Polscy lekomani. "Leki można dostać wszędzie, nawet w budce ze zniczami"

Ewa Jankowska
Polacy z roku na rok wydają coraz więcej pieniędzy na leki bez recepty, w tym suplementy diety. Przyjmują je w dawkach wielokrotnie większych, niż powinni. Środki przeciwbólowe łykają jak cukierki. Z lekami na receptę nie jest lepiej - nasenne czy silne przeciwbólowe zażywają garściami. A potem trafiają na odwyk. Albo umierają, bo doznali poważnych obrażeń wskutek wypadku spowodowanego brakiem koncentracji, utratą kontroli nad własnym ciałem.

Dorota codziennie po śniadaniu zażywa garść suplementów, między innymi witaminę C, D+K, magnez, cynk, witaminę B6, omega 3+, kurkumę z czarnym pieprzem, ashwagandhę [indyjski żeńszeń stosowany w medycynie ajurwedyjskiej - przyp. red.], zestaw witamin i minerałów w jednej kapsułce. Do tego lek na receptę - na zespół jelita drażliwego. W razie potrzeby łyknie lek przeciwbólowy, rozkurczowy lub przeciwbiegunkowy. Twierdzi, że cierpi na wiele dolegliwości, długo miała niską odporność i musiała ją odbudować po przewlekłej chorobie z dzieciństwa. Przekonuje, że jest pod kontrolą lekarza medycyny alternatywnej, bo zwykli lekarze nie byli w stanie jej pomóc - wyniki badań były prawidłowe, mimo to Dorota często chorowała. Zarzeka się, że odkąd przyjmuje leki, jej odporność się wzmocniła.

Kasia przez sześć lat kilka razy w tygodniu brała popularny lek przeciwbiegunkowy - nawet pięć razy dziennie. - Miałam biegunki na tle stresowym. Wiedziałam, że gdy znajdę się w miejscu, gdzie jest utrudniony dostęp do toalety lub gdzie będzie tłoczno, dostanę rozwolnienie. Łykałam lek jak witaminki - zwierza się. Nie wie, czy to lek pomagał, czy sam fakt, że go przyjmowała. Po kilku miesiącach straciła nad tym kontrolę. I zaczęła narzekać na silne bóle brzucha, mdłości, bardzo schudła. - Przy okazji badania kręgosłupa tomografem komputerowym wyszło na jaw, że mam coś na wątrobie. Okazało się, że to torbiel. Nie przyznałam się gastrologowi, że zażywam takie ilości leku przeciwbiegunkowego, powiedziałam jednak o problemie z rozwolnieniami. Badania nic nie wykazały, lekarz wysłał mnie więc do psychiatry. Okazało się, że cierpię na zaburzenia lękowe, dostałam lek na nerwicę - opowiada. Teraz Kasia przyjmuje leki przeciwbiegunkowe tylko w sytuacjach kryzysowych, co kilka tygodni. Ale przyznaje, że w chwili stresu jest w stanie wziąć nawet pięć tabletek na raz.

Polacy łykają leki garściami, te na receptę i te bez (fot: Shutterstock.com)
Polacy łykają leki garściami, te na receptę i te bez (fot: Shutterstock.com)

Marek nie funkcjonuje bez środków przeciwbólowych. Gdy tylko zaczyna boleć go głowa, od razu sięga po proszek. A ból wywołuje u niego, jak twierdzi, prawie wszystko - zmiana ciśnienia, zmęczenie, alkohol, siedzenie długo przed komputerem, stres. Bólu nie jest w stanie przetrzymać. Musiałby dwa dni leżeć w łóżku, a na to nie może sobie pozwolić. - Jeden dzień nie wystarcza. Ból wraca następnego dnia - mówi. Miesięcznie "zjada" od jednego do półtora opakowania leku na bazie ibuprofenu, czyli ponad 20 tabletek. Funkcjonuje tak od lat. Uważa, że to ten lek zniszczył mu jelita. - Mam problemy z wypróżnianiem, silne bóle brzucha, niekiedy w kale widzę krew. Ale z leków przeciwbólowych nie jestem w stanie zrezygnować - mówi.

"Poproszę ten lek, co w reklamie"

Według raportu firmy badawczej PMR Polacy wydają coraz więcej pieniędzy na leki - w 2014 roku było to ok. 9 mld zł, w 2018 już ponad 13 mld zł. Bezdzietny Polak przeznacza na leki bez recepty i suplementy ok. 25 proc. wartości miesięcznego koszyka zakupów spożywczych. Polska jest również w czołówce krajów Europy, jeśli chodzi o spożycie leków przeciwbólowych - zajmuje czwarte miejsce, zaraz po Francji, Grecji i Włoszech. Rocznie spożywamy ponad 100 mln opakowań, czyli wydajemy tylko na leki przeciwbólowe 2 mld zł. Polacy kupują również coraz więcej suplementów diety - w 2015 roku przeznaczyliśmy na nie ponad 3,5 mld zł,  w 2017 roku - 4 mld zł. W 2020 roku wartość tego rynku prawdopodobnie przekroczy 5 mld zł. Suplementy spożywa nawet 72 proc. Polaków, 48 proc. regularnie. Szacuje się, że zażywa je co najmniej troje na czworo dorosłych Polaków. Ten statystyczny zjada rocznie  minimum 130 tabletek witamin i minerałów. Zaledwie 17 procent rodaków konsultuje ich zażywanie z farmaceutą lub lekarzem. Co 10. osoba suplementy kupuje w Internecie.

- Klienci masowo kupują witaminę D, K2, B6, suplementy na włosy, zestaw ogólny witamin, coś na krążenie. Mają wtedy poczucie, że dbają o siebie - mówi Marta, farmaceutka. A Joanna, również pracująca w aptece, dodaje: - Ludzie skarżą się na długie kolejki do lekarzy, więc leczą się sami, zazwyczaj tym, co zobaczą w reklamie. Mówią: poproszę ten lek, co wczoraj reklamowali między jednym serialem a drugim.

Jeśli nie pamiętają nazwy, każą sobie pokazywać po kolei wszystkie opakowania. Albo kupują to, co mają już w domu, ale pod inną nazwą, bo może lek od innego producenta będzie skuteczniejszy. W sezonie jesienno-zimowym budzi się natomiast wiara w cudowne właściwości leków na przeziębienie. Marta opowiada: - Pacjent był u lekarza, nie dostał recepty na antybiotyk, bo ma infekcję wirusową, którą trzeba przeleżeć, więc przychodzi do apteki i pyta o jakiś "mix" na wszystkie dolegliwości. Ale czegoś takiego nie ma. Więc kupuje: lek przeciwgorączkowy, mimo że nie ma gorączki, do tego coś na katar, na kaszel. Pytam - na jaki? Mokry czy suchy? Nie wie. Mówi, żebym dała coś uniwersalnego, taki środek jak reklamowali w telewizji. Do tego witaminę C na odporność. I jeszcze lek z inozyną, którego przecież nie można łączyć z witaminą C, bo podnosi się poziom kwasu moczanowego, co skutkuje nawet uszkodzeniem nerek.

Grzechem polskiego pacjenta jest nieczytanie ulotek. Inna sprawa, że jeśli kupuje lek w listku czy saszetce - ulotki brak. Ale wydaje mu się, że skoro środek jest bez recepty, to nie ma działań niepożądanych. - Przychodzi do naszej apteki pan po lek przeciwbólowy z kofeiną. Bo boli go głowa. Codziennie wraca po nowe opakowanie. Ten lek zawiera między innymi aspirynę, która stosowana w nieodpowiednich dawkach może uszkodzić błonę śluzową żołądka i jelita cienkiego. Więc pan zażywa jeszcze coś na żołądek. Dodam, że jest po zawale, z astmą - opowiada Joanna. Inna pani od miesięcy przyjmuje znany lek na drogi moczowe, ale stosuje go nieprawidłowo. - Bierze go przez kilka dni, gdy objawy mijają, przestaje, a żeby zwalczyć chorobę, trzeba przejść odpowiednio długą kurację. Objawy więc wracają, ona znów bierze lek. I tak w kółko. Albo przychodzi pan po kolejną buteleczkę kropli do nosa. Można je stosować tylko przez kilka dni, a on przyjmuje je od miesięcy i już bez nich nie może oddychać. Podobnie z lekami na zgagę - mówię, że jeśli objawy nie ustępują, to trzeba się skonsultować z lekarzem. Pan na to: "Jakim lekarzem? Za miesiąc wizyta, a mnie zgaga męczy". Jak ma się nabawić wrzodów, to rzeczywiście lepiej niech łyka tę jedną tabletkę dziennie, ale bez diagnostyki to jest ślepa uliczka. Ale lekarz dla niektórych jest nieosiągalny, a raczej nieosiągalny względnie, bo "trzeba iść po skierowanie, a to musiałbym rano zająć kolejkę" - cytuje pacjentów Joanna.

Najbardziej przeraża ją to, ile leków kupują matki dla swoich dzieci. Nie wyjdą od lekarza, dopóki nie zagłuszą lęku o zdrowie dziecka. Co je uspokoi? Odpowiednio długa lista środków zaleconych podczas wizyty. Treść karteczek, z którymi przychodzą do apteki, Joanna może recytować z pamięci: - Wapno, inozyna, witamina C, suplement na odporność, tabletki na gardło, lek przeciwgorączkowy, rutinoscorbin, recepta na antybiotyk, jeśli "w ciągu trzech dni nie przejdzie", recepta na steryd do nosa. Z tego wszystkiego wystarczyłyby steryd, witamina C i ewentualnie coś na kaszel. Ale nie będę z zaleceniami lekarza polemizować. Oburzam się tylko wtedy, kiedy widzę, że lekarz przepisał dziecku z lekkim katarem np. cztery suplementy o bardzo podobnym składzie. Czasem widać po recepcie i zaleceniach, jaki przedstawiciel handlowy odwiedził przychodnię - podsumowuje.

Marek Tomków: Kiedyś wiele leków miało dawkę 200 mg, później wprowadzono 400 mg, a teraz już są w dawce 600 mg (fot: Shuttestock.com)
Marek Tomków: Kiedyś wiele leków miało dawkę 200 mg, później wprowadzono 400 mg, a teraz już są w dawce 600 mg (fot: Shuttestock.com)

Okazy zdrowia na lekach

Powodów, dla których Polacy kupują tak dużo leków, jest zdaniem Marka Tomkowa, wiceprezesa Naczelnej Rady Aptekarskiej, kilka. - W Polsce leki można dostać niemalże wszędzie, nie tylko w aptece, ale i w sklepie, kiosku, na stacji benzynowej, w marketach budowlanych, w zakładzie szewskim, a nawet w budce ze zniczami. Są targowiska, na których seniorzy ustawiają się w długich kolejkach po przeterminowane leki dostępne w aptece wyłącznie na receptę - mówi. - W Polsce jest 360 tys. punktów uprawnionych do sprzedaży leków, które pozostają poza jakąkolwiek kontrolą inspekcji farmaceutycznej. Pracują tam ludzie, którzy nie mają pojęcia o działaniu leków. Przeciwbólowe sprzedają z kawą czy napojem energetycznym, którymi potem klient ten lek zapija. Kierowcy tirów, cierpiący na bóle kręgosłupa i leczący się właśnie w ten sposób nagminnie trafiają do szpitala z objawami zatrucia. Środki przeciwbólowe umieszcza się przy półkach z alkoholem jako "zestaw grillowy". A potem ludzie łykają paracetamol jeszcze w trakcie picia - żeby nie mieć kaca. A ten lek w połączeniu z alkoholem niszczy wątrobę. To raczej próba nieumyślnego spowodowania śmierci niż pomoc - podsumowuje.

Według informacji podanych przez Naczelną Izbę Aptekarską nieprawidłowe zażywanie leków to trzecia przyczyna zgonów na świecie. Jako drugi powód ich nadużywania podaje wszechobecne w mediach reklamy. - Przedstawiają leki w pozytywnym świetle, o działaniu niepożądanym się w nich nie wspomina. Wiele wzbudza w nas poczucie winy, bo jeśli nie zastosujemy leku, to znaczy, że nie dbamy o siebie. Producenci wykorzystują luki w prawie i w reklamie suplementów umieszczają osoby udające lekarzy - obecność autorytetu znacznie podnosi sprzedaż. Reklamy wywołują też wrażenie, że leki biorą wszyscy - widzimy na przykład młodego mężczyznę, który wygląda jak okaz zdrowia, ale nagle się krzywi i bierze tabletkę przeciwbólową, bo jak mówi, w pracy często doskwiera mu ból kręgosłupa, więc musi sięgnąć po coś skutecznego i działającego natychmiastowo. To oswajanie ludzi z lekiem - twierdzi wiceprezes NRA. Przeraża go, że coraz więcej reklam kierowanych jest do dzieci. - Od najmłodszych lat przyzwyczajamy organizm do leków, osłabiając w ten sposób jego naturalną odporność. Te faszerowane lekami dzieci  w przyszłości nie będą w stanie bez nich normalnie funkcjonować - mówi.

Tomków zauważa też, że wiele leków, które kiedyś były dostępne wyłącznie na receptę, dziś można dostać bez niej. - Znane są przypadki, że lek w opakowaniu 50 tabletek jest  na receptę, a produkt o tym samym składzie w opakowaniu 100 tabletek można kupić od ręki jako suplement diety. Kiedyś wiele leków miało dawkę 200 mg, później wprowadzono 400 mg, a teraz już są w dawce 600 mg. Nasze wątroby czy żołądki nie stały się w tym czasie silniejsze, masa ciała nie zwiększyła się tak, żebyśmy nagle potrzebowali dawki trzykrotnie większej.

Podaje przykład preparatów zawierających witaminę D, które są dziś sprzedawane w dawce wielokrotnie większej niż kiedyś, bez recepty, jako profilaktyka. - Podobno z badań epidemiologów wynika, że 90 proc. Polaków ma niedobór witaminy D. Naprawdę? Dziewięć na 10 osób? Trudno to sobie wyobrazić. To jaka jest norma? Może coś z nią jest nie tak? - pyta. Do tego dochodzą silnie pobudzające leki zawierające pseudoefedrynę. - Środki, które dziś bierzemy na katar, grupy przestępcze skupują do produkowania metamfetaminy. Pseudoefedryna jest wyjątkowo popularna wśród młodych, którzy traktują ją jak "narkotyk do zabawy", wielu nie wie, że może powodować uzależnienie - dodaje.

Lekomani

Darek, mąż Magdy, długo nie uświadamiał sobie, że jego żona może być uzależniona od leków. - Nasza domowa apteczka zajmuje już dwie szafki. Żona ma na wszystko jakąś pigułkę - witaminy na odporność, proszki na sen, kolejne na bóle. Leki popija jakimiś ziołami, niestety, nierzadko również alkoholem - opowiada. Poważnie zaniepokoił się dopiero, gdy podczas urlopu żonie skończyły się tabletki nasenne. - Nie była w stanie spać. Trzeciego dnia dostała drgawek. Pobiegłem do lekarza, który przepisał odpowiedni specyfik i objawy minęły - dodaje.

Lucyna cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, ma również problemy ze snem. Przyjmuje kilka leków na receptę - pochodną benzodiazepiny [grupa leków o działaniu przeciwlękowym, uspokajającym, nasennym, przeciwdrgawkowym - przyp. red.], dwa leki nasenne oraz silny lek przeciwbólowy - tramal. Wie, że jest od tych leków uzależniona, była już dwa razy na odwyku, ale bez skutku. - Po receptę chodzę do lekarza prywatnie - ten z NFZ-etu, który przepisuje mi tylko leki antydepresyjne i przeciwpsychotyczne, nieuzależniające, by mi jej nie dał. A prywatnie płacę, więc lekarz wypisuje receptę bez zająknięcia. Wcześniej tylko informuje o szkodliwym działaniu - opowiada. Lucyna zdaje sobie sprawę, że są inne środki, które pomogłyby na jej chorobę, ale czuje się po nich przymulona, nie dają również najważniejszego: efektu przyjemności. - Ja tego potrzebuję - przyznaje. Jest świadoma skutków ubocznych - zaburzeń pamięci, agresji, braku trzeźwej oceny sytuacji, ale twierdzi, że bez tych leków nie wytrzyma.

Tomasz Woźniak, psychiatra, który specjalizuje się w leczeniu tzw. lekomanii, uważa, że w Polsce jest więcej lekomanów niż alkoholików - jego zdaniem to około 15 proc. społeczeństwa. - Ludzie nie zdają sobie sprawy, że wiele leków czy suplementów zażywanych w dużych dawkach może doprowadzić do uzależnienia. Część silnie wpływa na nastrój, pobudza, chociażby witamina C. Gdy przestają brać lek, nagle okazuje się, że są wciąż podenerwowani, nie mogą się skoncentrować. Nie łączą tego z lekami, a to typowy zespół abstynencyjny - tłumaczy Woźniak. Łączy coraz częściej występujące depresje, zaburzenia lękowe czy snu ze stylem życia. - Po pracy trwającej kilkanaście godzin dziennie trudno się wyciszyć. Tabletka jest dużo szybszym rozwiązaniem niż porada terapeuty. Skutki takiego postępowania mogą być tragiczne. Leki są atrakcyjną używką - łatwo dostępne, niedrogie i nie wydzielają zapachu, więc można przez długi czas ukrywać uzależnienie. Trudniej też wpaść podczas kontroli policyjnej - mówi.

Z jego praktyki wynika, że przeważająca większość uzależnionych ma problem z nadużywaniem leków na receptę, na przykład tych, które powinny być krótkotrwale używane w leczeniu bezsenności, ale w większych dawkach mogą powodować zaburzenia pamięci, halucynacje czy dawać efekt euforyzujący. - To istna plaga. Ludzie biorą te leki garściami. Doprowadzają się do takiego stanu w ciągu kilku tygodni. Miałem pacjentkę, bardzo wykształconą, zajmującą wysokie stanowisko urzędnicze, która latami podrabiała recepty na ten lek, nie była w stanie wyjść z nałogu. W końcu ją na tym przyłapano - opowiada.

Wśród uzależnionych jest bardzo dużo osób starszych, które przychodzą do psychiatry po popularny lek nasenny. - Nieprawidłowe przyjmowanie leków zaburza świadomość, pogłębia demencję. Bardzo wiele osób uzależnionych od zolpidemu ulega wypadkom, bo w chwili upojenia nie mają kontroli nad własnym ciałem - a to przewrócą się i złamią kość udową, a to uderzą głową o framugę czy krawężnik, a to spowodują wypadek komunikacyjny. Nierzadko wskutek tych zdarzeń umierają - wyjaśnia Woźniak.

Aleksandra Tasarz-Spętana, która prowadzi szkolenia dla farmaceutów i lekarzy, między innymi z tego, jakie działanie mają konkretne leki, przekonuje, że dziś bardzo łatwo zdobyć nie tylko leki bez recepty, ale również te na receptę. - Lekarze mają na jednego pacjenta kilka minut, w tym czasie muszą go zbadać, zdiagnozować, dopasować leczenie, wypisać receptę i zrobić opis wizyty. Często też ulegają prośbom o wypisanie leku, bo boją się, że pacjent złoży skargę albo oczerni ich w Internecie. Nierzadko nie wiedzą, jakie inne leki pacjent przyjmuje, bo to ukrywa - mówi.

Większość uzależnionych od leków ma problem z nadużywaniem popularnych leków nasennych (fot: Shutterstock.com)
Większość uzależnionych od leków ma problem z nadużywaniem popularnych leków nasennych (fot: Shutterstock.com)

W dodatku w Internecie jest mnóstwo stron, gdzie można kupić leki dostępne tylko na receptę. Ludzie kupują je na nielegalnych bazarkach, ale również od rodziny czy sąsiadów. - Starsze osoby wymieniają się lekami w ramach jednego bloku czy klatki, a gdy ktoś umrze, dzielą się jego apteczką. Pamiętam, że jako 10-letnie dziecko dostawałam w podzięce za pomoc przy sprzątaniu grobu leki od sąsiadki. Gdy wróciłam raz do domu z augmentinem, moi rodzice zdecydowali się zainterweniować. I to wciąż się dzieje, wiem, bo opowiadają mi farmaceuci na szkoleniach - przekonuje.

Edukacja

Co zrobić, żeby Polacy nie brali tyle leków? Marek Tomków przekonuje, że pewne kwestie można regulować ustawowo. - Od stycznia 2020 roku stare recepty, wypisywane ręcznie, praktycznie przestaną istnieć. W życie wejdą tak zwane e-recepty, gdzie znajdziemy między innymi informacje o dawkowaniu leku. Funkcjonuje już internetowe konto pacjenta - lekarz może sprawdzić, jakie leki pacjent przyjmuje. W tej chwili posłowie pracują nad wdrożeniem ustawy o zawodzie farmaceuty, która umożliwiałaby również farmaceutom dokonywanie przeglądu konta pacjenta. Należałoby również ograniczyć obrót pozaapteczny, czyli dostępność leków - wylicza.

Do konsultacji publicznych w październiku trafił projekt ustawy o wyrobach medycznych. Jeśli ustawa wejdzie w życie, konieczne będzie emitowanie ostrzeżeń przed ich stosowaniem, opieranie reklamy na obiektywnych i merytorycznych przesłankach, badaniach, publikacjach i rzeczywistych cechach wyrobów medycznych i suplementów. Znikną również pseudoautorytety - aktorzy udający lekarzy, zakazane będzie też reklamowanie środków skierowanych głównie do dzieci.

Zdaniem Tomkowa najważniejsza jest jednak edukacja. Hasło, które pada na końcu każdej reklamy, "żeby przed użyciem zapoznać się z treścią ulotki lub skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą", słyszeliśmy już tyle razy, że jednym uchem nam wpada, drugim wylatuje. A szkoda. - Ludzie przede wszystkim powinni pytać lekarza czy farmaceuty, jak dany lek działa, jak go stosować, w jakich dawkach, czy można go łączyć z innymi lekami i jakimi oraz jakie są konsekwencje nieprawidłowego przyjmowania - mówi Tomków. - Powinniśmy sugerować się nie tym, co widzimy w reklamie, ale tym, co powie nam fachowiec, a sąsiadkę co najwyżej prosić o przepis na ciasto, a nie radzić się w sprawie przyjmowania leków. A już na pewno się tymi lekami nie wymieniać!

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: