Witaj profesorze, żegnaj, savoir-vivre. Kindersztuba na studiach nie istnieje

Student pierwszego roku potrafi odepchnąć od drzwi wykładowcę i wedrzeć się do windy, a studentka pisze do swojego promotora: "Witam. Moją pracę przywiezie mój narzeczony. Czy taki układ panu pasuje?".
Dr Grzegorz Chmielewski, prawnik, nie uważa się wcale za językowego czy obyczajowego purystę, ale obserwacje zachowań jego studentów skłoniły go do przygotowania wykładów otwartych na temat dobrych obyczajów. Okazały się tak popularne, że przychodzą na nie nie tylko studenci Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej, ale również mieszkańcy Nysy.

Rozmowa z dr. Grzegorzem Chmielewskim (wykładowcą):

Beata Łabutin: Skoro zdecydował się Pan na prowadzenie wykładów na temat dobrych obyczajów, musiał się Pan zetknąć z tymi niedobrymi...

Dr Grzegorz Chmielewski: Stykam się z nimi na co dzień, choćby na własnych wykładach. I stwierdzam, że młodzi ludzie nie mają pojęcia o podstawowych rzeczach: jak pisać listy, jak się zwracać do nauczycieli, wykładowców, kto kogo wita, kto komu podaje rękę, kto pierwszy wchodzi do widny czy do restauracji. Wydaje się, że wiedzy o tych kwestiach nie wynieśli ani z domu, ani ze szkoły.

Miałem to szczęście, że moja polonistka, a także nauczycielka w szkole muzycznej były bardzo wyczulone, jeśli chodzi o dobre wychowanie, zwracały uwagę na poprawność wypowiedzi, na zasady zachowania, na ogólne obeznanie z kulturą. Staram się te standardy przekazywać studentom.

Słuchają chętnie?

- Bardzo chętnie. Na wykładach zawsze jest komplet, a że mają otwartą formułę, przychodzą też ludzie z zewnątrz.

Oczywiście by podbudować swą wiedzę, sięgnąłem do literatury dotyczącej savoir-vivre'u, prowadziłem też wcześniej w Instytucie Politologii Uniwersytetu Opolskiego wykłady z zakresu protokołu dyplomatycznego.

Jednak moje codzienne doświadczenia ze studentami przekonały mnie, że potrzeba im informacji o zupełnie podstawowych zachowaniach.

Ludzie nie lubią być pouczani.

- Oczywiście, że nie lubią. Dlatego staram się przyjąć lekką formułę wykładów, nie uderzać w wysokie tony, nie krytykować, że coś zrobili źle, ale pokazać, zaproponować: patrzcie, to można zrobić inaczej. Bo dziś młodzież jest taka, że nie chce słuchać osoby, która - nazwijmy to kolokwialnie - zadziera nosa.

Młodzież nie lubi też zbyt wielu sztywnych zasad.

- Tak, ale w pewnym momencie właśnie ten brak zasad może być wielką przeszkodą w osiągnięciu celu - gdy już studenci wypłyną na szersze wody, trafią do firm, do urzędów itd. I mówimy tu o rzeczach czasem naprawdę drobnych. Takich jak choćby rozpoczęcie e-maila do wykładowcy od "Dzień dobry" albo zakończenie go słowem "Pozdrawiam". To rażący błąd.

Co w tym złego?

- Taka formuła nadaje się raczej do zastosowania w liście do osoby, z którą jesteśmy zaprzyjaźnieni. Do wykładowcy piszemy: "Szanowny panie doktorze", a kończymy np. sformułowaniem "Łączę wyrazy szacunku". Tymczasem ja na przykład otrzymałem kiedyś e-mail rozpoczynającego się od "Mój drogi panie doktorze". Oczywiście przesada, czyli hiperpoprawność, też nie jest dobra. Mój kolega z uczelni opowiadał mi kiedyś o e-mailu zaczynającym się od słów: "Wielce Szanowny Panie Dyrektorze Instytutu Doktorze Habilitowany Iksie Iksiński".

Rażącym zachowaniem jest nadmierna swoboda, nadmierny luz. Na przykład wchodzenie czy wychodzenie podczas trwania wykładu bez żadnego skrępowania, a wręcz ostentacyjnie. Zdarza się, że studenci odbierają podczas wykładów telefony. A już użycie laptopa czy tabletu jest nagminne. Po minach i uśmiechach widać, że treści, z jakich korzystają, nie mają nic wspólnego z materią przedstawianą na zajęciach.

Razu pewnego studentka wpadła na salę już podczas wykładu i bez skrępowania, przerywając w pół słowa, spytała, czy ona musi na wykładzie być, bo strasznie jej nie pasuje, ma mnóstwo spraw do załatwienia...

Podkreśla pan, że studenci nie potrafią formułować swoich myśli, i to nie tylko na piśmie.

- Tak jest. Umiejętność konwersacji, sztuka epistolografii dziś są w zaniku. Głównym powodem jest powszechne komunikowanie się przez internet, a ono rządzi się swoimi prawami. Ma być szybko, krótko. W użyciu są niedopowiedzenia, skróty, wyrażenia znane tylko przyjaciołom czy kolegom. Na literówki i inne błędy nie zwraca się uwagi. Piszący w ten sposób do siebie znajomi zrozumieją się, gorzej już jednak, gdy trzeba się porozumieć z kimś nieznajomym. Młody człowiek użyje takiej samej formuły jak podczas pisania do kolegi i dziwi się potem, że adresat go nie zrozumiał.

Pokolenie, które nie potrafi już funkcjonować bez telefonu komórkowego czy laptopa, nie przywiązuje wagi do tego, że rozmówca może nie zrozumieć.

Przychodzi student do wykładowcy...

-...i mówi: "Panie doktorze, to ja". Pytam: "W jakiej sprawie?". On na to: "Pan wie, w jakiej". Uważa, że powinienem pamiętać jego personalia i jego problemy, a przecież niemożliwością jest zapamiętanie wszystkich studentów. Mówiąc takimi zagadkami, stawia siebie i mnie w niezręcznej sytuacji.

Zdarzało mi się, że studenci pierwszego roku nie chcieli mnie - jako prowadzącego zajęcia - dopuścić do drzwi, bo przecież oni byli pierwsi... Zupełnie jak w dowcipie o niedźwiedziu, który stał pierwszy w kolejce i nie chciał przepuścić zajączka. Tyle tylko, że zajączek miał klucz do sklepu...

Studentka napisała kiedyś: "Moją pracę przywiezie mój narzeczony, bo ja nie mogę. Pasuje panu taki układ?". Inny e-mail przyszedł z adresu "msciwyzdzich" i traktował o sprawie studenckiej, ale niestety ów mściwy Zdzich się nie podpisał. Do dziś nie wiem, kto to był.

Inny: "Byłem w starostwie, złożyłem podanie, rozpatrzone będzie jak zwykle za dwa tygodnie". Skąd miałem wiedzieć, o co chodzi? Albo taki: "Ja w czwartki mam tylko seminarium dyplomowe, w związku z tym muszę wiedzieć, czy przyjeżdżać jutro na uczelnię". Student mnie, wykładowcę, pyta, czy ma wziąć udział w zajęciach. I jeszcze na koniec "przeprasza za zawracanie głowy"...

O co pytają studenci podczas pana wykładów?

- O bardzo różne kwestie. Czasem zupełnie podstawowe. Kto pierwszy wchodzi do windy czy restauracji, kto kogo wita, kto komu podaje rękę.

Nie wiedzą takich rzeczy?

- Nie. I ja im mówię, że wysiadając z windy, nie mówimy "dziękuję", bo niby komu i za co? Mówimy po prostu "do widzenia". Mówię im, że mężczyzna przepuszcza kobietę w drzwiach, ale już do restauracji to on powinien wejść pierwszy. Że to młodsza osoba wita starszą, podwładny szefa, a kobieta podaje rękę mężczyźnie. Że nie potrząsa się czyjąś ręką przy powitaniu bez opamiętania. Że pierwszeństwo mają wysiadający z autobusu, z windy, wychodzący ze sklepu. Że wzniesienie toastu w rodzaju "Zdrowie pięknych pań, a także gospodyni" to niezręczność. Takie tam oczywistości, żadna wyższa szkoła jazdy.

Więcej o: