Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu - wiersz

03.12.2014 10:44
Neapol/ Fot. Shutterstock

Neapol/ Fot. Shutterstock (Neapol/ Fot. Shutterstock)

Pieśń I

Wyjazd z Neapolu

Muzo mdlejąca z romantycznych cierpień,

Przybądź i pomóż! Wzywam ciebie krótko,

Sentymentalna, bo kończy się sierpień,

Bo z końcem sierpnia i koniem, i łódką

Puszczam się w drogę przez Pulią, Otranto,

Korfu... Gdzie jadę, powie drugie canto.

Tymczasem pierwsze opowiedzieć musi,

Skąd się wybrałem, po co i dlaczego?

Chrystusa diabeł kusił i mnie kusi.

Na wieży świata postawił smutnego

Życia nicością i pokazał wszędzie

Pustynie mówiąc: "Tam ci lepiej będzie"

A jednak gdyby mniej pamięci bólu,

Zachceń i marzeń, a więcej rozsądku,

Toby mi dobrze było w Neapolu,

Gdzie przed oknami na prawym przylądku

Widziałem szare więzienie stolicy,

A zaś Wezuwiusz górą po lewicy.

Błękitne morze pomiędzy więzieniem

A między górą popiołów i lawy

Czekało ciche, aż góra - płomieniem,

A konstytucją buchnie wulkan prawy.

Tak było niegdyś, nim się na Francuzów

Król i Fra Diabeł ruszyli z Abruzów...

To jest za króla ruszał się kardynał,

Za kardynałem Fra-diabelska banda,

Ta rozgrzeszała, rak czerwony ścinał

W imieniu Boga, papy, Ferdynanda;

Gdy zaś wyrąbał do "Kyrie, elejson!"

Litanią świętych, wyręczył go Nelson.

Mówiłbym dalej, ale "Pan Podstoli",

"Dziady", a zwłaszcza tych "Dziadów" część czwarta,

Uczą porządku, w opowiadań roli

Rysując proste ścieżki. Więc do czarta -

Mego pegaza wyskoki i liczne

Opowiadania semihistoryczne!

Więc do porządku! A jednak mię boli

Dawać odsyłacz do pana Coletty,

Gdzie opowiada, jak trup Caraccioli

Z łańcuchem u nóg na morzu... Niestety,

Przyrzekłem trzymać wędzidło na pysku

Apol[l]inowym. Lecz powiem w przypisku.

A jeśli drukarz znajdzie, że do treści

Z podróży wątkiem zlewa się przypisek,

To go pod strofą poprzednią umieści,

Zmazawszy parę skrzyżowanych krysek,

I nie dozwoli, by za gwiazdek tropem

Czytelnik gonił z Herszla teleskopem.

Przypisek winien być pisany prozą,

Lecz ja nie mogę pisać, tylko wierszem;

Kto by pomyślał, że mnie rymy wiozą,

Że sobie konno usiadłem na pierwszem,

A za mną drugi jedzie krok za krokiem:

Rym z parasolem, z płaszczem i z tłumokiem.

Wierzcie mi jednak, że leksza od rymu

(Dla śniegów jechać nie mogłem przez Turyn)

Para mnie gnała z Marsylii do Rzymu,

Do Neapolu zaś przywiózł veturyn.

Carozze jego i cabrioletti

Zalecam wszystkim... zowie się Paretti.

Zalecam nowy hotelik "Vittoria",

Który, staremu nie ująwszy sławy,

Tak się podzielił famą, jak cykoria

Wmięszana zgrabnie do mokańskiej kawy,

I marmurami, wygodą i luksem

Ze starym idzie jak Kastor z Pol[l]uksem.

Zalecam także (zostanę Astolfem,

Bo mój hipogryf staje się skrzydlatym),

Zalecam tobie mięszkanie nad golfem

Na Świętej Łucji... a jeśliś bogatym,

Jeśli ci kura złote nosi jaja,

Mięszkaj przy Villa Reale, na Chiaja.

Dosyć już, dosyć! Wyznaję ze wstydem,

Że pohamować nie umiejąc weny,

Z wieszcza zostanę prozaicznym gidem:

Ja, com zamierzał wypłakiwać treny

Nad Cara[c]ciolim i kląć Ferdynanda,

Dziś piszę, jaka gdzie stoi loccanda.

Bo też kto dzisiaj jest na stałym lądzie,

A jutro myśli wędrować po morzu,

A pozajutro jeździć na wielbłądzie

Nie jedząc mięsa ani spiąc na łożu,

Chciałby Europę, co mu z oczu znika,

Unieść jak Jowisz przemieniony w byka.

Jeśli Europa jest nimfą, Neapol

Jest nimfy okiem błękitnym; Warszawa -

Sercem; cierniami w nodze - Sewastopol,

Azof, Odes[s]a, Petersburg, Mittawa;

Paryż - jej głową, a Londyn - kołnierzem

Nakrochmalonym, a zaś Rzym - szkaplerzem.

Gdzieś porównanie podobne w Szekspirze

Na Niderlandach kończy się zamknięte.

Lecz ja wyjeżdżam pod Golgoty krzyże

Po święte myśli i szkaplerze święte,

Więc przed wyjazdem robię ślub niezłomny,

Ze będę nieco zabawny, lecz skromny.

A jeśli kiedy mój przyjaciel Szekspir

Na złą myśl zagna rymy buntownicze,

Położę jaki suspir albo ekspir,

Z muzyki znaku milczenia pożyczę

I muzę moją w rymowym balecie

Na zakręconym wstrzymam piruecie.

O Neapolu! ty nie pożegnany

Czekasz, aż ciebie pożegnam epicznie.

Jak biała Wenus, urodzona z plany,

Wyszedłeś z morza zapłoniony ślicznie

Skrawymi słońca zachodniego łuny,

Cichy pod górą, co ciska pioruny.

O Neapolu! gdzie jest twoja dusza?

Bo duszą twoją nie jest ruch i życie;

Patrzę na ciebie z grobu Wirgiliusza,

A ty na niebie i na fal błękicie

Tak roztopiony w zorzy malowidła

Jak upuszczona na brzeg bańka z mydła...

O Neapolu! wieczorne wyziewy

Twym są rumieńcem, twe dymy są tęczą,

Harmonizujesz się tak jako śpiewy

Z ciszą powietrza, twe dzwony nie jęczą,

A twój domami okryty pagórek

Ma białość lekkich na błękicie chmurek.

Tylko po Chiai i po Margelinie

Idą przeciwne sobie dwa rynsztoki,

Rój mrówek lezie i rząd karet płynie -

Wszystko się rusza. Grób wieszcza wysoki

Właśnie tam stoi, dove fa il torso

Ulica. Z grobu patrzałem na Corso.

A choć przejeżdżał w prześwietnej osobie

Krolewic mały, choć mu się rój kłaniał,

Jam się nie skłonił, bom siedział na grobie.

Masztalerz jechał i kijem rozganiał

Mrówki idące w przeznaczenia drogę

Z krolewicami... Gdzie? zgadnąć nie mogę.

Choć bardzo lubię filozofią Kanta,

Gniewam się na nią, że ludzi nie uczy,

Gdzie iść po śmierci. Wolę piekło Danta;

Właśnie je czytam podług nowych kluczy,

Które przyczyną może będą schizmu

Mówiąc, że Dant chciał republikanizmu

I w poemacie używał języka

Sekretnych związków. A gdy tajemnicze

Kładł majuskule, to podług krytyka

Na końcu rymu położone B. I. C. E.

Wcale znaczyło co innego w pieśni

Niż Beatricze. Wam się o tym nie śni!...

A ja dowodzę, że Dant o kochance

Nie śnił, a jeszcze mniej śnił o Vororcie

Albo Konwencji - i nie topił w szklance

Cesarza Niemców, i w piekła retorcie

Nie smażył rządu lepszego, co przyjdzie,

Jak niegdyś Platon, kiep, na Atlantydzie.

Z grobowca wieszcza widzę, jak nad głową

Wulkanu księżyc wysunął się biały,

A u stóp góry - Castello del'Ovo,

Zamek podobny do sterczącej skały -

Gmach, co się trzyma przez królewską wolę

W morzu, jak jaje Kolumba na stole -

Sczerniał przy fali migającej złocie,

A gdy na niebie szafirowym ze dna -

Gwiazd zapalonych wychodziło krocie,

I z okien zamku błysła gwiazda jedna,

Czerwona, rubin zamglonych błękitów,

Siostra błyszczących gwiazd u Karmelitów.

O gladiatory, wydarci ludowi

W godzinie zgonu i mrący na słomie!

Idę powiedzieć o was Chrystusowi

Pod Jego krzyżem, w Jego męki domie.

Idę zapytać głośno w Oliwecie,

Gdzie się zbudzicie i zmartwychwstaniecie.

I tam, gdzie Chrystus zapłakał sam w sobie,

Z oliwy bladej gałązki rwać będę,

A jeśli znajdę, że już spicie w grobie,

Liściami płaczu posypię tę grzędę,

Pod którą będzie cichy sen grobowy,

Koście bez czaszek i trupy bez głowy.

O bracia moi łańcuchami zbrojni!

O! nie targajcie wy się jak w rozpaczy!

O bracia moi, bądźcie wy spokojni!

Słońce was jutro po kratach zobaczy

Bladszych wilgocią, strawą i myślami,

A ja was żegnam... Niech śmierć będzie z wami!

Żegnam i ciebie, o garsteczko prochów

Leżąca zawsze pod laurem klasycznym;

Turkot powozów z Pauzylip[u] lochów

Woła pod tobą hymnem romantycznym,

Że sława przejdzie, a bryki nie przejdą,

Że ta bryk droga jest wieku "Eneidą",

Most pod Tamizą jest kupców "Iliadą",

I wiele będzie do sprzeczki powodów,

Czy jeden Rotszyld jak wieszcz nad Hel[l]adą,

Czy też brzęczących kompania rapsodów -

Autorem mostu, gdzie w oknach przez szyby

Anglikom się w twarz przypatrują ryby.

Lecz niech mię ciemność Erebu ogarnie,

Jeśli okłamię Pauzylipu grotę.

W ciemny korytarz spadają latarnie

Jedna za drugą jak gwiazdeczki złote.

A tam, gdzie nikną i gdzie ciemność krucza,

Światło dnia wpada jak z dziurki od klucza.

I jeszcze wyżej wzniósłszy się na duchu,

Powie ci muza w opisaniach szczytna,

Że na uwitym z latami łańcuchu

Zawisła mała gwiazda dnia błękitna,

A w tej gwiazdeczki lazurowym łonie

Rodzą się ludzie, powozy i konie.

Rodzą się, rosną i w latami błyskach

Idą większejąc długim korytarzem.

Jeżeliś nie był w romantycznych spiskach,

A jesteś przyszłych wulkanów malarzem,

Tu nie lękając się dyb i powroza

Zbieraj modele jak Salwator Roza.

Lecz chodźmy w miasto! Już księżyc wysoko,

A golf ubrany latarni przepaską,

Stolico! gdzie nikt nie myśli głęboko,

Gdzie zabroniono nawet myśleć płasko,

Niech twój rząd stworzy jakie słowo święte

Na niemyślenie jak na far-niente!

Dyjogenesów lud rynki zasiada;

"Czego chcesz?" - pyta Wolność lazarona,

"Zejdź z mego słońca" - nędzarz odpowiada;

Jeżeli nie ma karlinów, to skona

Z głodu - i pójdzie do łódki, gdzie Charon

Dusze przepławia... Wolność? czy lazaron?

Wolność... Już dla niej uszyto symarę

Z gazet "Giovine Italia"... Lazaron

Będzie żył, póki ma frutti di mare,

Niebo błękitne i żółty makaron,

I koszyk, w którym leży jak ostryga.

Pytasz się, co w dzień porabia? Dościga...

A młodzież lepsza, co ma grosz w kieszeni,

Tytuły contów i w oknach firanki,

W cieniu dopiero się ledwo zieleni...

Kto temu winien? - Neapolitanki...

One to winne, że się lud nie budzi;

Bo któż z młodzieży umie robić ludzi?...

Ja wiem, że wiele winienem kochance:

Sama po włosku uczyła mnie czytać,

Improwizować (ale nie przy szklance),

Brwi smutne marszczyć, we śnie płakać, zgrzytać,

Na Archipelag uciekać po laur

I awantury - ak Korsarz i Giaur;

Ona uczyła mię chodzić jak scenarz

(Lepsze niż aktor słowo niech zostanie);

Wmówiła we mnie, że zamiast "Ojczenasz"

Lepszą modlitwą... księżyco-wzdychanie...

Dziś mię nawraca bez żadnego skutku

Na katolicyzm... Mam religią smutku...

I odpisałem... Co? już nie pamiętam...

Coś odpisałem, lecz nie tak gorąco

Jak Russo - ani tak sucho jak Bentham:

"Jako dwie skały, kiedy je roztrącą

Strumienie rzeki, choć je nurt rozdziera,

Patrzą na siebie niebem..." et caetera.

I znowu wspomnień pieśń dzika, echowa

Zagrała w sercu, i łzy moje płyną.

O Lutko! dziecka kochanko, bądź zdrowa!

Jeżeli kiedy pod tą jarzębiną,

Co nieraz kładła koralowe grona

Na twoje włosy, siądziesz zamyślona,

Jeżeli książkę położysz przy sobie,

Jeśli szalona ta pieśń z tobą będzie,

Kart nie odwracaj... bo nim spocznę w grobie,

Będę ci śpiewał jak mrące łabędzie:

Tak nieśmiertelnym płaczem, że raz jeszcze

Łez brylantowych osypią cię deszcze...

I łzy się żywe rozbiegną po łonie,

I strumień palce różowe otworzy,

Jeśli spłakaną twarz ukryjesz w dłonie;

Ja wtenczas będę spokojny, jak w zorzy

Gwiazda niknąca blady - lub z obliczem

Pełnym promieni boskich... albo niczem.

Jednak jeżeli Ten, co jest na niebie,

Słyszał o słońca mówione zachodach

Modlitwy moje, wszystkie nie za siebie,

A tak rozlane na świat... jak na wodach

Mórz lazurowych rozlewał się cały

Krąg tonącego słońca - skrawo biały...

Jeśli Bóg wiedział, jak mi było trudno

Do tego życia, co mi dał, przywyknąć

I nie przeklinać... i drogą bezludną

Iść po tym świecie szalonym, i niknąć,

Co dnia myśl jedną rozpaczy zaczynać,

Myślą tą modlić się... i nie przeklinać,

Jeśli i Boga nie zwiodła udana

Spokojność moja - ta Chrystusa szata

Krwią poplamiona i drugi raz wdziana

Na duszę pełną bólu... i ze świata

Uciekającą na chmurach jesiennych

We dnie tak smutne jak noce bezsennych -

To mojej duszy, dobytej z popiołów,

Da wiele ciszy; i na jaką bladą

Gwiazdę, do smutnych krainy aniołów

Przeniesie senną. "Trupi prędko jadą" -

Mówi poeta ballad w "Leonorze",

Więc na niemieckim chciałbym siąść upiorze

I ruszyć w podróż, bo się pieśń przewlecze

Niejedną jeszcze przerwaną ideą.

Jutro kurierem wyjeżdżam do Lecce,

Jutro więc zacznę śpiewać "Odysseą"

Albo wyprawę o Jazona runach -

Na nowej lutni i na złotych strunach.



Pieśń VIII

Grób Agamemnona

Niech fantastycznie lutnia nastrojona

Wtóruje myśli posępnej i ciemnej,

Bom oto wstąpił w grób Agamemnona

I siedzę cichy w kopule podziemnej,

Co krwią Atrydów zwalana okrutną.

Serce zasnęło, lecz śni. Jak mi smutno!

O! jak daleko brzmi ta harfa złota,

Której mi tylko echo wieczne słychać!

Druidyczna to z głazów wielkich grota,

Gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać

I ma Elektry głos - ta bieli płótno

I odzywa się z laurów: "Jak mi smutno!"

Tu po kamieniach z pracowną Arachną

Kłóci się wietrzyk i rwie jej przędziwo,

Tu cząbry smutne gór spalonych pachną,

Tu wiatr, obiegłszy górę ruin siwą,

Napędza nasion kwiatów - a te puchy

Chodzą i w grobie latają jak duchy,

Tu świerszcze polne, pomiędzy kamienie

Przed nadgrobowym pochowane słońcem,

Jakby mi chciały nakazać milczenie,

Sykają. Strasznym jest rapsodu końcem

Owe sykanie, co się w grobach słyszy -

Jest objawieniem, hymnem, pieśnią ciszy.

O! cichy jestem jak wy, o Atrydzi!

Których popioły śpią pod świerszczów strażą.

Ani mię teraz moja małość wstydzi,

Ani się myśli tak jak orły ważą.

Głęboko jestem pokorny i cichy

Tu, w tym grobowcu sławy, zbrodni, pychy.

Nad drzwiami grobu, na granitu zrębie

Wyrasta dąbek w trójkącie z kamieni;

Posadziły go wróble lub gołębie

I listkami się czarnymi zieleni,

I słońca w ciemny grobowiec nie puszcza;

Zerwałem jeden liść z czarnego kuszcza;

Nie bronił mi go żaden duch ni mara,

Ani w gałązkach jęknęło widziadło,

Tylko się słońcu stała większa szpara

I wbiegło złote, i do nóg mi padło.

Zrazu myślałem, że ten, co się wdziera,

Blask - była struna to z harfy Homera;

I wyciągnąłem rękę na ciemności,

By ją ułowić i napiąć, i drżącą

Przymusić do łez i śpiewu, i złości

Nad wielkim niczym grobów i milczącą

Garstką popiołów - ale w moim ręku

Ta struna drgnęła i pękła bez jęku.

Tak więc - to los mój na grobowcach siadać

I szukać smutków błahych, wiotkich, kruchych.

To los mój senne królestwa posiadać,

Nieme mieć harfy i słuchaczów głuchych

Albo umarłych - i tak pełny wstrętu...

Na koń! chcę słońca, wichru i tętentu!

Na koń!... Tu łożem suchego potoku,

Gdzie zamiast wody płynie laur różowy,

Ze łzą i z wielką błyskawicą w oku,

Jakby mię wicher gnał błyskawicowy,

Lecę, a koń się na powietrzu kładnie;

Jeśli napotka grób rycerzy - padnie.

Na Termopilach? - Nie, na Cheronei

Trzeba się memu załamać koniowi,

Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei

Dla małowiernych serc podobne snowi.

Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,

To tej mogiły, co równa jest - naszej.

Mnie od mogiły termopilskiej gotów

Odgonić legion umarłych Spartanów,

Bo jestem z kraju smutnego ilotów,

Z kraju - gdzie rozpacz nie sypie kurhanów,

Z kraju - gdzie zawsze po dniach nieszczęśliwych

Zostaje smutne pół - rycerzy - żywych.

Na Termopilach ja się nie odważę

Osadzić konia w wąwozowym szlaku;

Bo tam być muszą tak patrzące twarze,

Że serce skruszy wstyd - w każdym Polaku.

Ja tam nie będę stał przed Grecji duchem -

Nie - pierwej skonam, niż tam iść - z łańcuchem.

Na Termopilach - jaką bym zdał sprawę,

Gdyby stanęli męże nad mogiłą

I pokazawszy mi swe piersi krwawe

Potem spytali wręcz: "Wiele was było?" -

Zapomnij, że jest długi wieków przedział. -

Gdyby spytali tak - cóż bym powiedział?

Na Termopilach, bez złotego pasa,

Bez czerwonego leży trup kontusza,

Ale jest nagi trup Leonidasa,

Jest w marmurowych kształtach piękna dusza;

I długo płakał lud takiej ofiary,

Ognia wonnego i rozbitej czary.

O Polsko! póki ty duszę anielską

Będziesz więziła w czerepie rubasznym,

Póty kat będzie rąbał twoje cielsko,

Póty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,

Póty mieć będziesz hyjenę na sobie

I grób - i oczy otworzone w grobie!

Zrzuć do ostatka te płachty ohydne,

Tę - Dejaniry palącą koszulę:

A wstań jak wielkie posągi bezwstydne,

Naga - w styksowym wykąpana mule,

Nowa - nagością żelazną bezczelna -

Nie zawstydzona niczym - nieśmiertelna!

Niech ku północy z cichej się mogiły

Podniesie naród i ludy przelęknie,

Że taki wielki posąg - z jednej bryły,

A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,

Ale z piorunów ma ręce i wieniec,

Gardzący śmiercią wzrok - życia rumieniec.

Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;

Pawiem narodów byłaś i papugą,

A teraz jesteś służebnicą cudzą.

Choć wiem, że słowa te nie zadrzą długo

W sercu - gdzie nie trwa myśl nawet godziny,

Mówię - bom smutny - i sam pełen winy.

Przeklnij - lecz ciebie przepędzi ma dusza

Jak eumenida - przez wężowe rózgi,

Boś ty jedyny syn Prometeusza:

Sęp ci wyjada nie serce - lecz mózgi.

Choć muzę moją w twojej krwi zaszargam,

Sięgnę do wnętrza twych trzew - i zatargam.

Szczeknij z boleści i przeklinaj syna,

Lecz wiedz - że ręka przekleństw wyciągnięta

Nade mną - zwinie się w łęk jak gadzina

I z ramion ci się odkruszy zeschnięta,

I w proch ją czarne szatany rozchwycą;

Bo nie masz władzy przekląć - niewolnico!

Nie! nie, dopóki będziesz ręką drzącą

Zakrywać piersi puste, owdowiałe,

To ja nie klęknę, nawet przed klęczącą,

Boja mam inną, smutną matkę - chwałę,

Co mi ociera łzy płynące rzadko,

A i tę trzecią mam... co mi jest matką...

O najbiedniejsza! tobie z pól myceńskich

Chciałbym już posłać prochów moich urnę...

Wrzuć w proch ten - dwoje obrączek małżeńskich,

Zaklnij Dyjannę i duchy pochmurne,

Aby ci widzieć mnie raz pozwoliły

W promieniach... jam ci był drogi i miły.

Teraz nie jestem niczym - a te mary,

Co okrążyły mnie... wzywają dalej

I pokazują girlandy i gwary

Anielskich duchów... Pójdę... krew mnie pali;

Już osądzony, śpiewam jak łabędzie,

Lecz gdy cię dojdzie pieśń, co z tobą będzie!

Tyś uśmiechała się - to było wczora,

Kiedyś mię smutnym w dzień znalazła inny

Zapłakanego - nad śmiercią Hektora.

Nie był to głupi płacz - ani dziecinny,

Głupsze są teraz łzy... co lecą skorsze,

Gdy wspomnę los mój - ach! łzy stokroć gorsze.

Żurawie, co tam nad Koryntu górą

Rozciągnęłyście łańcuch ku północy,

Weźcie na skrzydła moję pieśń ponurą,

Zanieście z sobą... może przyszłej nocy

Kraj przelatywać będzie ta pieśń głucha,

Jak dzwon żałośny brzmiąc w krainach ducha.

Żurawie! wy, co w powietrze różane

Co rano długą wzlatujecie szarfą,

Wyście mi były niegdyś ukochane,

Wyście jesienną moją były harfą!

Wy - i szumiące sosny nad grobami,

Gdzież się ja dzisiaj zobaczyłem z wami?

A jednak... jam to przeczuł w życia wiosnę,

Że będę kiedyś nieszczęsny i błędny...

Że może z serca niedoli urosnę

I będę z duchów miał wieniec podrzędny,

I z dziką kiedyś pożegnam tęsknotą

Wasz łańcuch - zorzą pochłonięty złotą.

Dziś ta godzina przyszła... bądźcie zdrowe!

Tam Archipelag mnie woła błękitny,

Tam Korynt trzyma koronową głowę,

A za Lepantem Parnas starożytny...

O muzo moja! jakże ty pozdrowisz

Górę, gdzie siedział Apollo i Jowisz?

O romantyczna muzo, na kolana!

Bo ja ukłony mam tu dla tej góry

Od lipy wonnej klasycznego Jana

I od śpiewaka dzieci i tonsury,

I od śpiewaka Potockich ogrojca,

I cichy... łzawy pokłon mego ojca.

Ja wiem, że teraz on jest przy mnie duchem,

Ale mu twarda śmierć zamknęła wargi;

Oto mi nawet szeleści nad uchem

Figowe drzewo... jakby - szmerem skargi...

Słyszę... głos mi już ojca niepamiętny,

Lecz jego musi to być głos - bo smętny.

Więc smutnym głosem i niedomówionym

Pozwala czasem śmierć mówić po śmierci.

Góro, co błyskasz księżycem czerwonym

Jak wulkan krwawy... o, pęknij na ćwierci...

Boś ty wyśmiana wróblów świergotaniem

Albo za wczesnym rannych kurów pianiem.

Zobacz także
Skomentuj:
Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu - wiersz
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje