Plagiatowanie - czy studencka nieuczciwość się opłaca?

Podczas gdy na zachodnich uniwersytetach uczciwość studencka to kwestia honoru, w Polsce wciąż z podziwem patrzy się na tego, któremu udało się ściągnąć, oszukać, nie zostać złapanym. Plagiatowanie na uczelniach to norma - pokazuje to raport NIK, potwierdzają eksperci. Ale problemy zaczynają się jeszcze wcześniej. Jak się oszukuje system? I kto najbardziej na tym korzysta?
Cyrylica? Biała czcionka? Czyli sposoby na sposoby

"Macie jakieś sposoby? Wystarczy, że dane zdanie zamienię wedle swoich słów? Proszę o poważne odpowiedzi" - w miarę zbliżania się terminu złożenia pracy dyplomowej obawy studentów przed wykryciem zapożyczeń przez system antyplagiatowy rosną. Ale ponoć nie ma takiego systemu, którego nie dałoby się obejść. O tych antyplagiatowych też krążą legendy, a fora dla studentów są pełne komentarzy, w których magistranci wymieniają się "sprawdzonymi" lub zasłyszanymi sposobami na to jak sprawić, by skopiowane fragmenty pracy nie zostały wykryte przez system. Przykłady?

"Słyszałam o czymś takim, że zamiast przerwy miedzy wyrazami pisze się literkę, tylko białym kolorem czcionki, ale nie wiem, czy to działa."

"Czytałam w necie, że można w pracy niektóre polskie litery zamienić na tak samo wyglądające, ale z innej czcionki (np. cyrylicy)."

"Weź zrób screeny z worda i następnie wklej jako jpg. Cała praca będzie czysta."

Czy faktycznie takie sposoby to złota recepta na obejście systemu? Entuzjazm magistrantów, którzy chcą pójść na skróty studzi dr Sebastian Kawczyński, prezes firmy Plagiat.pl:

- Nie ma możliwości oszukania systemu wstawiając zamiast spacji białe literki. System abstrahuje z pliku przesyłanego przez studenta tzw. clear text - czyli tekst bez formatowania. Wszystkie literki będą zaznaczone na czarno (nie widać kolorów). Zatem w raporcie ukryta literka będzie widoczna. Nie da się też obejść systemu wstawiając litery z innych alfabetów, np. z cyrylicy. System automatycznie zamienia litery na ich łacińskie odpowiedniki, a taka sytuacja powoduje wystąpienie w raporcie alertu.

A co ze wspomnianymi "screenami z worda"?

- W przypadku wklejania do pracy obrazków z tekstem problem powinien być rozwiązany już na poziomie procedury, która powinna określać formaty plików i sposoby ich przygotowania - wyjaśnia dr Kawczyński. - Raport zawiera cały tekst pracy, a w miejscu, w którym są obrazki, tekstu nie będzie w ogóle. Brak tekstu będzie zatem widoczny w raporcie. Plik z pracą będzie też znacznie "cięższy" niż zwykły tekst, a to powinno wzbudzić podejrzenia już na etapie dodawania pracy do systemu. Ponadto liczba znaków uwzględnianych przez system będzie podejrzanie mała. Umieszczanie w tekście obrazków z tekstem jest próbą oszustwa - praca, w której występuje taka sytuacja powinna być potraktowana jak praca splagiatowana.

"Więcej straszą niż sprawdzają"?

Pod koniec listopada ubiegłego roku Naczelna Izba Kontroli opublikowała raport pt. "Ochrona praw autorskich w pracach dyplomowych w szkołach wyższych". Instytucja zbadała 14 publicznych szkół wyższych z różnych województw.

Twórcy raportu przeprowadzili ankietę wśród studentów skontrolowanych uczelni. Zdaniem 22,3 proc. ankietowanych promotor nie czytał ich pracy zbyt dokładnie. Zdaniem 11,8 proc. pytanych promotor sprawdzał prace dyplomowe dopiero wówczas, gdy były ukończone.

Potwierdzają to opinie studentów i internautów, którzy w lekkim tonie wypowiadają się o procederze plagiatowania i kupowania prac dyplomowych. Na jednym z forów widnieje wpis: "Ja słyszałam, że 5 proc. prac z kierunku sprawdzają. Więcej straszą niż sprawdzają".

Basia: - Studiowałam niszowy kierunek, na ostatnim roku zostało nas dosłownie 6 osób, więc mój promotor nie mógł cierpieć na brak czasu i zbyt dużo obowiązków. Mimo to spotkania z nim były tak naprawdę bezcelowe - gdy przychodziłam na konsultacje dopiero przy mnie przeglądał rozdział, który podesłałam mu tydzień temu i na bieżąco wymyślał jakieś uwagi. Zwyczajnie widać było, że wcześniej nie zadał sobie trudu, żeby przeczytać fragment pracy, na kartkach nie było nawet żadnych uwag, a chyba każdy promotor powinien notować je na bieżąco?

Paulina: - Kiedy usłyszałam, kto będzie moim promotorem, wiedziałam, jak to się skończy - pamiętam sytuację sprzed roku, kiedy bronił się rocznik wyżej, a moja grupa miała akurat zajęcia z tym promotorem. W dzień obrony skrócił nam zajęcia o dobre pół godziny, bo powiedział, że zaraz ma obronę, a musi jeszcze napisać komuś recenzję.

Na innym forum wypowiada się użytkownik H.: - Dlaczego nie miałem ochoty pisać własnej pracy? Moja promotor była jedynym promotorem na roku (mała grupa na studiach niestacjonarnych). Podczas ostatniego semestru wygospodarowała czas na 3 spotkania i kilka dodatkowych "na korekty", kiedy praca była już gotowa. Konsultacja tematyczna nie istniała, a 99 proc. poprawek polegało na zmianie formatowania, poprawieniu interpunkcji i tzw. wdów i sierot. Nie miała pojęcia o temacie, na który chciałem pisać, więc zostałem niejako zmuszony do wybrania czegoś z jej zakresu. Ponadto dowiedziałem się, że nie mogę zawrzeć w pracy żadnej własnej tezy, która już wcześniej nie została udowodniona. Czyli nie mogłem wyrazić własnego zdania, w efekcie czego pisanie pracy sprowadzało się do parafrazowania innych tytułów i wymagało nieco słownej ekwilibrystyki, aby przepisać akapit w taki sposób, aby uniknąć oskarżenia o plagiat (95 proc. treści pracy to parafrazy i cytaty).

"Kultura nieuczciwości" pod lupą

Beata Bielska, socjolożka i doktorantka na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu od kilku lat zajmuje się tematyką ściągania i plagiatowania na polskich uczelniach. Dwa lata temu wraz z Martyną Hoffman opublikowała badanie "Jak wykiwać system? Raport z badania na temat ściągania i plagiatowania". Właśnie zakończyła pracę nad książką pt. "Magisterkę kupię. Sprzedawanie i kupowanie prac dyplomowych jako element studenckiej kultury nieuczciwości". Dlaczego zainteresowała ją ta problematyka?

Beata Bielska: - Samo zajęcie się tematem sprzedawania i kupowania prac to była inicjatywa indywidualna, prywatna, ponieważ otrzymywałam propozycje pisania prac. Takie propozycje do mnie trafiały i stwierdziłam, że zainteresuję się tym mocniej i napiszę o tym pracę. Skoro ludzie mi o tym mówią, to może warto napisać o tym coś więcej.

Bo to zły promotor był... ?

Jak czytamy w raporcie NIK, w ponad połowie skontrolowanych uczelni limity maksymalnej liczby słuchaczy seminarium dyplomowego były przekraczane. Mało tego - okazało się, że w 3 szkołach doszło do sytuacji, kiedy promotor obejmował opieką ponad 100 studentów w jednym roku akademickim.

Czy faktycznie wina leży po stronie opiekunów prac?

Beata Bielska: - Nie da się wskazać jednego winnego. Nie można zatrzymywać się na jednostce. Po pierwsze mamy system szkolnictwa wyższego, które jeszcze do niedawna musiało radzić sobie z wyżem demograficznym, który to wyż spowodował wzrost liczby studentów. Na uczelnie trafiają studenci z coraz niższymi wynikami matur. Coraz trudniej jest ich pewnych rzeczy nauczyć. Przez to też praca promotorów staje się coraz trudniejsza. Dlatego stwierdzenie, że promotor zaniedbuje swoją pracę jest moim zdaniem trochę na wyrost. Bo promotor, żeby mógł dobrze kontrolować pracę, musi mieć mało studentów i dużo czasu. Więc jest jakiś czynnik systemowy, który oddziałuje na jednostki.

Liczy się interes? "Jest klimat do przepuszczania studentów"

"Nawet rażące przypadki naruszania praw autorskich, wykrywane przez promotorów na etapie konsultacji prac dyplomowych, były wyjaśniane tylko na linii student-promotor" - czytamy w raporcie NIK. Skreślanie nieuczciwych magistrantów z listy studentów to fikcja - przeważnie zostają jedynie upomniani i muszą napisać pracę od nowa. Władze uczelni chcą za wszelką cenę umożliwić studentom ukończenie studiów. Powód? Zyski finansowe.

O swoich doświadczeniach w tym temacie piszą internauci.

F.: - Proceder jest uprawiany na taką skalę, bo się zwyczajnie studentom opłaca. Na ogół przyłapany na plagiacie pracy dyplomowej student musi tylko powtórzyć semestr i napisać coś nowego - to są znikome koszty w porównaniu do ewentualnego zysku (czyli dyplomu bez wysiłku). Gdyby plagiatorów wyrzucać z uczelni z wilczym biletem, jak robią to np. w USA czy w Niemczech - skala tego procederu zostałaby znacznie ograniczona. Ale kto wyrzuci studenta, za którym idą pieniądze z ministerstwa?

R.: - Z mojej praktyki wygląda to tak: profesor pracuje na uczelni i w instytucie PAN. Żeby wyrobić pensum i dorobić sobie więcej, bierze 3-4 magistrantów. Za każdego ma 30 godzin dydaktycznych w semestrze. Gdyby profesor sam się nimi zajął, to ok, nie mam nic przeciwko. Ale profesor mówi, że studenci będą robić swoje prace w laboratorium w PAN. W tym momencie wkraczam ja, czyli były już na szczęście doktorant. Tych 3-4 studentów ląduje mi na głowie na zasadzie: "to Pan się nimi zajmie i coś tam zróbcie, tutaj są tematy ich prac". To jest pierwszy przejaw aktywności promotora. Drugi następuje po 2 latach, dzień lub dwa przed terminem złożenia pracy do dziekanatu. "Och, to już jutro?" - dziwi się profesor. "Podeślijcie mi te prace, ja to szybko sprawdzę, poprawicie i gotowe". Następnego dnia rano "poprawki" lądują na skrzynce mailowej tych 3-4 magistrantów (każda praca 60-120 stron w zależności od tego, jak wielką wagę student przykłada do objętości swojego dzieła). Studenci drukują, składają prace, odbywa się obrona i po wszystkim. Ale z tych 3-4 studentów pomnożonych przez 30 godzin semestralnie nigdy nie widziałem ani grosza (za to wszystko na swoim koncie widział mój szef). 

Beata Bielska komentuje: - Oczywiście możemy sobie mówić, że studenci są nieuczciwi, że oszukują itd. Ale skoro system jest tak zorganizowany, że osoby, które nie mają kompetencji, żeby skończyć studia i tak na nie trafiają, a uczelnie mają interes w tym, żeby ci studenci zostali, ponieważ otrzymują na nich dofinansowanie, tworzy się klimat, żeby tych studentów przepuszczać.

Prawo autorskie? A co to takiego?

Raport NIK pokazuje, że w 35 pracach obronionych na 9 uczelniach (10, 9 proc. zbadanych) stwierdzono występowanie nieoznaczonych zapożyczeń z innych utworów lub internetu. Winą tego stanu rzeczy najczęściej była niewystarczająca wiedza studentów na temat zasad poszanowania praw autorskich i poprawnego cytowania.

Beata Bielska: - Ze względu tego, że interesuję się taką tematyką, jako prowadząca zajęcia bardzo uwrażliwiam studentów na te kwestie. Jeśli prowadziłam zajęcia ze studentami i miałam za zadanie uczyć, jak dobrze napisać pracę, to poświęcałam zajęcia żeby wytłumaczyć, czym jest plagiat, czym grozi, jaka jest odpowiedzialność karna. Poświęcałam czas na to, żeby nauczyć studentów, jak sobie radzić z cytowaniem i tworzeniem przypisów. Nie chodzi tylko o to, żeby kogoś nastraszyć, tylko żeby dać mu do ręki narzędzia, żeby on uniknął plagiatów. Ale zwracam uwagę na to, że to wymaga sporego wysiłku od prowadzącego.

Na kontrolowanych uczelniach twórcy raportu NIK przeprowadzili anonimową ankietę wśród prawie 1,5 tys. studentów pierwszego roku studiów II stopnia. Ponad połowa ankietowanych uznała zajęcia z zakresu ochrony własności intelektualnej za co najwyżej średnio przydatne, a niemal co piąty ankietowany uznał, że przydatność ich jest mała, bardzo mała lub zajęcia takie są zupełnie nieprzydatne.

Ściąganie pracy dyplomowej jak ściąganie filmów

Beata Bielska: - Rozwój internetu ma bardzo duże znaczenie, ponieważ ułatwia kopiowanie, w takim sensie czysto technicznym jest prościej. To się wiąże nie tylko z rozwojem internetu, ale też z tym, że podejście do praw autorskich się zmienia. Można to odnieść do tego, jak ludzie postrzegają własność muzyki czy filmów. Nie mają poczucia, że jak ściągną coś z internetu to kradną. Tylko że korzystają z czyjejś własności intelektualnej. I takie podejście do własności intelektualnej wiąże się też z podejściem do prac - ludzie myślą sobie, że to nie problem.

- Co więcej - dodaje Bielska - problem nie dotyczy tylko edukacji wyższej. Absolutnie nie. Dzieci w szkołach podstawowych, w gimnazjach, w szkołach średnich też plagiatują, i to może być zachowanie wyuczone. Nasz raport pokazuje, że im częściej ktoś na poprzednich etapach edukacji ściągał, tym częściej robi to np. na studiach. Więc to może być po prostu zachowanie wyuczone, które się w pewnym sensie opłaca.

Więcej o: