35 godzin w tygodniu, 7 godzin dziennie. Czy skrócenie czasu pracy ma w Polsce sens?

Michał Gostkiewicz
Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów UE

Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów UE (fot. Jakub Orzechowski/AG)

Dane są bezlitosne: przeciętny Polak siedzi w pracy za długo, a jakość jego pracy jest fatalna. Jest pomysł, by to zmienić. Skrócić czas pracy do siedmiu godzin dziennie. Polakom i Polsce się to opłaci - nie ma wątpliwości dr Maciej Grodzicki, ekonomista z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Według OECD jesteśmy trzecim najbardziej zapracowanym społeczeństwem Europy, a w jakości pracy jesteśmy na czwartym miejscu. Od końca. Wyrabiamy nadgodziny, za które nam nie płacą. Leczymy stres i depresję związane z tym, że praca zabiera nam czas, który powinniśmy spędzać z rodziną i na naszych pasjach. Skróćmy czas pracy do siedmiu godzin dziennie, do 35 godzin  tygodniowo - proponuje Razem.

Zapytaliśmy współautora ich projektu ustawy, dra Macieja Grodzickiego, ekonomistę z Fundacji Kaleckiego i pracownika naukowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, czy siedmiogodzinny, a nawet krótszy czas pracy się Polakom opłaci. I czy jego wprowadzenie jest w ogóle możliwe w kraju takim jak Polska.

Michał Gostkiewicz: Krótszy niż osiem godzin dzień pracy - sześciogodzinny wprowadzono w skali krajowej we Francji. Ale według statystyk DARES, realna liczba godzin przepracowanych przez Francuzów po spadku ze średnio 39,6 w 1999 r. do 37,2 w 2002 r., wzrosła w 2005 r. do 39,1 godziny. I utrzymała się na tym poziomie aż do 2016 r. Czyli co: ustawa swoje, a ludzie swoje, bo po prostu pracują tyle, ile muszą?

Dr Maciej Grodzicki: Ta statystyka istotnie brzmi na niekorzyść skuteczności ustawowego skracania czasu pracy. Dane OECD potwierdzają, że wśród pełnoetatowców Francuzi nadal pracują niemal 39 godzin tygodniowo. Ale na tle innych krajów OECD to i tak mało. Duże różnice są dostrzegalne dopiero w skali roku, gdy w tych wyliczeniach uwzględnimy urlopy, święta, pracę w niepełnym wymiarze itp. Najwyraźniej Francuzi biorą nadal sporo nadgodzin. Najmniej w Europie pracują obecnie Niemcy.

08.03.2007 WARSZAWA - MIEJSCE PRACY BIURO KOMPUTER BALAGAN  FOT. ALBERT ZAWADA / AGENCJA GAZETA
Biurko bardzo zapracowanego człowieka (fot. Albert Zawada/AG)

Niemcy? I ta ich działająca jak maszyna gospodarka?

Zgadza się. A dzieje się tak nawet nie na skutek jakichś odważnych regulacji ogólnokrajowych, ale w wyniku negocjacji między przedsiębiorstwami a pracownikami. Co pokazuje, że na to, w jaki sposób dane społeczeństwo kształtuje swój rynek pracy, mają wpływ nie tylko "suche" normy ustawowe, ale także siła związków zawodowych oraz obowiązujące w tym społeczeństwie nieformalne normy kulturowe.

W Niemczech czy Skandynawii ceni się czas wolny. Nawet piątek po południu to już świętość, musi być dla rodziny i znajomych. Co więcej, praca po godzinach jest tam często piętnowana jako nieuczciwa konkurencja i obniżanie standardów społecznych. Z kolei w krajach anglosaskich, gdzie konkurencja jest naczelną wartością, a związki zawodowe są słabe, ludzie mają kulturowo wpojone, że trzeba długo pracować.

No i stąd moje duże wątpliwości. W Polsce przez ostatnie 30 lat utarł się stereotyp, że człowiek, który pracuje dobrze, to człowiek, który pracuje długo. I jest dostępny na każde skinienie firmy. Że sukces osiągają ci, którzy harują jak woły. Taka jest nasza kultura pracy.

To prawda. Bardzo mocno jest osadzone w polskiej kulturze, że ciężka praca, od wczesnych lat młodości, popłaca. Dzieci od małego wkuwają po godzinach, żeby zapracować na przyszłą karierę. Do tego zajęcia dodatkowe już od przedszkola. Dalej studia, kilka kierunków. A potem...

A potem idziemy do korporacji, gdzie czterdziestoparoletni szef, który zdobył szlify w dzikim kapitalizmie początku lat 90., nie rozumie, jakim cudem pracownik może wychodzić przed nim. A on wychodzi o 20:00, bo przecież czelendże zaakceptowane trzeba przed dedlajnami dowieźć.

I zapomina ów szef o tym, że oprócz długości pracy liczy się też jej jakość. Nawet jeśli jego podwładni będą siedzieć w biurze, byle tylko nie pójść zbyt wcześnie do domu z etykietką nieroba przyklejoną wzrokiem szefa na plecach, to efekt ich "pracy" będzie żaden. Z drugiej strony, w wielu firmach pracownicy faktycznie są przeciążeni obowiązkami, a nadgodziny są dla nich bolesną koniecznością. Nie mają też co liczyć na pomoc związku zawodowego ani na Państwową Inspekcję Pracy, więc zaciskają zęby i siedzą tyle, ile szef wymaga. Utrzymujący się przez lata "rynek pracodawcy" nie pozostawiał pracownikom dużego wyboru.

Nakłada się na to również szersza norma kulturowa istniejąca w Polsce - zgodnie z którą akcentowany jest wysiłek jednostki.

"Zobaczcie, jak ja dużo i ciężko pracuję"?

Dokładnie - "więcej i ciężej od innych".

To chyba nic dziwnego, że w społeczeństwie, które w 1989 r. zaczynało od ciężkiej biedy, podziwiani są ci, którzy ciężką robotą doszli do dobrobytu?

Oczywiście. Nie chodzi mi o to, żeby podważać ten wysiłek albo odbierać komukolwiek zasługi. Należy jednak przyznać, że długa praca ma swoje negatywne konsekwencje, zdrowotne, społeczne i ekonomiczne. I że nie jest jedyną drogą do bogacenia się społeczeństwa. Myślę, że młode pokolenie, które wchodzi właśnie na rynek pracy, różni się kulturowo od tego, które dorosło w latach 90. i na początku XX wieku i widzi, że coś tu jest nie tak. I nie chce tego modelu kontynuować. Modelu i życia, i rozwoju państwa.

25.08.2009 KRAKOW , PRACOWNIK BUDZETOWKI , PRACA BIUROWA , BUDZETOWKA ,  FOT. TOMASZ WIECH / AGENCJA GAZETA
Praca powinna być przede wszystkim efektywna. To nie oznacza, że powinniśmy siedzieć w biurze non stop (fot. Tomasz Wiech/AG)

Pan był jednym z autorów projektu partii Razem, który zakłada wprowadzenie w Polsce 7-godzinnego dnia pracy. Czyli co: po tych 30 latach dorobiliśmy się już na tyle, żeby pracować 7 godzin dziennie i trochę odsapnąć?

Dokładnie tak. Jeżeli popatrzymy na realne dane - przepracowania, wypalenia zawodowego, chorób fizycznych i psychicznych - widać wyraźnie, jaką czkawką odbijają się społeczeństwom te długie godziny pracy. W literaturze medycznej bardzo dobrze rozpoznany jest negatywny wpływ długich godzin pracy na zdrowie fizyczne i psychiczne. Zwiększają one znacząco ryzyko cukrzycy, udaru mózgu i nadciśnienia, a także depresji i bezsenności. W polskich warunkach potwierdzają to badania Dr Doroty Żołnierczyk-Zredy z Centralnego Instytutu Ochrony Pracy.

Statystyka publiczna na ten temat nie jest, lekko mówiąc, idealna, niemniej jednak z dostępnych raportów można wnioskować o doniosłości problemu. Według badań GUS z 2014 r. co piąty pracownik wskazywał presję czasu lub nadmierne obciążenie ilością pracy jako istotne zagrożenie psychologiczne. Z kolei raport Hays Polska podaje, że 62% pracujących w nadgodzinach skarży się na stres, przemęczenie i inne dolegliwości związane z pracą.

Każdy może sam ocenić czy to dużo, czy mało. Dla mnie natomiast wniosek z tych danych płynie taki, że skoro przez lata ilość i intensywność pracy były główną drogą do wzrostu gospodarczego, to teraz najwyższy czas zatroszczyć się o pracowników.

Tylko czy w Polsce, gdzie w porównaniu z Niemcami uzwiązkowienie sektora prywatnego oscyluje wokół zera bezwzględnego, wprowadzenie 7-godzinnego dnia pracy nie będzie skutkowało tym, że po prostu będziemy brać pracę do domu?

To dość indywidualna kwestia. Zależy od samego pracownika, od charakteru jego firmy, od branży. Jest szereg branż, gdzie nie da się wziąć pracy do domu. Za to da się ją wykonać znacznie precyzyjniej w krótszym czasie. Wydajność pracowników przez te siedem godzin może wzrosnąć wystarczająco, by zrekompensować skrócenie czasu pracy.

Już widzę oczami wyobraźni polskich menedżerów, przebierających nóżkami żeby jak najszybciej skrócić czas pracy podległych im pracowników. Środowisko biznesowe będzie przeciwne takim zmianom.

Jeśli ludzie zobaczą alternatywę: z jednej strony firma, gdzie normą jest robota do upadłego, a z drugiej strony firma, w której pracuje się 35 godzin tygodniowo, w której ceni się czas wolny pracownika i jakość jego pracy, to jak pan myśli, którą wybiorą? Taka społeczna presja będzie oddziaływać też na te firmy, które będą niechętne zmianom. Chodzi o to, by normą stało się, że człowiek pracuje krócej i ma więcej czasu wolnego dla siebie i rodziny. W obliczu słabości związków zawodowych i inspekcji pracy, to regulacyjne skrócenie czasu pracy jest naturalną drogą w tym kierunku. Propozycja Razem jest przy tym dość umiarkowana, w światowej ekonomii coraz częściej spotyka się postulaty radykalnego skrócenia czasu pracy, np. o 50%.

A pana zdaniem jak zachęcić firmy do takich rozwiązań? Bo przykłady pokazują, że to nie jest tak oczywiste, że zmiany będą na lepsze. W szwedzkim Goeteborgu salony Toyoty już 13 lat temu wprowadziły 6-godzinny dzień pracy. W efekcie pracownicy są szczęśliwsi, a zysk wzrósł. Ale nawet lewicowy Independent napisał o drugim przykładzie z Goeteborga: fiasku 6-godzinnego dnia pracy w domu pomocy społecznej. Pracownicy byli zdrowsi, brali mniej chorobowego, opieka nad pacjentami się polepszyła, ale za dużo to kosztowało. Miasto musiało zatrudnić 17 dodatkowych pracowników. Skoro nie stać na to bogatej Szwecji, to co z Polską?

W wielu z tych biur pracownicy siedzą do późna (fot. Ana Paula Lima/pexels.com/CC0)
W wielu z tych biur pracownicy siedzą do późna (fot. Ana Paula Lima/pexels.com/CC0)

To czy faktycznie jej nie stać jest kwestią umowną. Być może poprawa zdrowia pracowników oraz jakości usług jest warta zatrudnienia dodatkowych osób w wybranych branżach? Niemniej jednak z tych sugestywnych przykładów nie możemy wyprowadzać wniosków dotyczących funkcjonowania gospodarki całego kraju - niezależnie od tego, czy osobiście optujemy za, czy przeciw skróceniu dnia pracy. Wpływ takiej reformy na gospodarkę jest bardzo złożony. Zmiany przebiegają różnie w różnych przedsiębiorstwach, sektorach, regionach kraju.

Jest szereg badań, które pokazują (zobacz tutaj, tutaj i tutaj), że w wielu sektorach - tak zróżnicowanych jak przetwórstwo przemysłowe, usługi IT i call-center - pojawią się możliwości poprawy wydajności pracy. Co oznacza, że być może, owszem, trzeba będzie zatrudnić nowych pracowników aby utrzymać dany poziom produkcji. Ale ubytek np. jednej czwartej godzin pracy dziennie nie przełoży się na wzrost kosztów o jedną czwartą - nie będzie tak duży. Nastąpi bowiem poprawa wydajności i jakości pracy, zmniejszy się liczba błędów.

Naturalnie w niektórych branżach możliwości takiej poprawy są ograniczone. Przykładowo firmy transportowe czy ochroniarskie na skrócenie tygodniowego wymiaru czasu pracy muszą reagować wzrostem zatrudnienia lub wypłatą nadgodzin. W okresie przejściowym można się zatem spodziewać przepływów pracowników między firmami i wzrostu cen w wybranych branżach.

Jeżeli myślimy natomiast o całej gospodarce, to muszę dodać dwa efekty skrócenia czasu pracy, które są pomijane w tego typu wycinkowych analizach.

Jakie?

Po pierwsze, skoro pracownicy pracują krócej, to szefowie są zmuszeni szukać innych metod zwiększania produkcji. A te są powszechnie znane: nie tylko poprawa organizacji pracy i zwiększanie jej intensywności, ale również innowacyjność czy inwestowanie w park maszynowy. Innymi słowy, mniejsza dostępność tanich pracowników to konieczny bodziec do wzrostu produktywności.

A drugi efekt?

Drugi efekt wiąże się z korzyściami społecznymi, takimi jak poprawa zdrowia psychicznego i fizycznego pracowników. Spadek zachorowalności przynosi w skali makro spore finansowe oszczędności dla budżetów służby zdrowia i ubezpieczeń społecznych, w Polsce już mocno napiętych. To mniej wydatków na leczenie, urlopy chorobowe i wypadkowe, czy renty.

A czy to nie jest jednak tak, że aby osiągnąć w obecnym pokoleniu tę jakość życia, Niemcy i Skandynawowie musieli zapłacić cenę w postaci zapracowania się na śmierć w poprzednich pokoleniach? I czy to nie za wcześnie dla nas, kraju na dorobku?

Jak widzę to pytanie i ten argument, to mogę odpowiedzieć tylko całkowicie go odwracając. Jesteśmy za biedni, żeby tego  n i e  zrobić.

Jesteśmy za biedni, żeby nie wprowadzić siedmiogodzinnego dnia pracy?

Porównajmy się z innymi krajami regionu, na podobnym poziomie rozwoju. Czesi, Słowacy i Węgrzy pracują między 100 a 200 godzin rocznie mniej niż my. A to się przekłada na kilka godzin w tygodniu mniej na pracownika, który dzięki temu ma czas na życie. I swój własny rozwój, pasje czy działalność społeczną. Ich gospodarki z tego powodu nie upadają.

Przede wszystkim jednak, myślmy o Polsce w perspektywie 10 lat, a nie w perspektywie "tu i teraz"! I pamiętajmy: jeżeli pozostaniemy krajem konkurującym głównie tanią i długą pracą, a nie innowacyjnością i jakością tej pracy, to za dekadę przegramy z Azjatami.

A za 30 lat zastąpią nas roboty.

A wtedy to w ogóle wylądujemy na peryferiach. Ale wracając do dzisiejszej rzeczywistości: nie, nie jesteśmy za biedni, żeby skrócić czas pracy. W projekcie ustawy Razem podane są oszczędności dla systemów ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych, które można poczynić dzięki skróceniu czasu pracy. Ograniczenie ryzyka cukrzycy i udarów mózgu o kilkanaście procent to już oszczędności rzędu ćwierć miliarda złotych. Prawdziwe korzyści są widoczne jednak dopiero, gdy doliczymy do tego koszty chorobowego, trwałej niezdolności do pracy lub przedwczesnych zgonów - które mogą sięgnąć nawet kilkunastu miliardów zł.

Obok tych wszystkich argumentów ekonomicznych, zasadnicza kwestia dotyczy jednak wizji polskiego społeczeństwa. Czy naprawdę naczelną wartością społeczną ma być wzrost PKB, w którego imię polscy pracownicy mają się zapracowywać na śmierć? Nawet jeśli skrócenie czasu pracy w krótkim okresie odbije się na konkurencyjności wybranych firm, to przyznajmy, że czas wolny - dla rodziny, na hobby, pasje, działalność obywatelską - jest wartością samą w sobie. To jest coś, co ekonomistom umyka, a dla ludzi jest nieraz ważniejsze niż z mozołem budowany PKB.


Praca może być przyjemnością. Jeśli nie musimy w niej siedzieć więcej, niż ustawa przewiduje (fot. rawpixel.com/pexels.com/CC0)

Dr Maciej Grodzicki. Ekonomista. Współpracownik Fundacji im. Michała Kaleckiego, pracownik naukowy Instytutu Ekonomii, Finansów i Zarządzania Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
  • Informatycy mogą liczyć na wysokie pensje Chcesz dużo zarabiać? Oto lista najlepiej płatnych zawodów w Polsce
  • Ile zarabiamy? "Utajnienie wysokości wynagrodzeń nie prowadzi do niczego dobrego"
  • Ludzie przechodzący przez ulicę w ruchliwym mieście Na świecie od 60 lat rodzi się coraz mniej dzieci. Jak bomba demograficzna została rozbrojona?
Komentarze (91)
Siedmiogodzinny dzień pracy. Czy Polakom i Polsce opłaca się pracować krócej?
Zaloguj się
  • freud1

    Oceniono 20 razy 14

    Znam calkiem spora grupe zawodowa, taka noszaca sukienki, ktora pracuje tylko kilka godzin w tygodniu, a jest niesamowicie efektywna. Wlada calym krajem, zyjac przy tym jak paczki w masle.
    I nie, nie chodzi mi o prostytutki. Te maja ciezkie zycie.

  • fruqo3

    Oceniono 11 razy 9

    W Polsce brak jest menadżerów z prawdziwego zdarzenia. Większość ludzi na stanowiskach menadżerskich to korpo-szczury z awansu, które swój status zawdzięczają dzikiemu kapitalizmowi lat 90-tych o którym wspomniano w artykule. Kwalifikacje najczęściej mają bardzo mizerne, ich umiejętności sprowadzają się właśnie do poganiania niewolników. Czytaj - jak nie mam pomysłu na biznes to przynajmniej będę siedzieć do 20 czy 22 żeby pokazać jak zasuwam. Na zachodzie tego nie ma, bo tam handlowiec bez wykształcenia jeżdżący Fabią od sklepu do sklepu dyrektorem handlowym nigdy nie zostanie.

  • norbertrabarbar

    Oceniono 20 razy 8

    Za komuny nikt suwerena do pracy nie gonił
    - w państwowych zakładach się piło, spało i kradło...
    ale potem przyszły złe solidaruchy i wszystko wyprzedały!

    Teraz suweren musi pracować dla prywaciarza,
    a ten nie lubi płacić za spanie i nie lubi być okradany...
    a suweren do uczciwej pracy nie przywykł...

    Na szczęście przyszło PiS i zapowiada stworzenie
    wielkich państwowych zakładów
    by suweren znów mógł w pracy pić wódkę, spać i kraść.

  • raindogshow

    Oceniono 9 razy 5

    Chyba panowie mylą jakość pracy z jej wydajnością. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: jestem zatrudniony jako szewc w fabryce butów. Jest nas pięciu. W ciągu dnia pracy każdy z nas wykonuje cztery pary butów, z czego zazwyczaj jedna nadaje się do wyrzucenia – bubel po prostu. Mamy zatem 25% braków, czyli 75% jakości. Przyszedł szef, dał nam po 1000 zł podwyżki żebyśmy się bardziej starali. Nadal robimy po cztery pary butów dziennie ale teraz wszystkie nadają się do noszenia. Nasz współczynnik jakości to 100%. Ale po jakimś czasie szef uznał, że czasy szewców się skończyły. Wyrzucił z pracy mnie i jeszcze trzech moich kolegów i kupił maszynę, która robi 100 par butów dziennie i jest obsługiwana przez jedynego szewca, który – po przyuczeniu – został w zakładzie. Niestety, maszyna jest kiepska, i z każdych 100 par 25 to buble. Zatem jakość jej pracy to 75%. Ale efektywność znacznie większa, niż nas pięciu: zamiast 20 par butów dziennie fabryka produkuje 100 par. Oczywiście można maszynę podregulować, dokupić nowoczesne oprogramowanie i poprawić jakość do 100%. Jakość będzie więc równa tej, którą osiągnęło pięciu szewców: 100%. Ale produkcja na dzień – pięć razy wyższa. Jak mawiał mój kolega: „tu leży diabeł pogrzebany!”. Problem z efektywnością w Polsce nie wynika z tego, że pracownicy słabiej pracują. Problem wynika z tego, że polscy pracodawcy do niedawna woleli zatrudnić dodatkowych piętnastu szewców niż kupić jedną maszynę. Nic więc dziwnego, że wartość liczona na pracownika jest niższa niż w Niemczech czy USA. Na szczęście te czasy się kończą: wynagrodzenia rosną, za kilka lat wyjdziemy z „trzeciego świata”, a naszym kochanym kapitalistom nie będzie już tak łatwo, i będą musieli zrobić to, co do nich należy: zainwestować kapitał w maszyny zamiast żerować na taniej sile roboczej. Pozdrawia Rain

  • ar.co

    Oceniono 12 razy 4

    Tylko skąd to przekonanie, że jakość pracy 7-godzinnej będzie wyższa niż 8-godzinnej? Skoro ktoś do tej pory nie potrafił wykonać swoich zadań w 8 godzin (na przykład dlatego, że połowę tego czasu marnował na udawanie, że pracuje), to trudno przypuszczać, że nagle zacznie je wykonywać w 7. Raczej będzie udawał dalej, tyle że zamiast czterech godzin rzeczywistej pracy zostaną mu trzy...

  • jarda75

    Oceniono 5 razy 3

    Proponuję by w tym politycznym szaleństwie wchodzenia ludziom w tyłek, porozdawać wszystkie publiczne pieniądze (t.zn. nasze pieniądze ), wówczas nie będą musieli w ogóle pracować. Zabierze się najbogatszym, bo przecież Oni zarobili nic nie robiąc i im się nie należy. A nie dlatego że podjęli ryzyko , pracowali po 16 godzin, zainwestowali swoje pieniądze , wykazali się kreatywnością, odwagą, wiedzą, umiejętnościami i pracowitością.

  • selda_comment

    Oceniono 5 razy 3

    Projekt skrócenia czasu pracy wpisuje się w pewną tendencję, która zakłada, że zapewnimy sobie w Polsce dobrobyt, jeżeli będziemy:
    a) mniej pracować (vide skrócenie wieku emerytalnego, brak likwidacji przywilejów emerytalnych),
    b) bardziej się zapożyczać (permanentny deficyt budżetowy pomimo wzrostu gospodarczego, podczas gdy nasi sąsiedzi notują nadwyżki) oraz
    c) więcej wydawać na konsumpcję (500+ i rozmnażające się analogiczne programy).

    Tak się nie da. Jeżeli ktoś uważa inaczej, to proszę zastosować te zasady w skali mikro - we własnym gospodarstwie domowym. Jestem ciekawy, kiedy zacznie mu się lepiej powodzić.

  • feriojp

    Oceniono 3 razy 3

    Bo w Polsce liczy sie bycie w pracy i bycie na stanowisku a nie wykonywanie pracy.

    Wazne zeby odbebnic osiem godzin a jak mozna to wskoczyc na wyzszy szczebel.

    Kwestia umiejetnosci, pasji, rozwoju zawodowego jest drugorzedna.

    Podobnie jest z edukacja: zakuc, zdac, zapomniec

  • jack_flash

    Oceniono 9 razy 3

    Bo w pracy nie powinno się siedzieć, ale pracować. W porównaniu z Zachodem (kraje anglosaskie), wypadamy mizernie. Praca dla przeciętnego Polaka to mordęga, dla np. Kanadyjczyka to kariera.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX