Gwałciciel i zabójca zawisł. Ostatnia egzekucja w Polsce

23 lata temu odbyła się ostatnia egzekucja w Polsce. W więzieniu przy Montelupich w Krakowie został stracony Stanisław Czabański. Na śmierć skazał go Sąd Wojewódzki w Tarnowie.
Stanisław Czabański został skazany i stracony za gwałt i morderstwo kobiety. Wywabił ją z domu do lasu, tam zgwałcił, a gdy zaczęła uciekać dogonił ją i zabił, uderzając 27 razy samochodowym kluczem w głowę. Potem chciał zabić jej dwie córki, ale zdążyły uciec. Tak opisuje dokonaną przez niego zbrodnię Jarzy Andrzejczak, w wydanej w latach 90-tych książce, "Spowiedź polskiego kata".

Tajny przebieg egzekucji

Protokoły z wszystkich egzekucji pozostają tajne. Ale wiadomo jak się na ogół odbywały. Po decyzji sądu ostatnie słowo miała Rada Państwa PRL. Mogła skorzystać z prawa łaski. Jeśli tego nie zrobiła, dochodziło do wykonania kary śmierci.

Data jej wykonania była tajna. Skazany nigdy nie wiedział, czy nie wyprowadzają go z celi ostatni raz. By go zmylić, strażnicy często przenosili taką osobę z celi do celi - opowiadał w rozmowie z "Dużym Formatem" prof. Andrzej Rzepliński. Godzina zwykle była podobna, po 18.00, bo wtedy dwie zmiany strażników nakładały się na siebie.

W egzekucji brali udział naczelnik więzienia, prokurator i lekarz więzienny. Mógł być przy niej obrońca i ksiądz, jeśli skazany sobie tego życzył. Wtajemniczeni, dobrani strażnicy prowadzili skazańca do celi śmierci. Często kneblowali mu usta - opowiadał prof. Rzepliński - żeby nie prowokował innych więźniów. Niektórzy walczyli do końca, innych paraliżował strach.

Ostatnie życzenie

W celi śmierci prokurator odczytywał skazanemu wyrok oraz decyzję Rady Państwa, że nie skorzystała z prawa łaski. Skazany miał prawo do ostatniego życzenia. Mógł poprosić o papierosa, kieliszek alkoholu, posiłek. Mógł napisać list do bliskich, wyspowiadać się. Bywało, że lekarz dawał mu środek uspokajający, ale nie silny, bo skazany musiał być przytomny. Z tego powodu alkoholu też nie mógł dostać dużo.

Po spełnieniu ostatniego życzenia odsłaniano kurtynę, za którą czekał kat. Strażnicy przenosili skazańca, ze skutymi rękoma i nogami, na zapadnię. Kat zakładał mu na głowę czarny worek i pętlę na szyję - opowiadał prof. Rzepliński. Zwalniał zapadnię.

Według tajnych rozporządzeń ciało miało wisieć 20 minut. Po tym czasie lekarz stwierdzał zgon. Zwłoki trafiały do trumny.

Po drugiej stronie

Na tych, którzy brali udział w egzekucjach często pozostawiało to ślad na długie lata.

- Tyle lat minęło, a to wraca: nocą, nagłym przebłyskiem myśli - opowiadał Wojciechowi Knapowi, długoletniemu pracownikowi Służby Więziennej, funkcjonariusz, który obsługiwał siedem egzekucji. (Artykuł ukazał się w 2004 roku w "Rzeczpospolitej")

- Wielu funkcjonariuszy nie wytrzymywało, podczas egzekucji, mdleli - opowiadał inny.

- Byłem pięć razy przy tym. Upłynęły dziesięciolecia, a mnie śnią się nadal ci ludzie. Dlaczego, niech mi pan powie? - to z kolei relacja świadka egzekucji, do którego dotarł Stanisław Podemski. (Z książki "Pitawal PRL-u".)

Skazywano, ale nie wykonywano

W 1988 roku, tym samym, w którym wykonano wyrok na Czabańskim, wprowadzono moratorium na wykonywanie kary śmierci. W 1995 wszystkie niewykonane wyroki zostały zamienione na 25 lat więzienia.

Ale po 88 roku kara śmierci dalej była orzekana. Do wejścia w życie nowego Kodeksu Karnego w 1997 roku, w którym zastąpiło ją dożywocie, sądy jeszcze kilkakrotnie ją orzekły.

Więcej o: