Narkotykowych dilerów rozpracowali policjanci z krakowskiego oddziału
Centralnego Biura Śledczego. Pomógł w tym telefoniczny podsłuch. W policyjną pułapkę wpadli zarówno dilerzy, jak i osoby zaopatrujące się w narkotyki. Oskarżeni działali w specyficzny sposób. Narkotyków - głównie marihuany - nie rozprowadzali w lokalach, dyskotekach czy nocnych klubach. Kontakt z dostawcą był telefoniczny, a odbiorcami mogli być wyłącznie klienci z polecenia. Dilerzy mieli wynajęte mieszkanie, w którym przechowywali i porcjowali narkotyki. Tutaj też można je było, po wcześniejszym telefonicznym zamówieniu, ostatecznie odebrać.
Do oskarżenia narkotykowej szajki nie wystarczyło jednak samo nagranie rozmów dilerów z klientami i dostawcami. Ci bowiem nie mówili wprost o tym, co robią, ale posługiwali się specyficznym slangiem. Kluczem okazało się powołanie biegłego, który rozszyfrował poszczególne określenia padające w rozmowach między oskarżonymi. Ekspert ustalił, że na przykład mówiąc o marihuanie, posługiwano się określeniami "żywopłot", "natka", "kwiatek", "siejucha" czy też "bekan". Haszysz to "grudziąc", "czekoladka", "ziemia", a kokaina to "koko dżambo", "biała dama" lub po prostu "coś bardzo fajnego". Gdy towar był odpowiedniej jakości i ilości, mówiono, że "wali w łeb".
Dwoje z podejrzanych - którzy zajmowali się obrotem narkotykami - przebywa w areszcie. Pozostali podejrzani to mężczyzna, który użyczył
mieszkania, oraz siedem osób zaopatrujących się u dilerów. Wśród nich jest matka i syn. Cała siódemka dobrowolnie poddała się już karze. Policja tropi jeszcze dostawców narkotyków.