18+
Uwaga!

Ta strona zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla osób dorosłych

Mam co najmniej 18 lat. Chcę wejść
Nie mam jeszcze 18 lat. Wychodzę

"Gdybym mógł, mordowałbym dalej" - historia polskiego seryjnego mordercy, Karola Kota

Wiadomości >  Policyjni >  Archiwum
Milena Bryła
14.07.2011 14:25
A A A Drukuj
Karol Kot podczas wizji lokalnej

Karol Kot podczas wizji lokalnej (Fot. Discovery Historia)

"Nigdy nie przyszło mi na myśl, że należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze." - te słowa wypowiedziane przez Karola Kota, jednego z najsłynniejszych polskich seryjnych morderców, szokują do dziś. Od momentu jego złapania mija właśnie 45 lat.
Karol Kot urodził się 18 grudnia 1946 roku. Pochodził z inteligenckiej rodziny. Wychowywał się w warunkach wolnych od jakiejkolwiek patologii społecznej. Jak później mówił, rodzice spełniali niemal każdą jego zachciankę, ale nie mieli dla niego czasu. Jako nastolatek Kot uczęszczał do Technikum Energetycznego przy ul. Loretańskiej w Krakowie. Był dobrym uczniem, miał zamiar studiować. Z powodzeniem uprawiał także strzelectwo w jednym z krakowskich klubów sportowych.

Przyjaciół miał niewielu, bo - jak sam twierdził - nie zależało mu na nich. Czasami naśmiewano się z niego, jednak na ogół nie zwracał na siebie uwagi. Wszyscy wiedzieli za to, że ma bardzo nietypowe zainteresowania...

Chore fantazje

Kot często miewał fantazje o zabójstwach i sadystycznych orgiach, o których opowiadał znajomym. Nikt nie traktował jednak tych wypowiedzi poważnie. Tymczasem, już jako nastolatek Kot zaczął realizować swoje pragnienia na zwierzętach. W późniejszych rozmowach z Bogusławem Sygitem, autorem książki "Kto zabija człowieka... Najgłośniejsze procesy w powojennej Polsce" wspomni: "Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania (...) Asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dostawałem ją od rzeźników. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby, kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się, dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew."

W tym samym czasie rozmyślał też o zbrodniach, jakich mógłby dokonać. Marzył o byciu katem dla ludzi: "Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma - moją siostrą i kuzynką." - mówił.

Poza tym młody Kot był wielkim pasjonatem wszelkiego rodzaju broni. Zebrał pokaźną kolekcję noży i doszedł do wprawy w posługiwaniu się nimi. Fascynowała go też zabawa ogniem. Kilkakrotnie próbował podpaleń. Chciał także zabić otruć kogoś. Na szczęście trucizna, którą dosypywał różnym osobom, nie doprowadziła do niczyjej śmierci.

Pierwsze zabójstwo

Mordercze fantazje Karol Kot po raz pierwszy wcielił w życie 21 września 1964 roku. Miał wtedy niecałe 18 lat. Jak później opowiadał, coś tego dnia "chodziło za nim" i nakłaniało, aby dźgnąć kogoś nożem. Postanowił, że najlepiej będzie, jeżeli zabije jakąś starą kobietę w pustym kościele. Ofiarą została Helena W. Kot zauważył ją modlącą się w przedsionku kościoła Sercanek w Krakowie. Podszedł do niej od tyłu, ugodził nożem w lewą stronę pleców i uciekł.

Kot twierdził, że zadał cios tak, aby był śmiertelny. Jak się jednak okazało, rana była na tyle powierzchowna, że ofiara dowiedziała się o krwi na swoim ramieniu od przypadkowych osób. O sprawie powiadomiono milicję, jednak wydarzenie zostało zbagatelizowane. Sama pokrzywdzona nie była chętna do współpracy, twierdząc nawet, że nie została dźgnięta nożem, tylko pobita. Opisała jednak napastnika, jako młodego mężczyznę.

Po raz drugi Kot zaatakował zaledwie dwa dni później. Ofiarą również była starsza kobieta. Tym razem do napadu doszło w jednej z krakowskich kamienic. Kot dźgnął kobietę nożem w plecy. Franciszka L. przeżyła atak, ale przepłaciła go trwałym kalectwem - uszkodzeniem nerwu i niedowładem nogi.

Trzecią ofiarę Kot zaatakował 29 września w przedsionku kościoła Prezentek w Krakowie. 86-letnia Maria P. po otrzymaniu ciosu w plecy zdążyła powiedzieć przypadkowej osobie, że napadł ja młody chłopiec. Następnie, nie odzyskawszy przytomności zmarła w szpitalu. Milicjanci zaczęli podejrzewać, że w okolicy grasuje seryjny zabójca. Ludzie bali się wychodzić z domu. Niestety śledczy nie mieli wielu śladów. Po trzech miesiącach sprawa została umorzona, a ataki ustały.

Powrót zwyrodnialca

Kraków spał spokojnie przez prawie dwa lata, dopóki szaleniec nie zaatakował po raz kolejny zimą i wiosną 1966 roku. Początkowo milicjanci myśleli, że mają do czynienia z nowym zabójcą. Modus operandi był bowiem inny - ofiarami były dzieci, a sprawca zadawał wiele ciosów.

Pierwszą ofiarą był 11-letni chłopiec zaatakowany na Kopcu Kościuszki. Dziecko miało na ciele 11 ran kłutych. Nie przeżyło ataku. Kolejna ofiara - 7-letnia Małgorzata P. - również otrzymała 11 ciosów nożem. Na szczęście dziewczynce udało się przeżyć.

Po przeanalizowaniu tych i poprzednich napadów śledczy znaleźli jednak cechy wspólne - sprawca zawsze działał sam, wybierał słabsze od siebie ofiary, atakował znienacka, zadając ciosy w okolicach serca i brzucha oraz górnej partii pleców. Nigdy nic nie mówił, a ofiarom niczego nie zabierał. Przestępstw dokonywał około południa, w jednej dzielnicy Krakowa. Mimo to nadal brakowało podejrzanego. Wiadomo było tylko, że jest to młody mężczyzna. Śledztwo stało w miejscu.

"Dziewczyna" Kota

Karol Kot uczęszczając do klubu strzeleckiego, poznał starszą od siebie dziewczynę - Danutę W. Czasem spotykali się po zajęciach. Dużo rozmawiali, a młody mężczyzna traktował ją jako swoją dziewczynę. Ona traktowała go jak zwykłego znajomego. Kot opowiadał jej o swoich morderczych fantazjach i chęci zabijania, jednak dziewczyna nie traktowała jego słów poważnie.

Któregoś dnia rzucił ją na ziemię i przystawił nóż do szyi grożąc, że ją zabije. Danuta W. uznała to za głupi żart. Dopiero kiedy dowiedziała się z gazet o próbie morderstwa 7-letniej dziewczynki, nabrała podejrzeń, że sprawcą może być jej znajomy. O wszystkim opowiedziała milicji.

Uśmiechnięty "bohater"

Funkcjonariusze zatrzymali Kota 14 lipca 1966 roku, niedługo po tym, jak zdał maturę. Początkowo młody mężczyzna wszystkiego się wyparł. Przyznał się dopiero, kiedy został rozpoznany przez swoje niedoszłe ofiary.

Kot podczas zeznań dokładnie opisał swoje zbrodnie i motywy, które nim kierowały. Powiedział, że zawsze fascynowała go broń i zabijanie. Marzył o tym, aby któregoś dnia własnoręcznie kogoś uśmiercić. W pewnym momencie przyznał, że wszystkiego żałuje, jednak odwołał to przed sądem.

Oskarżony o dwa zabójstwa, dziesięć usiłowań zabójstwa i cztery podpalenia, nie przejawiał skruchy przed wymiarem sprawiedliwości. Podczas procesu na twarzy 19-letniego mordercy gościł uśmiech, a jego wypowiedzi bardziej przypominały przechwałki niż tłumaczenia. Kot wydawał się być wyjątkowo zadowolony z tego, że jest bohaterem tak strasznych historii. "Prawdą jest, że w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, że milicjanci tak nudzili mnie napominaniem o skrusze, że wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, że nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego. (...)Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, że należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, że mogłem tak spartaczyć robotę. (...)Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej" - mówił później w rozmowie z Bogusławem Sygitem.

Sporna kara

Opinia publiczna, zbulwersowana poczynaniami młodego zabójcy, domagała się dla niego kary śmierci. Sąd Wojewódzki w Krakowie podzielił jej zdanie i skazał 19-latka na śmierć przez powieszenie. Obrona odwołała się jednak od tego wyroku do Sądu Najwyższego, domagając się skierowania Kota na ponowne badania psychiatryczne (część biegłych psychiatrów kwestionowała wcześniej poczytalność 19-latka, jednak ostatecznie sąd przychylił się do opinii lekarzy, którzy uznali, że Kot może stanąć przed sądem). Sąd Najwyższy odrzucił wniosek adwokata i utrzymał w mocy wyrok skazujący młodego zabójcę na karę śmierci.

Zanim jednak doszło do wykonania wyroku, 22 listopada 1967 roku SN postanowił zamienić Kotowi karę śmierci na dożywocie. Prokurator Generalny PRL oburzony tą decyzją skorzystał wtedy z możliwości wniesienia rewizji nadzwyczajnej. Dzięki tej interwencji 17 marca 1968 roku Kota ponownie skazano na karę śmierci przez powieszenie i utratę honorowych praw obywatelskich na zawsze. Wyrok wykonano 16 maja 1968 roku.



Na kanale Discovery Historia od 20 września będzie można oglądać program "Seryjni mordercy". Opowiedziana zostanie w nim między innymi historia Karola Kota. Kolejne odcinki we wtorki o godz. 23:30.

Tagi:

  • 1
  • 2
Komentarze (2)
Zaloguj się
  • ax-les-thermes

    Oceniono 4 razy 4

    Jako seryjny zabojca byl jednak wyjatkowo nieudolny i nieskuteczny...jak wszystko w tym kraju.

  • Oceniono 8 razy 2

    Może to przypadek ale zauważyłem że te największe czubki pochodzą z Krakowa.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX