Jest męską pielęgniarką. Jego historie z SOR-u bawią do łez. "Polacy są strasznymi hipochondrykami"

Ewa Jankowska
Mateusz Sieradzan ma 28 lat i jest męską pielęgniarką. Od sześciu lat pracuje na SOR-ze, od grudnia relacjonuje na Facebooku, co się na nim dzieje. Po co? Żeby pacjenci chociaż trochę zrozumieli medyków, zobaczyli, że mimo trudnej sytuacji polskiej ochrony zdrowia, niskich zarobków pielęgniarek i ratowników wciąż im na ludziach zależy.

Dlaczego poszedłeś na studia pielęgniarskie?

Zawsze marzyłem o pracy w zawodzie, w którym dużo się dzieje, jest akcja. Na początku chciałem iść do straży pożarnej, ale bałem się, że będę musiał zbierać zwłoki z ulicy. Z policji również zrezygnowałem, bo nie chciałem mieć do czynienia z patologią ani z nikim się bić. Padło na ratownictwo. Wyobrażałem sobie, że będę takim komandosem medycyny - będę jeździł na sygnale i reanimował ludzi. Jak w filmach amerykańskich. Szybko się okazało, że jako ratownik mam kontakt zarówno z patologią, jak i ze zwłokami. Czasem muszę się bić. A najczęściej interweniuję w sprawie starszej pani z nadciśnieniem, niż ratuję komuś życie. Na pielęgniarstwo poszedłem z kolei ze względów pragmatycznych. Jako pielęgniarka mam o wiele większe możliwości zawodowe. Lobby pielęgniarskie w rządzie jest dużo silniejsze niż ratownicze, bo ratownik to zawód stosunkowo młody.

Lubisz być pielęgniarką?

Bardzo. Studia na ratownictwie dały mi o wiele większą wiedzę, natomiast na pielęgniarstwie nauczyłem się przede wszystkim pokory, zobaczyłem w pacjencie nie tylko zadanie do wykonania, czyli uratowanie mu życia, ale po prostu człowieka, który wymaga opieki. Gdy mam do czynienia z pacjentem, który zapił się do nieprzytomności, przedawkował narkotyki, albo z nastolatkiem, który pociął się żyletką, żeby zwrócić uwagę rodziców, zawsze staram się pomyśleć, że z jakiegoś powodu to zrobił. Że kryje się za tym coś więcej niż tylko dziecinny wybryk.

Wrocław. Szpital Kliniczny przy ul. Borowskiej (fot . Mieczysław Michalak/ Agencja Gazeta)
Wrocław. Szpital Kliniczny przy ul. Borowskiej (fot . Mieczysław Michalak/ Agencja Gazeta)

Częstochowa, Wojewódzki Szpital Zespolony im. NMP (fot. Sebastian Adamus/ Agencja Gazeta)
Częstochowa, Wojewódzki Szpital Zespolony im. NMP (fot. Sebastian Adamus/ Agencja Gazeta)

Jak pacjenci na ciebie reagują?

Często zdziwieniem - pielęgniarze wciąż są w Polsce czymś egzotycznym. Ludziom się wydaje, że jesteśmy takimi zniewieściałymi chłopcami, którzy zajmują się tylko karmieniem i przewijaniem pacjentów. To nieprawda. Większość z nas pracuje w środowisku bardzo wymagającym - na SOR-ach, w policji, wojsku, pogotowiu lotniczym. Na samym SOR-ze zajmujemy się tzw. segregacją medyczną pacjentów - oceną stanu ich zdrowia, kierowaniem do lekarza specjalisty, ale też wykonywaniem specjalistycznych procedur ratunkowych i samodzielnym monitorowaniem pacjentów w ciężkich stanach. W całym kraju pielęgniarzy jest około sześć tysięcy. Na SOR-ze, gdzie pracuję, jest nas sześciu na czterdziestopięcioosobowy zespół złożony z ratowników medycznych i pielęgniarek. Oprócz tego, że jesteśmy pielęgniarzami, część z nas jest również ratownikami medycznymi. Jak ja.

Pierwsze skojarzenie z SOR-em czy z polskim szpitalem jest takie, że to nieustanna walka o uwagę lekarzy, o to, żeby ktoś się człowiekiem w końcu zainteresował, przekazał jakieś informacje, potraktował po ludzku.

To prawda. My medycy potrafimy być bardzo nieczuli. Mamy problem z tym, żeby zadbać o psychikę pacjenta. Wynika to z tego, że często mamy do czynienia z przypadkami naprawdę ciężkimi. Lekkie złamanie, zadrapanie, gorączka czy skutki imprezy są niczym w porównaniu z sytuacją, w której człowiek przyjeżdża na oddział z wnętrznościami na wierzchu, rozwaloną twarzą, nieoddychający. Dlatego dla nas "najłatwiej", kiedy pacjent jest nieprzytomny. Wtedy działamy automatycznie, wiemy, co mamy robić, nic nas nie rozprasza. Ale gdy okazuje się, że ma jakiś problem emocjonalny, to stajemy się całkiem bezradni.

Przykład: pacjent trafia do nas, bo przedawkował środki psychoaktywne. W końcu odzyskuje przytomność i zaczyna opowiadać, dlaczego doprowadził się do takiego stanu. To są często dramatyczne historie. My nie jesteśmy na takie sytuacje przygotowani. Mieliśmy na studiach zajęcia z psychologii, z tego, jak radzić sobie z pacjentem w stresie. Ale w praktyce wygląda to tak, że jesteśmy przede wszystkim od czynności ratunkowych, od tego, żeby ewentualnie takiego pacjenta pokierować dalej, na przykład na oddział psychiatryczny. Druga sprawa to taka, że po prostu nie mamy czasu wsłuchiwać się w pacjenta, głaskać go po ręce. Na oddziale ratunkowym zawsze jest masa roboty.

A ludziom się wydaje, że nic nie robicie, tylko "kawkujecie". A oni czekają godzinami w poczekalni.

Dlatego między innymi zacząłem prowadzić profil na Facebooku. Żeby ludzie zobaczyli, co się za tymi zamkniętymi drzwiami SOR-u dzieje i zrozumieli, że nie mamy ich gdzieś. Przynajmniej ja tak jeszcze nie mam. Bo rzeczywiście, jak tam przychodzisz, to rejestrujesz się, a potem po prostu czekasz na swoją kolej. Czasem może to trwać wiele godzin, bo w pierwszej kolejności zajmujemy się pacjentami w stanie najcięższym. I ludzie tam siedzą i się wkurzają, bo nikt do nich nie wyjdzie i nie powie, ile jeszcze będą czekać. 

Tak naprawdę większość przypadków na SOR-ze i wyjazdów pogotowia ratunkowego w ogóle nie mieści się w zakresie zainteresowania ratownictwa publicznego.

Co to znaczy?

Karetkę wzywają pacjenci, którzy skarżą się na dolegliwości, które nie są stanem zagrożenia życia. Koleżanka ostatnio opowiadała, że została z zespołem medyków wysłana do pani, która zgłosiła dyspozytorowi, że ma duszności. Okazało się, że po prostu ma kaszel. Nie poszła do lekarza, bo myślała, że jej przejdzie, ale nie przeszło. Zażądała, żeby zabrać ją na badania. Ratownicy nie mogli odmówić, bo co chwilę wspominała o nowych dolegliwościach. Musieli przeprowadzić całą diagnostykę. Po kilku godzinach pani została wypuszczona do domu z zaleceniami dalszej opieki pod kontrolą lekarza z przychodni. Ale żeby się nią zająć, zaangażowany został cały zespół ratunkowy, lekarz, pielęgniarki, którzy w tym czasie mogliby zajmować się innymi chorymi. I takich przypadków jest mnóstwo.

Pacjenci na oddziale ratowniczym (fot: Jakub Ociepa/ Agencja Gazeta)
Pacjenci na oddziale ratowniczym (fot: Jakub Ociepa/ Agencja Gazeta)

Ciężko czasem ocenić, czy zwykły kaszel nie jest objawem czegoś poważniejszego.

Oczywiście. I ja nie oczekuję od ludzi, że będą w stanie prawidłowo ocenić swój stan zdrowia, to zadanie należy do mnie. Więc ja się nie dziwię, że zgłaszają się do nas. Ale robią to między innymi dlatego, że podstawowa opieka zdrowotna jest niewydolna. Jeśli poszłabyś o dziesiątej rano do przychodni z jakimś niepokojącym cię objawem, prawdopodobnie nie dostałabyś się już do lekarza. Bo wszystkie terminy byłyby zajęte. I wysłaliby cię na SOR. I takich osób ja ty jest u nas siedemdziesiąt w ciągu jednego dyżuru. Nie mamy wyjścia, musimy je przyjąć. Nikogo nie odeślemy, dopóki nie wykluczymy stanu zagrożenia życia.

W praktyce jednak wygląda to tak, że zajmujecie się każdym, nawet błahymi przypadkami.

W Polsce nie ma żadnych oficjalnych wytycznych, które określałyby, kogo szpital może odesłać, a kogo musi przyjąć. Więc każdy zakład decyduje o tym we własnym zakresie.

I potem dochodzi do sytuacji, w której ktoś umiera, bo został odesłany z kwitkiem.

Rzadko, ale, niestety, tak się zdarza. Albo został źle zdiagnozowany, albo w momencie, w którym był badany, nie stwierdzono zagrożenia życia. Bo my nie wiemy, co się z tym pacjentem stanie dziesięć minut po wyjściu ze szpitala. Ale to są jednostkowe przypadki i każdy trzeba by prześledzić indywidualnie. W większości szpitali obowiązuje odgórne zarządzenie, że oddział ratunkowy nie może odesłać nikogo. I w takiej sytuacji jesteśmy skazani na oblężenie.

Są osoby, które próbują naciągnąć SOR na badania?

Ludzie raczej nie symulują. Częściej jest tak, że mają dolegliwość, z którą mogliby się zgłosić do przychodni, ale termin jest odległy. Na przykład pacjent ma dużą pokrzywkę i termin wizyty za trzy tygodnie. Do tego czasu zadrapałby się na śmierć. Ma dwa wyjścia: albo zapłaci dwieście złotych za wizytę prywatną albo poczeka osiem godzin na SOR-ze.

Niestety jest jeszcze tak, że Polacy są strasznymi hipochondrykami. Każda najdrobniejsza rzecz, nawet zadrapanie, musi być skonsultowana przez lekarza, a najlepiej od razu przez specjalistę. I wielu od razu wie, jaki to powinien być specjalista.

Przyszedł raz pan z podejrzeniem złamania żebra, więc kieruję go do chirurga, a on mówi: Nie, proszę mnie skierować do ortopedy. Tłumaczę mu, że żebrami zajmuje się chirurg. I zaczyna się wykłócać. Bo co pielęgniarz może wiedzieć.

Mam też wrażenie, że wśród ludzi, zwłaszcza młodych, do trzydziestego roku życia, panuje swoisty analfabetyzm medyczny. Nie wiedzą, jak poradzić sobie z błahymi dolegliwościami. Na SOR przyjeżdżają z infekcją, która dopiero co się zaczęła, albo ze zwykłym obrzękiem, na który wystarczyłoby zrobić okład z sody. I my im robimy ten sam okład, który mogliby zrobić sobie w domu. Nie rozumiem, dlaczego tego nie wiedzą. Bo rodzice nie nauczyli?

Takie sytuacje muszą być męczące.

Najczęściej czujemy po prostu bezradność. Pacjenci o tym nie wiedzą, ale bardzo często pracownicy medyczni robią o wiele więcej niż to, co jest od nich wymagane. Ostatnio przywieźli do nas pacjentkę, która miała tętniaka, trzeba było ją natychmiast przyjąć na kardiochirurgię. Nasza lekarka spędziła pół godziny, żeby znaleźć dla niej miejsce w jakimś szpitalu. Błagała profesorów, żeby ktoś ją przyjął. Nigdzie nie było miejsc. Nie musiała tego robić. Mogła przyjąć ją na zwykłą kardiologię i się nie przejmować. Ale wtedy pacjentka mogłaby nie przeżyć. Godzinę po przyjęciu jej do szpitala była już na sali operacyjnej.

Gdański Szpital Wojewódzki. Szpitalny Oddział Ratunkowy (fot: Dominik Sadowski/ Agencja Gazeta)
Gdański Szpital Wojewódzki. Szpitalny Oddział Ratunkowy (fot: Dominik Sadowski/ Agencja Gazeta)

Sposób, w jaki opisujesz te sytuacje na SOR-ze, daleki jest od typowego polskiego narzekania.

Cierpiętnictwa i narzekania na system jest wszędzie mnóstwo. Zależało mi na tym, żeby moje wpisy na Facebooku to była przede wszystkim rozrywka. I edukacja. Chciałbym, żeby ludzie zobaczyli, jak wygląda praca na SOR-ze z naszej perspektywy, i po co ten SOR właściwie jest. Żeby, zanim do nas przyjdą, zastanowili się, czy ich stan naprawdę jest tak ciężki, że wymaga naszej interwencji. Czy może mogą zwrócić się gdzie indziej, na przykład do Nocnej Świątecznej Opieki Zdrowotnej, o której wiele osób nie ma pojęcia [świadczenia w zakresie podstawowej opieki zdrowotnej udzielane od poniedziałku do piątku w godzinach od 18.00 do 8.00 dnia następnego oraz całodobowo w dni ustawowo wolne od pracy - przyp. red.], lub poczekać do rana i pójść do lekarza pierwszego kontaktu.

Żeby zrozumieli, że na SOR-ze wszyscy są traktowani tak samo, nie ma lepszych i gorszych, bogatszych, biedniejszych.

Są tylko przypadki cięższe i lżejsze. Ludzie na wiele sposobów próbują dostać się szybciej do lekarza - pokazują kartę honorowego krwiodawcy, kartę ciąży, kombatanta. U nas na nic się to zda. Jeśli mamy w poczekalni chłopaka, który rozciął sobie udo piłą tarczową i osiemdziesięcioletniego kombatanta z Powstania Warszawskiego, którego boli nadgarstek, wiadomo, kogo przyjmiemy w pierwszej kolejności.

Chciałbym też, żeby pacjenci zdali sobie sprawę, że ochrona zdrowia w Polsce ledwo zipie, że gdyby nie ludzie, którym jeszcze się chce, cały system by runął. Wystarczyłoby, żeby każdy z nas przez miesiąc popracował na jednym etacie.

Dlaczego jeszcze zależy ci na pacjentach?

Bo mnie ta praca bardzo kręci. Był moment, w którym miałem dość. Byłem zmęczony, musiałem odpocząć. Przez trzy miesiące popracowałem gdzie indziej - prowadziłem wyłącznie szkolenia z pierwszej pomocy - po czym wróciłem na jeszcze większy SOR, bardziej specjalistyczny, gdzie jest większy zapierdziel. Siedzę tam już kilka lat i bardzo mi się podoba. Nie wiem, może kiedyś znów mi się odechce, rzucę to i zacznę hodować rzepak.

Wrocław. Szpitalny Oddział Ratunkowy (fot: Łukasz Giza/ Agencja Gazeta)
Wrocław. Szpitalny Oddział Ratunkowy (fot: Łukasz Giza/ Agencja Gazeta)

Oprócz tego, że jestem pielęgniarzem, jestem też muzykiem. Gram w kilku zespołach na perkusji. Tak sobie dorabiam. Dlatego pieniądze w pracy pielęgniarza nie są dla mnie najistotniejsze. Przynajmniej na razie. Decydenci, czyli rząd i dyrektorzy szpitali, muszą pamiętać, że młodzi ludzie, tacy jak ja, mają już inne podejście do pracy niż starsi. Łatwiej nam z niej zrezygnować, jeżeli nie jesteśmy uczciwie wynagradzani. Nie urodziłem się pielęgniarką, z różnych powodów nią zostałem. Ale w każdej chwili mogę zostać kasjerem. I na tym stracą wszyscy. I państwo, i pacjenci. Bo nikt inny poza pielęgniarką zastrzyku nie zrobi i krwi nie pobierze.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o:
Komentarze (135)
Jest męską pielęgniarką. Jego historie z SOR-u bawią do łez. 'Polacy są strasznymi hipochondrykami'
Zaloguj się
  • e-manitou

    Oceniono 23 razy 23

    Pilęgniarz na rany Potwora, nie męska pielęgniarka. Jak może być socjolożka czy folozofka to dlaczego nie pilęgniarz? Zresztą określenie pielęgniarz funkcjonowało już 25 lat jak miałem epizod w zawodowy w ratownictwie.

  • valverde20

    Oceniono 18 razy 18

    Ależ hipokryzja Gazety !!! Jak kobiety maja męski z nazwy zawód, to zaraz go "feminizują", choćby nie wiem jak śmiesznie i groteskowo to brzmiało, choćby nie wiem jaki łamaniec językowy powstał - polityczka, pediatrka, psycholożka, ministra, kierowczyni, chirurżka, itd. Natomiast tutaj mamy pielęgniarza (popularna i niegroteskowa nazwa), a dziennikarka Gazety uparcie nazywa go "Panem Pielegniarką" lub "Męską Pielegniarką". Tak wiem, że to pokłosie tego konta na facebooku, ale gdy już sam zainteresowany zaczyna mówić o sobie "Pielęgniarz" to dziennikarka dalej uparcie tytułuję go "Panem Pielegniarką".

  • strach_sie_bac

    Oceniono 19 razy 17

    Nie męska pielęgniarka tylko pielęgniarz, zawód ten istnieje od dwien dawna na całym świecie. W Polsce uprawnienia do zawodu pielęgniarza posiada ok. 6000 mężczyzn. Też mi "sensjacja" :D

    ... chociaż z drugiej strony istnieje zawód prostytutka i mimo, że w tym fachu pracują również mężczyźni nie mówi się na nich "prostytutek" tylko męska prostytutka :D :D

  • uo.rety

    Oceniono 15 razy 15

    Dlaczego wszyscy wysilają się na "dowcipne" pan pielęgniarka, gdy w polskim języku od dawna istnieje słowo: pielęgniarz?

  • niekandydujacy_niepolityk

    Oceniono 16 razy 14

    Wreszcie jakiś merytoryczny artykuł opisujący obiektywnie stan polskiej Ochrony Zdrowia, finansowanej najniżej w UE.
    Na jedno zdanie zwrócilbym uwagę:
    "Gdyby każdy z nas pracował tylko na jednym etacie przez miesiąc, system by się zawalił".
    Ochrona Zdrowia w Polsce funkcjonuje dzięki niespotykanemu w innych rejonach UE wyzyskowi. Dotyczy to wszystkich pracowników medycznych. Pielęgniarek, lekarzy, diagnostów laboratoryjnych, techników, ratowników.
    Kolejne ekipy rzadzace przechodzą nad tym stanem do porządku dziennego, bez względu na ilość liter w skrócie nazwy partii.
    System działa, bo pracuję w nim wielu pasjonatów, jak autor. Ale to się powoli wyczerpuje. Średnia wieku pracowników medycznych wzrasta, dziura pokoleniowa nadchodzi.
    Przyjedzie czas, że trzeba będzie wybrać między pięćset plus a zdrowiem...

  • oloros11

    Oceniono 13 razy 13

    hipochondia prosze redaktor to powazna sprawa
    a krach sluzby zdrowia - katastrofa to juz mega sprawa - i zero dzialania , zero pieniedzy, zero pomyslu
    tu zadna empatia nie pomoze , zadnych bohaterow nam ni e potrzeba

  • dvla

    Oceniono 16 razy 8

    Reklamy leków i suplementów w TV robią tą robotę. Wymyślanie chorób przez działy PR koncernów. Farmaceutycznych. Każdy Polak czuje sie chory.

    Apteki wyglądają w Polsce jak sklepy kolorowymi cukierkami. 90% to placebo zwane suplementami. Kupując prawdziwy lek farmaceuta cię olewa. Nie ma czasu tłumaczyć dzialania bo za plecami stoi stado baranów po suplementy i szampon na lysienie dostepny "tylko w aptece" ale lekiem żadnym nie jest. Ale jak suweren postrzega ze wszystko z apteki jest lekiem....

  • pi.mi

    Oceniono 14 razy 8

    Z jednej strony rozumiem argumenty pana Mateusza.
    Ale z drugiej....
    Jest niedziela, godzina 22. Potwornie zaczyna boleć mnie brzuch. Skąd mam do cholery jako laik wiedzieć, czy to coś poważnego czy wystarczy kubek mięty i będzie ok...? A może to wyrostek? A może coś więcej...?
    Oni mają doświadczenie i wykształcenie, dla nich pewne objawy to statystyka i suma doświadczeń. Dla mnie nie. A ryzyko utraty zdrowia czy życia leży po mojej stronie.

  • next-mcgyver2

    Oceniono 11 razy 7

    I potem ciężko odróżnić kto jest naprawdę chory, a kto nie. Pacjenci z byle g...nem przychodzą do lekarza. Nie może być takiej sytuacji, że człowiek czeka do lekarza I kontaktu z ostrym bólem, a przed nim kilka osób przychodzi z bolącym gardełkiem czy po L4.
    Po drugie wymyślanie objawów choroby. Mało kto powie, że go głowa lekko boli, zawsze boli mocno. Ludzie sami sobie szkodzą, bo różne diagnozy zależą od prawdziwości podawanych objawów.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX