"Londyn Arabów to inne miasto niż Londyn polskich budowlańców. Wobec miasta nie można mieć jednej, konkretnej emocji"

Ewa Jankowska
- Media piszą o imigracji w sposób bardzo ideologiczny. Prawa strona przedstawia ją jako inwazję obcych, z kolei lewa strona jako wielokulturową utopię. Obie wizje to wyłącznie projekcje, nie rzeczywistość - mówi Ben Judah, autor nominowanej do tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki książki "Nowi Londyńczycy".

Pisząc książkę w 2015 roku, nie miałeś pojęcia, że za chwilę wydarzy się brexit.

To prawda, w mojej książce ani razu nie pada to słowo. Nie miałem pojęcia, że piszę w jego cieniu.

Czym jest dla ciebie brexit?

W środowiskach niszowych pisarzy brytyjskich funkcjonuje retoryka, że przez brexit nie mogą się oni czuć w Wielkiej Brytanii jak w domu. Że nie poznają tego kraju. Bo społeczeństwo tak się podzieliło. Ja mam na odwrót.

W 2016 roku Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej (fot: Shutterstock.com)
W 2016 roku Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej (fot: Shutterstock.com)

Londyńskie City (fot: Shutterstock.com)
Londyńskie City (fot: Shutterstock.com)

Jak to?

Najbardziej samotny byłem wtedy, kiedy studiowałem w Oxfordzie i w moim otoczeniu właściwie nie było osób o korzeniach imigranckich. Czułem się, jakbym był jedyną osobą, która nie wiedziała, kim do końca jest. W tej chwili, przez brexit, na Wyspach nikt nie wie, kim jest, co to właściwie znaczy być Brytyjczykiem. W końcu przestałem czuć się w Anglii jak outsider.

Podoba ci się to, jak zmienił się Londyn w ciągu ostatnich kilkunastu, kilkudziesięciu lat?

Londyn to ogromne, kosmopolityczne miasto, z całym wachlarzem ludzkich doświadczeń i emocji, ze wszystkimi ekstremami - biedą, bogactwem. Jest zbyt duży, żeby wydać jedną opinię na jego temat. I właśnie to starałem się pokazać w mojej książce. Każdy rozdział to historia osoby, która przybyła do Londynu i próbowała zbudować tutaj swoje życie. Każda z tych historii pokazuje miasto z zupełnie innej strony. Londyn Arabów z Knightsbridge jest zupełnie inny niż Londyn polskich budowlańców. Londyn rumuńskich bezdomnych, którzy żebrzą na ulicy, różni się od Londynu nigeryjskich meczetów. To iluzja kartograficzna, że miasta są punktami na mapie, wobec których można mieć jedną konkretną emocję.

Nie przeraża cię to, że w Londynie tak wielu imigrantów żyje na ulicach, że z londyńskich ulic znika miejska gwara, a angielskie bary zamieniane są na meczety. Że biali Brytyjczycy uciekają z Londynu? Że dochodzi do konfliktów na tle imigranckim?

Jedyne, co mnie przeraża, to choroba psychiczna i demencja. Przed rozmową z tobą byłem w Radiu TOK FM, gdzie pytali mnie o przyszłość Europy, kwestie imigranckie, cenę, jaką muszą zapłacić społeczeństwa za ich przemiany etniczne. Nie jestem w stanie się na te tematy wypowiadać, nie o tym jest moja książka. Piszę o tym, jak to jest rozpoczynać życie w zupełnie nowym miejscu, jak to jest się zakochać i stracić miłość, odnieść sukces w pracy lub zostać przez tę pracę bezpowrotnie zmienionym. Moimi bohaterami są ludzie, którzy nie urodzili się w Anglii, pochodzą z różnych grup etnicznych. Ta książka narodziła się z wielu frustracji.

Jakich?

Przez wiele miesięcy przed rozpoczęciem pracy nad reportażem nie oglądałem wiadomości, filmów o Londynie, nie chciałem ulec wpływowi żadnej opinii. Media piszą o imigracji w sposób bardzo ideologiczny. Prawa strona przedstawia ją jako inwazję obcych, z kolei lewa strona jako wielokulturową utopię. Obie wizje to wyłącznie projekcje, nie rzeczywistość. Chciałem dać głos ludziom, którzy na co dzień tego głosu nie mają - w Wielkiej Brytanii rzadko pisze się o zwykłych ludziach, biedzie, policji. Interesująca bieda to tylko ta za granicą, nie nasza. Z kolei o imigrantach pisze się przeważnie wtedy, kiedy dojdzie z ich udziałem do jakiejś zbrodni albo w kontekście politycznym. Nikt nie pisze o ich codzienności, doświadczeniu życia i pracy w wielokulturowym mieście.

Ponadto w Wielkiej Brytanii najbardziej ceni się dziennikarstwo opinii i korespondencję zagraniczną, nie reportaż. Zależało mi na tym, żeby przywrócić tę technikę pisania. Włączyć dyktafon i pozwolić ludziom mówić, a potem wiernie wszystko spisać, nic nie cenzurować. Żeby to było świeże, surowe, prawdziwe. Dlatego tak cenię polską szkołę reportażu. Bardzo inspirowałem się tradycją tej szkoły podczas pracy nad książką. 

Ben Judah, żeby poznać bliżej rumuńskich bezdomnych, spał z nimi w tunelu metra (fot: Shutterstock.com)
Ben Judah, żeby poznać bliżej rumuńskich bezdomnych, spał z nimi w tunelu metra (fot: Shutterstock.com)

Muzułmanka w londyńskim autobusie (fot: Shutterstock.com)
Muzułmanka w londyńskim autobusie (fot: Shutterstock.com)

Jak szukałeś bohaterów?

Mam lekką schizofrenię, ponieważ zajmuję się dwiema skrajnie różnymi profesjami. Z jednej strony jestem analitykiem i pracuję z danymi, z drugiej strony piszę reportaże, czyli zajmuję się emocjami. Przed rozpoczęciem pracy nad książką wykorzystałem swoje umiejętności analityczne. Sporządziłem mapę Londynu i zaznaczyłem te obszary, przez które przeszła ostatnia fala imigracji. Potem po prostu tam poszedłem i zacząłem rozmawiać z ludźmi.

Do niektórych osób podszedłeś bardzo blisko. Zamieszkałeś z bezdomnymi z Rumunii w tunelu metra.

To nie był wyczyn, na pewno nie świadczył o wielkiej odwadze. Dziennikarze, których naprawdę podziwiam, to ci, którzy ujawniają przestępstwa korupcyjne, czy ci, którzy doprowadzają do upadku wielkich korporacji w Rosji. 

W żadnym momencie nie czułeś się zagrożony? Nawet wtedy, gdy spotkałeś się z przywódcą gangu narkotykowego?

Nie, on nie był niebezpieczny. Zresztą uwielbiał o sobie opowiadać.

Jak go znalazłeś?

Przez ludzi, z którymi pracował.

A ich?

Tego nie mogę zdradzić.

Sprawdziłeś też, jak się żyje w mieszkaniach, zamieszkiwanych przez kilkunastu imigrantów.

 W Londynie ceny wynajmu są tak wysokie, że wielu może przetrwać, jedynie decydując się na mieszkanie w małych, wieloosobowych pokojach. W pewnym momencie zacząłem mieć wręcz obsesję na punkcie tych przeludnionych domów i za wszelką cenę chciałem zobaczyć, jak się w nich żyje. Rok później okazało się, że pisałem w cieniu tragedii Grenfell Tower, w wyniku której wielu imigrantów spaliło się żywcem [14 czerwca 2016 roku doszło do pożaru wieżowca Grenfell Tower, w którym mieszkało ok. 600 osób, głównie muzułmanów, w pożarze zginęły 72 osoby, poszkodowana została polsko-angielska rodzina, wielu mieszkańców budynku uznaje się za zaginionych - przyp. red.].

Widok na Grenfell Tower po pożarze (fot: Shutterstock.com)
Widok na Grenfell Tower po pożarze (fot: Shutterstock.com)

Polski sklep 'Mleczko', dzielnica Ealing Broadway, zwana tez polską dzielnicą (fot: Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta)
Polski sklep 'Mleczko', dzielnica Ealing Broadway, zwana tez polską dzielnicą (fot: Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta)

Jak udało ci się skutecznie wcielić w imigranta ze Wschodu?

Mam wschodnioeuropejskie korzenie, rodzina mojej babci pochodziła ze Śląska, podobno mam słowiański kształt oczu. Poza tym lubię się przebierać, wcielać w różne role. Sam wygląd to jednak za mało. Musiałem jakoś przekonać tych imigrantów, że naprawdę jestem nielegalnym przybyszem ze Wschodu. Skorzystałem z techniki, której nauczyłem się od policji - nie poszedłem sam. Podczas spotkań z imigrantami towarzyszył mi zaprzyjaźniony Rumun. Przedstawiał mnie jako swojego przyjaciela, opowiadał naszą historię, tłumaczył, że mamy problemy z wizą. Starałem się nie rzucać w oczy. Sytuacja była o tyle stresująca, że miałem ze sobą ukrytą kamerę. Robiłem wtedy materiał dla telewizji.

Uwierzyli wam?

Policja przestrzegała nas, że bardzo trudno robi się takie wcieleniówki, bo ludzie zazwyczaj wyczuwają, że coś jest nie tak. Jedną z technik jest więc przekierowanie uwagi rozmówcy na coś innego. Pamiętam, że jedni imigranci wzięli nas za ćpunów. Zgodzili się, żebyśmy z nimi zamieszkali, pod warunkiem że w domu nie będzie żadnych narkotyków (śmiech).

Udając imigranta, pracowałeś między innymi dla Polaka - Pawła. Wynosiłeś i ładowałeś śmieci.

Nie mógłbym napisać książki o ostatniej fali imigracji w Wielkiej Brytanii, nie wspominając o Polakach i ich doświadczeniach. Pracę nad książką zacząłem właśnie od rozmów z Polakami. 

Paweł przyjechał do Londynu w latach 80. To przykład imigranta, który odniósł sukces.

Wiele osób zarzuciło mi, że w książce w ogóle nie opisuję historii sukcesu. Tymczasem Paweł, właściciel firm budowlano-remontowych, zarabia dziś miliony. Potrafił przystosować się do sytuacji i wykorzystać masowy napływ imigrantów na początku XXI wieku.

Co myślisz o swojej książce dziś, trzy lata po jej wydaniu, trzy lata po referendum w sprawie brexitu?

Moje życie bardzo się od tamtego czasu zmieniło. Gdy dzisiaj czytam tę książkę, widzę, że nie zdawałem sobie sprawy z wielu emocji, które wtedy przeżywałem. W tamtym czasie umierała moja babcia, jestem przekonany, że właśnie to doświadczenie zaprowadziło mnie do pracowników domów starców. Bardzo dużo rozmawiałem też z ludźmi na temat utraty i poszukiwania miłości. Bo ja przeżywałem dokładnie to samo. Tak bardzo starałem się, żeby przy pisaniu książki pozostać bezstronnym - nie ulec wpływowi mediów, własnych przekonań, emocji. Ale poniosłem porażkę.

Jak wygląda twoje życie dzisiaj?

Mieszkam w Nowym Jorku, jestem zakochany i niedługo biorę ślub. Teraz ja wszedłem w rolę imigranta, choć zupełnie innego niż moi bohaterowie.

Napiszesz reportaż o Nowym Jorku?

Wątpię, żebym był w stanie z takim samym zaangażowaniem jak o Londynie pisać o mieście, z którego nie pochodzę, które nie znaczy dla mnie tak wiele. Nie wiem, czy w ogóle będę w stanie jeszcze coś napisać. Mam wrażenie, że w tamten reportaż włożyłem całego siebie.

Ben Judah, 'Nowi Londyńczycy', Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego (fot: materiały prasowe)
Ben Judah, 'Nowi Londyńczycy', Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego (fot: materiały prasowe)

Ben Judah. Brytyjski reporter i korespondent urodzony w Londynie, syn dziennikarza Tima Judaha. Autor licznych reportaży ukazujących się w takich periodykach, jak "The New York Times", "The Sunday Times", "Evening Standard", "The Financial Times" i "Standpoint". W 2015 roku wyróżniony w kategorii Najlepszy Publicysta w konkursie UK Press Awards. W 2016 roku znalazł się na liście 30 najważniejszych dziennikarzy poniżej 30. roku życia, publikujących w europejskich mediach, stworzonej przez magazyn "Forbes".

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o:
Komentarze (180)
'Londyn Arabów to inne miasto niż Londyn polskich budowlańców. Wobec miasta nie można mieć jednej, konkretnej emocji'
Zaloguj się
  • qawsedrftg

    Oceniono 30 razy 20

    Trochę dziwne to bo ten sam autor pisał w swojej książce o nieodwracalności i ogromnej skali arabskiej ekspansji. Dzielnica za dzielnicą, ulica za ulicą... wszystko niby pokojowo ale bezwzględnie! Za daleko to poszło.

  • haniku72

    Oceniono 19 razy 17

    Jeśli "nowe" przestaje być uzupełnieniem "starego", bo stare musi brać nogi za pas i uciekać ze swojego w każdym aspekcie życia: pracy, prawa, kultury, religii, norm społecznych. to w doopie mam utopię "multikulti".

  • polsz

    Oceniono 20 razy 12

    "czy ci, którzy doprowadzają do upadku wielkich korporacji w Rosji."
    Szanowny Panie autorze, jakaż to wielka korporacja w Rosji upadła? Bo słyszałem o paru upadkach w zachodniej Europie i USA ale jakoś nic o Rosji

  • kac

    Oceniono 23 razy 9

    Takie rozumowanie prowadzi do tego, że wobec miasta w krótkim czasie obowiązywać będzie tylko jedna emocja - arabska. Nie udawajcie, że tego nie widzicie. Kolejny artykulik z ideologicznym zadęciem, pragnący ukazać, że cywilizacja arabska nie różni się w zasadzie niczym od europejskiej.

  • saves

    Oceniono 32 razy 8

    Bardzo dobrze ujął sprawę przedstawiania imigracji. Prawostronni - inwazja, lewostronni - wspaniała wielokulturowość. A prawda jak zwykle pośrodku. To samo jest z mediami w Polsce. Tylko oglądając TVN i TVP oraz odejmując połowę z ich przekazu, można mieć prawdziwy obraz tego, co się dzieje w kraju. Zdawanie się tylko na jedno z nich wypacza i to ostro ten obraz. Niestety większość stale ogląda (o ile w ogóle ogląda tv informacyjną) tylko jedno z nich.

  • fajny_zajety

    Oceniono 11 razy 7

    Wincej , wincej Afrykańow, europa potrzebuje świerzej multikulturowości. Będą nam grać na bembnach w centrach miast i tańczyć hip - hop na ulicach. Nie ma kto wozić jedzenia z Ubera to można by też ze 50 mln hindyusów zciągnąć, a na targ do sprzedaży pietruszki 10 mln wietnamczyków...

  • strange_email

    Oceniono 17 razy 7

    Londyn od dekad był kotlem, w którym mieszaja się kultury z prawie całego świata. To jest w tym mieście urzekające ale też bywa trudne. Jasne, że są nierówności, widać skrajna biedę (coraz częściej) i są napięcia na tle rasowym, głównie pomiędzy białymi working class a przybyszami, głównie z Europy środkowej i wschodniej (bo to nie rasizm, rzekomo). Pytanie czy to miasto byłoby równie niesamowite bez imigrantów z Polski, Nigerii czy Pakistanu?

  • laborantkolaborant

    Oceniono 13 razy 5

    Jak można zestawiac Polakow - jak by nie patrzec Europejczykow z dziada pradziada - z kultura obcą, nie owijajmy w bawełne - wrogą, zbudowaną na innych wartościach i innym postrzeganiu świata? Jesli innosc ma stanowic domieszke, składnik to jest to jak najbardziej porządane. Ale Islam jest o wiele bardziej ambitny i mało zaintereowany byciem kolorowym dodatkiem do hipsterskiej fantazji. Bedzie dożyl do dominacji. I moim zdaniem wygra.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX