Topniejący śnieg i sople: dzwoń do spółdzielni, nie na straż

Przyszła niewielka odwilż. Masy śniegu, które zalegają na dachach, stają się coraz bardziej niebezpieczne. Potężne sople zwisają z budynków. Ludzie się boją. Strażacy mówią: Nie dzwońcie do nas. Sople to nie masz problem.
Topniejący w ciągu dnia śnieg, który obficie zasypał dachy stołecznych budynków, stwarza nowe, ogromne zagrożenie dla mieszkańców i zwykłych przechodniów. Pod wpływem zmian temperatury zamienia się w wodę, a następnie zamarza w formie sopli. Najgorzej, gdy staje się tak na gzymsach tuż nad chodnikami czy bezpośrednio nad balkonami lub wejściami do budynków.

Takie właśnie niebezpieczeństwo występuje m.in. wokół budynków przy ulicy Skoczylasa na warszawskiej Pradze. Z gzymsów znajdujących się na wysokości 2. piętra, z balkonów, dachów, a nawet anten satelitarnych zwisają gigantyczne, mierzące do półtora metra sople lodowe. Aż strach pomyśleć, co może się zdarzyć, gdy taki ważący kilka, kilkanaście kilogramów sopel urwie się i spadnie na głowę przechodnia - alarmuje pan Marcin.

Co robić, jeśli zauważymy na dachu sople? Pierwsza myśl - dzwonić na straż, oni mają przecież drabiny i mogą się nimi zająć - Ehh - wzdycha Paweł Frątczak z Komendy Głównej Straży Pożarnej - Non stop mamy do czynienia z niezrozumieniem przepisów. To zarządca lub właściciel budynku ma ustawowy obowiązek zadbać m.in. o bezpieczeństwo zimą. Z nimi trzeba się kontaktować i wymagać od nich usuwania sopli czy odśnieżania dachów. Straż jest od zupełnie innych rzeczy - tłumaczy Frątczak. - To niewykonalne, żeby robili to strażacy - dodaje.

Więcej o: