Detektyw sklepowy: Dziennikarz ukradł czajnik. Radca prawny trzy żarówki. Policjant chciał się popisać

Ewa Jankowska
Poruszają się po sklepie niczym zwyczajni klienci. Nie wyróżniają się z tłumu. Jeśli na dworze pada, mają przy sobie parasolki, jeśli jest zimno - noszą kurtki. Czasem wrzucą jakiś produkt do koszyka, nieraz wezmą z półki rzecz do przymierzenia. Nigdy nic nie kupują. Ich cel jest zupełnie inny: złapać złodzieja.

Ochroniarz w mundurze, nawet najlepiej przeszkolony, ma podstawową wadę - jest doskonale rozpoznawalny. Złodziej od razu wie, na kogo uważać. Właściciele sklepów zatrudniają więc kogoś jeszcze - człowieka, który działa incognito, tzw. detektywa sklepowego. Obserwuje on klientów i ma oko na tych "podejrzanych". Ale nic nie zrobi, dopóki potencjalny złodziej nie przekroczy linii kas. Jak żartuje Jacek, która w branży ochroniarskiej pracuje od 14 lat, klient może włożyć nawet 10 flakonów perfum pod kapelusz, powypychać kieszenie pistacjami, włożyć na siebie pięć T-shirtów, ale dopóki jest w sklepie, nie grozi mu nic.

Jak poznać złodzieja?

- Trzeba mieć intuicję - przekonuje Jacek. - Patrzysz  i od razu widzisz, że coś jest nie tak, że to nigdy nie był, nie jest i nie będzie uczciwy człowiek. Tę intuicję wypracowuje się latami. Potem jesteś już jak ten więzień, który bez zegarka wie, która jest godzina - dodaje.

Kamil przez dwa i pół roku pracował jako detektyw sklepowy i operator monitoringu. "Twarz złodzieja" uczył się rozpoznawać przez kilka miesięcy. Nie miał żadnego doświadczenia w pracy w ochronie. - Przez pierwsze pół roku na stanowisku nie ująłem ani jednej osoby. Kierownik uprzedzał mnie, że tego trzeba się nauczyć, kumatym, jak powiedział, zajmuje to dwa, trzy miesiące, mi zajęło trochę dłużej. Potem ujmowałem już 10-15 osób miesięcznie - opowiada.

Pracownik ochrony może ująć potencjalnego złodzieja dopiero za linią kas (fot: Marcin Stępień/ Agencja Gazeta)
Pracownik ochrony może ująć potencjalnego złodzieja dopiero za linią kas (fot: Marcin Stępień/ Agencja Gazeta)

Precyzuje cechy, na które zwraca uwagę. - Osoba pod wpływem alkoholu, niechlujnie ubrana - do obserwacji. Młodzież z plecakami - do obserwacji. Starsza osoba z reklamówką - do obserwacji - wymienia i opowiada o pewnej seniorce: - Do sklepu wchodzi kobieta około siedemdziesiątki, bierze wózek. Reklamówkę, z którą przyszła, wiesza na nim. I właśnie do reklamówki wkłada część produktów. Kasjerka może klientowi zajrzeć wyłącznie do wózka, więc to, co zostanie przemycone w reklamówce, uchodzi jej uwadze. Jeżeli detektyw nie wyłapie, że babcia wrzucała coś do swojej torby, towar przepadł - tłumaczy Kamil.

Kamil zwraca również uwagę na podejrzane zachowania. - Jak ktoś się rozgląda, sprawdza, gdzie stoi ochrona, albo obserwuje sufit w poszukiwaniu kamer - do obserwacji. Był taki jeden pan. Na oko 40 lat, dobrze ubrany, niczym się niewyróżniający. Chodził po sklepie i ciągle patrzył w górę. Sprawdzał zapewne, które kamery są obrotowe, które stałe. Podejrzewaliśmy, że to były pracownik ochrony, bo znał się na rzeczy. Jeśli kamera go nie śledziła, brał trzy butelki popularnej whiskey, wkładał je do plecaka i wychodził - opowiada.

Łukasz, który pracował między innymi w sklepach z odzieżą, jest wyczulony na inne zachowania, na przykład widoczne zdenerwowanie. - Taką nerwową osobę się śledzi. Jeśli dużo czasu spędziła w przymierzalni, powiadamia się operatora monitoringu, żeby zwrócił uwagę, czy nie leżą gdzieś "na sklepie" fragmenty zabezpieczeń - stałe, w postaci klipsów, albo miękkie - w postaci wszywek, które potencjalny złodziej wcześniej usunął z towaru - opowiada. Łukasz przyłapał raz mężczyznę, który zarzekał się, że nic nie ukradł. Okazało się, że włożył na siebie dwa T-shirty. Inny przekonywał, że światło w przymierzalni jest niewystarczająco dobre, więc chciał sprawdzić, jak prezentuje się w nowym ubraniu w świetle dziennym.

Grzegorz - w branży od połowy lat 90.: - Ta praca to stan umysłu. Każdy wypracowuje sobie własne techniki wykrywania złodzieja. Na to, czy ktoś jest nerwowy czy nie, nigdy nie zwracam uwagi. Dla mnie sygnałem, że coś jest nie tak, jest jakaś niespójność w wyglądzie, zachowaniu. Jako detektyw sklepowy zawsze patrzyłem na buty. Na przykład: wchodzi do sklepu mężczyzna bardzo dobrze ubrany, schludny. Ale buty ma brudne, powycierane. W 90 procent przypadków okazuje się, że to złodziej.

Detektywi sklepowi obserwują zakupowiczów, dla każdego podejrzane jest inne zachowanie (fot: Shutterstock.com)
Detektywi sklepowi obserwują zakupowiczów, dla każdego podejrzane jest inne zachowanie (fot: Shutterstock.com)

Jakuba, który przez kilka miesięcy pracował w dużej sieci księgarń, uczono, żeby zwracał przede wszystkim uwagę na obcokrajowców i młodych chłopaków ubranych na sportowo, z plecakami. - Przykro to mówić, ale stereotypy często się sprawdzały - twierdzi. Pamięta mężczyznę z Bliskiego Wschodu, elegancko ubranego, ze złotym zegarkiem, który wyniósł ze sklepu cztery zestawy klocków.

Jakub uważnie przyglądał się również dzieciom. - Pamiętam takiego ośmiolatka. Ściągnął z wieszaka magnes na lodówkę ze swoim imieniem, wyciągnął z opakowania i włożył  do kieszeni. Nie widział, że ktoś go obserwuje. Gdy przeszedł przez bramki, aktywowałem je zdalnie za pomocą pilota - opowiada. Od razu skontaktował się z rodzicami chłopca. - Okazało się, że jest pół-Polakiem, pół Tajem. Do sklepu przyjechał jego ojciec, Tajlandczyk. Sytuacja była absurdalna, bo mężczyzna nic nie rozumiał po polsku i rozmowę między mną, nim a policjantem musiał tłumaczyć syn - opowiada Jakub. Ostatecznie ojciec zapłacił za magnes, a chłopca pouczono.

Sytuacja staje się poważniejsza, jeśli dziecko pod nieuwagę mamy czy taty wrzuci rodzicom do torby jakąś zabawkę. - Potem mamy się bardzo dziwią, że coś "ukradły". Rodzice odpowiadają za swoje dzieci. Nieumyślność czynu jest okolicznością łagodzącą, ale nie wyklucza odpowiedzialności - mówi Grzegorz.

Jak kradną?

Detektywi sklepowi niechętnie opowiadają o technikach kradzieży stosowanych przez złodziei, żeby przypadkiem nikomu nie podpowiedzieć, jak wynieść towar ze sklepu.

Zdradzają, że ludzie są zdolni schować skradziony produkt wszędzie  - do kaptura, pod kapelusz, do plecaka, pod spódnicę, uprzednio usuwając z niego zabezpieczenie. Przeklejają również etykietki z kodem kreskowym z tańszych produktów na droższe. Kupują krojoną wędlinę czy ser, po czym zrywają z nich opakowania i towar wkładają luzem do kieszeni.

Jak mówi Grzegorz, złodziej zazwyczaj chodzi z towarem po sklepie. Ukrywa go dopiero tam, gdzie kamer jest mniej, a ochrona rzadziej zagląda - przy produktach najtańszych, na przykład wacikach.

Jacek opowiada historię kobiety, która wzięła z półki flakon perfum i poszła z nim do przymierzalni. - Wychodzi już bez perfum. Sprawdzamy przymierzalnię - nic. Zatrzymujemy panią za kasami i przeszukujemy - nic. Wzywamy policję. Patrol zabiera panią na zaplecze, po trzech godzinach wychodzi na jaw, jak głęboko ukryła towar. Okazało się, że włożyła go do... pochwy - opowiada.

Kim jest złodziej?

- Kradną alkoholicy, narkomani, kleptomani. Ci ostatni nie zdają sobie sprawy z tego, że coś wynoszą. Przychodzą ciągle do tych samych sklepów. Znaliśmy ich, zawsze przy bramkach konfiskowaliśmy im towar. Nie wzywaliśmy policji, nie wyciągaliśmy wobec nich konsekwencji, bo to choroba - tłumaczy Grzegorz.

Zdarzają się też złodzieje zaskakujący. - Raz ujęliśmy prawnika. Ukradł masełko za kilkadziesiąt groszy, bo się z kimś założył, że coś wyniesie ze sklepu. Obiecałem sobie, że mu nie odpuszczę. Doprowadziliśmy do tego, że został usunięty z palestry. Dziś masełko, jutro coś droższego, żeby było jeszcze weselej - opowiada Grzegorz.

Jacek mówi, że nakrył na kradzieży policjanta, dziennikarza, radcę prawnego. - Policjant był na urlopie, chciał się chyba popisać przed młodszą partnerką i wyniósł ze sklepu whiskey. Dziennikarz ukradł czajnik. Radca prawny trzy żarówki - wymienia.

W okresie świątecznym złodziei jest więcej, łatwiej jest też ukraść, bo są tłumy (fot: Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta)
W okresie świątecznym złodziei jest więcej, łatwiej jest też ukraść, bo są tłumy (fot: Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta)

Zdarza się, że kradną osoby, które nigdy wcześniej nie popełniły żadnego przestępstwa. - Mamy często do czynienia z dramatami życiowymi. Przyłapaliśmy kiedyś na kradzieży starszą panią. Chciała wynieść ze sklepu jedzenie. Okazało się, że to pani profesor, której się w życiu popsuło, bieda zmusiła ją do kradzieży. Przyjechała policja, ale namówiliśmy ich, żeby jej odpuścili. Udało nam się znaleźć dla tej pani pracę w sklepie. Zaczynała od sprzątania. Po kilku miesiącach już była na kasie - opowiada.

Grzegorz nigdy nie zapomni mężczyzny, który ukradł telefon komórkowy za 2,5 tysiąca złotych. - Obiecał synowi telefon na święta, nie spodziewał się, że zostanie zwolniony z pracy w listopadzie, w trybie natychmiastowym. A zajmował stanowisko dyrektorskie. To był elegancki mężczyzna, w dobrym płaszczu. Usunął zabezpieczenie z telefonu i schował go do walizki. Miał pecha, bo nie tylko ukradł towar powyżej 500 złotych, co jest już przestępstwem, a nie wykroczeniem, ale również usunął zabezpieczenie, co w świetle prawa traktowane jest jak włamanie. Założono mu sprawę karną. Człowiek zniszczył sobie życie - opowiada Grzegorz.

Co znaczy "kraść na chama"?

Osobną kategorią złodziei, która szczególnie uaktywnia się w okresie okołoświątecznym, są zorganizowane grupy przestępcze, kradnące na zlecenie. - Takie grupy często migrują po całej Polsce, najczęściej kradną w dużych obiektach. Do sklepu wchodzą w kilka osób, część odwraca uwagę ochrony, pozostali wynoszą towar. Kradną często "na chama", są w stanie zdjąć telewizor z ekspozycji, wyjechać ze sklepu z całym wózkiem produktów za kilka tysięcy złotych - mówi Grzegorz. Interesują ich towary najdroższe - sprzęt RTV AGD, perfumy, kosmetyki. Z produktów spożywczych - alkohole, czekolady, kawy, bombonierki. W dużych księgarniach - filmy, muzyka, gry komputerowe, klocki lego, gry planszowe. Oraz to, co jest w danym okresie, na przykład świątecznym, najczęściej reklamowane - najnowsze modele telefonów komórkowych, tabletów. Grupy często wysyłają do sklepu swojego "człowieka", który zatrudnia się na kasie albo w magazynie i przekazuje towar kolegom, albo kasuje tylko najtańsze produkty.

W grupie złodziei, która napada na sklep, są często również osoby nieletnie. - Ochroniarz złapie takiego młodego, któremu praktycznie nic nie grozi - sprawa kierowana jest dalej do sądu rodzinnego - i musi z nim czekać na rodziców, nie wykonuje więc swoich obowiązków. W tym czasie reszta złodziei działa - wyjaśnia Grzegorz.

Złodzieje "pracujący" w pojedynkę albo w duetach mają mniejsze szanse na umknięcie ochroniarzom. Często kradną więc produkty do 500 złotych, żeby w razie ujęcia odpowiedzieć za popełnienie wykroczenia, nie przestępstwa. - Policja najczęściej takiemu złodziejowi wlepia mandat. A on następnego dnia wraca "na sklep" i podejmuje kolejną próbę kradzieży. Ten system nie działa - przekonuje Kamil.

Jacek ma inny problem z "zawodowymi" złodziejami. - Pochodzę z niewielkiej miejscowości. Tu nikt nie jest anonimowy. Nie muszę mieć na sobie munduru, żeby wszyscy wiedzieli, kim jestem - twierdzi. Złodzieje, na których "polował", obserwowali sklep od rana, upewniali się, że ochrona jeszcze nie przyszła na zmianę, znali doskonale grafiki jej poszczególnych pracowników. - Rozpracowanie takich profesjonalnych złodziei to nie lada sztuka, trzeba być cwanym, spostrzegawczym, odważnym, doskonale znać metody kradzieży. I ciągnąć złodziei za język - żeby pozbyć się konkurencji, jedni często donoszą na drugich - opowiada.

Kto chroni?

Grzegorz, który przeszedł prawdopodobnie przez wszystkie szczeble kariery w ochronie - dziś przeprowadza między innymi audyty bezpieczeństwa w firmach i szkoli pracowników ochrony - przekonuje, że przepisy prawa dotyczące tej branży są tak skonstruowane, że często dochodzi do patologii. Przede wszystkim - aby zostać detektywem sklepowym, nie trzeba mieć żadnych kwalifikacji.

- Pracownicy nie są wyszkoleni, często na stanowiskach detektywów sklepowych zatrudniani są za najniższą krajową studenci, osoby bez żadnego doświadczenia w pracy w ochronie, albo byli policjanci czy wojskowi, którzy nie wiedzą, że teraz ich uprawnienia są zupełnie inne. Pracownicy nie znają swoich praw, nie wiedzą, jak prawidłowo przeprowadzić interwencję. Nie umieją się też odpowiednio zachować - używają toksycznych sformułowań typu: "co ma pan w tej torbie?", "chce pan mieć problem?", a to wywołuje agresję. Trzeba przedstawić się z imienia i nazwiska, wyjaśnić na spokojnie, dlaczego przeprowadza się interwencję - tłumaczy.

Brak umundurowania? Jeśli ktoś wykonuje obowiązki ochroniarza, działa na mocy Ustawy o ochronie dóbr i mienia, a według niej powinien być w mundurze. Ale sklepy próbują to obchodzić. - Pracownik działa zgodnie z art. 243 Kodeksu postępowania karnego w trybie ujęcia obywatelskiego, wedle którego każdy ma prawo ująć osobę na gorącym uczynku - mówi Grzegorz.

Kamil był operatorem monitoringu. Dopiero po kilku miesiącach nauczył się wyłapywać złodziei (fot: Shutterstock.com)
Kamil był operatorem monitoringu. Dopiero po kilku miesiącach nauczył się wyłapywać złodziei (fot: Shutterstock.com)

Detektyw sklepowy czy niekwalifikowany pracownik ochrony nie może mieć przy sobie żadnej broni, ale jak mówi Kamil, wielu pracowników nie przestrzega tego przepisu. Ze strachu. Noszą przy sobie na przykład gaz pieprzowy, który zresztą Kamilowi też się kiedyś przydał. - Sprawę z osobą podejrzaną o kradzież najczęściej wyjaśniamy w pomieszczeniu socjalnym. Zdarzyło się, że pewien mężczyzna zaczął mi grozić nożem. Szybko wyciągnąłem gaz pieprzowy z kieszeni i zażądałem, żeby schował nóż, bo może sobie narobić więcej kłopotów. Na szczęście mnie posłuchał - opowiada i przytacza historię zasłyszaną od swojego szefa: - W drodze z pracy do domu ochroniarza z małej miejscowości dorwało trzech mężczyzn - przyłapał wcześniej ich kolegę na kradzieży. Spuścili mu niezły łomot.

Jacek detektywem sklepowym już nie jest. Ale bywa, że tęskni za tą robotą, choć przyznaje, że praca jest ciężka i niedoceniana. - Człowiek jest non stop na nogach - od ciągłego stania i chodzenia mam zdeformowane stopy. Cały dzień jest naświetlany sztucznym światłem, pracuje w hałasie i musi mieć non stop oczy dookoła głowy. Zdarza się, że ktoś go zaatakuje - wylicza. - Ale polowanie na złodziei uzależnia. Jak złapiesz jakąś grubą rybę, to masz nie lada satysfakcję. Czasem przechodzę koło takiego dużego spożywczaka w Wałbrzychu i myślę sobie, że chciałbym tam kiedyś jeszcze stanąć.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: