy po wyborach będzie to możliwe?

- Raczej wątpliwe.

Wychodzimy z końcem 2005 r.

Polska już zapowiedziała, że po wyborach i wprowadzaniu w naszą strefę sił bezpieczeństwa będzie "znacząco redukować" nasz kontyngent. Jak na to zareagowali Amerykanie?

- Spokojnie. Uznali, że jest to nasza decyzja. Podobnie jak spokojnie reagowali na decyzje rządów Hiszpanii, Hondurasu, Dominikany czy zapowiedź zakończenia po dziewięciu miesiącach misji przez Holandię.

W wypowiedziach prezydenta, premiera i Pańskich dotyczących redukcji kontyngentu jest coś jeszcze. Mianowicie zapewnienie, że jeśli wybory zostaną przeprowadzone, będziemy dążyć do dalszego ograniczenia wojsk. Jaka jest w takim razie data graniczna całkowitego wycofania kontyngentu polskiego z Iraku?

- Moim zdaniem taką graniczną datą powinna być data wygaśnięcia rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1546.

Termin wygaśnięcia tej rezolucji to koniec 2005 r.

- To zarazem powinien być termin wycofania naszych wojsk. Nie oznacza to oczywiście, że gdyby misja stabilizacyjna była kontynuowana, polskie wojsko zupełnie wycofałoby się z Iraku. Pozostałaby jednak zapewne tylko jakaś grupa oficerów, np. w sztabach, ośrodkach szkoleniowych, może grupa obserwatorów. Do tego jednak potrzebna byłaby kolejna rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Poza tym, że istotną cezurą jest wygaśnięcie rezolucji ONZ, ważny jest jeszcze inny czynnik. Chodzi również o to, co nazywa się naszymi zdolnościami bojowymi. Nie oznacza to, że kończą się nasze zasoby, ale dwa i pół roku misji w tak trudnych warunkach dla armii, która dopiero osiąga nowe zdolności i wprowadza nowy sprzęt, to bardzo dużo.

Czyli dwa i pół roku wystarczy?

- Wystarczy. To racjonalny okres. Racjonalny, bo dokładnie wyliczony i gwarantujący największe bezpieczeństwo misji.

Co Polska zyskuje na udziale w misji w Iraku?

- Jeśli Irak będzie bardziej bezpieczny, to i cały świat będzie bardziej bezpieczny. Nasz kraj zyskał prestiż i wiarygodność, armia doświadczenie. Zawsze uważałem za uwłaczające naszym żołnierzom opinie, że jedziemy tam "tylko po to, by zarobić", że jedziemy tam dla pieniędzy.

Były ukraiński minister obrony Jewhen Marczuk pytany, dlaczego Ukraina bierze udział w misji stabilizacyjnej, powiedział: "Dziś jest to państwo zniszczone przez Saddama Husajna i wojnę, ale przecież znajduje się w niesłychanie istotnym punkcie globu, dysponuje ogromnymi zasobami ropy. W przyszłości zapewne podźwignie się i wówczas jego obywatele będą pamiętać, że gdy było trudno, pomogliśmy im". Ja się pod tymi słowami podpisuję.

Skomentuj:
Dwa i pół roku w Iraku wystarczy - pełny tekst wywiadu ministra obrony Jerzego Szmajdzińskiego dla "Gazety"
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane