- Oskarżam Jolantę W.-K. (kobieta przyjęła nazwisko konkubenta - przyp. red.) o to, że w nocy z 23 na 24 lutego 2001 roku w Sopocie zabiła Sławomira K. strzałem w głowę z broni palnej - odczytywała akt oskarżenia prokurator Dagmara Płochowska. Kobieta nie przyznała się do winy.
To historia rodem z powieści sensacyjnych. Jolanta W. miała zabić swojego konkubenta, jego ciało zawinąć w dywan, przenieść ze wspólnikami do garażu i tam zalać betonem. Następnie jego ciało z pomocą innego konkubenta wyciągnęła z garażu i wspólnie spalili je gdzieś na Kaszubach. To wersja prokuratury.
Kobieta twierdzi, że mężczyznę porwano dla okupu, a teraz ukrywa się w Stanach Zjednoczonych, bo mafia wydała na niego wyrok śmierci.
- Nie mówiłam policjantom o tym, że on żyje, bo Sławek mi zakazał mi tego - opowiadała kobieta. - Mówił, że mafia płaci policji za informacje.
Kobieta zeznawała przed sądem przez dwie godziny.
- Dwa razy spotkaliśmy się w Chicago i raz w Meksyku. - mówiła zza grubej pancernej szyby ze łzami w oczach dawniej elegancka i zadbana blondynka, teraz zmęczona kobieta ubrana w szary dres. - Dawał mi pieniądze i pytał o dzieci. Mieliśmy się spotkać w Hawanie na Kubie, ale do spotkania nie doszło.
Tym zeznaniom przysłuchiwały się dzieci Jolanty W. i Sławomira K. Machały do matki, a ta kiwała do nich głową. Nie chcą rozmawiać z dziennikarzami.
- To jest dla nas bardzo ciężka sprawa, nie chcemy o tym mówić - ucinały rozmowę.
Kobiecie grozi od 8 lat więzienia do dożywocia.
W serwisie policyjni.pl także: Makabryczne odkrycie: rozczłonkowane zwłoki mężczyzny na strychu