Policjanci zrobili z niego inwalidę? "Lali mnie po mordzie"

Zanim do mojego mieszkania przyszli policjanci, byłem zdrowy i przede wszystkim miałem śledzionę. Teraz chodzę o lasce - mówi Grzegorz Zdunek, który od czterech lat próbuje przekonać sądy, że jest ofiarą, a nie sprawcą przestępstwa.
Adwokat Henryk Szulejewski już na wstępie zastrzega: - Pan Grzegorz i pani Halinka lubią sobie wypić jakąś nalewkę.

To prawda, Grzegorz Zdunek i Halina Gorzelak nie należą do elity społeczeństwa. Mieszkają w bloku na Dolnym Mokotowie w 25-metrowej zagraconej klitce. Żyją z przygodnego handlu na bazarze. Ich losem mało kto się przejmuje. Mecenas Szulejewski się przejął. - Jak można tak tuszować bandytyzm policji? - pyta.

Ktoś mnie dziabnął nożem

Rano, 11 stycznia 2009 r. Grzegorz wyszedł do sklepu po nalewkę. Była niedziela, trochę doskwierał im kac. Alkohol pili od piątku. Nie było go może przez kwadrans. Gdy wrócił, Halina (wówczas przyjaciółka, dziś żona) dalej leżała w łóżku. Ale cała we krwi. - Ktoś mnie dziabnął. Nożem - wykrztusiła.

W domu nie było telefonu. Przerażony Grzegorz popędził do automatu na ulicy. Wykręcił numer 999, ale aparat nie działał. Za rogiem domu, przy przystanku autobusowym, są stoiska z kwiatami. Poprosił znaną mu z widzenia panią Grażynkę, by przez komórkę wezwała pogotowie. Ratownicy byli po kilku chwilach. A zaraz po nich policja. Takie procedury: rana kłuta, trzeba zawiadomić śledczych. Pogotowie zabrało Halinę do szpitala. Grzegorz został w mieszkaniu sam z czterema policjantami. I w tym miejscu wersje wydarzeń radykalnie się rozjeżdżają.

Spadłem z dziesiątego piętra

Oto wersja Grzegorza.

Jeden z policjantów kajdankami skuł mu ręce. - I co, skurw...? Dźgnąłeś ją? - wycedził. Zaprzeczył. Wówczas padły ciosy. Z buta? Pałką? Nie wie do dziś. Zwalił się na podłogę, gdzie dalej był bity. Przez te kajdanki nie miał się nawet jak zasłonić. - Z bólu traciłem świadomość, nie pamiętam do końca, co się działo - opowiada.

Nie wie, czy bił go tylko jeden czy wszyscy. Na koniec policjant, ten, który zaczął, chwycił za stojący na szafce telewizor, 14-calowy. Zdunek zdążył jeszcze krzyknąć: - Zostaw ten telewizor! Halina go nie spłaciła! Ale policjant zamachnął się i cisnął odbiornikiem, który spadł Zdunkowi na brzuch. Wtedy stracił przytomność.

Ocknął się na komendzie przy ul. Malczewskiego. Policjanci zbadali go alkomatem (2,8 promila), ale potem uznali, że zanim zamkną zatrzymanego na dołku, musi go zbadać lekarz. Pojechali radiowozem do centrali pogotowia przy ul. Hożej. Doktor nawet nie wyjął słuchawek. Policjantom kazał rozkuć Zdunka, wezwał sanitariuszy i kazał go wieźć prosto do Szpitala Praskiego. Tam postawiono diagnozę: złamanie kości nosa, żuchwy i kilku żeber, siniaki na twarzy, pęknięta śledziona. Niewykluczone, że właśnie od uderzenia telewizorem. Trzeba było ją wyciąć.

W szpitalu policjanci cały czas go pilnowali. - Puszczali do mnie oko. To miał być znak, żebym nic nie mówił - twierdzi pokrzywdzony.

Kiedy lekarka zapytała, co się stało, odpowiedział gorzkim żartem: - Spadłem z dziesiątego piętra.

Prokurator wziął to na poważnie. Polecił biegłym sprawdzić, czy obrażenia, jakie miał Zdunek, nie pochodzą od upadku z dużej wysokości.

Uniósł rękę, zareagowałem

Funkcjonariusze twierdzą, że Zdunek próbował ugodzić nożem jednego z nich. Cytujemy z protokołów.

Sierżant Paweł A.: "Zobaczyłem w pewnej chwili, jak Grzegorz Zdunek poderwał się do góry, w ręku trzymał nóż kuchenny. Widząc zamach nożem w kierunku moich barków, klatki piersiowej, odskoczyłem, robiąc dwa, trzy kroki w bok".

Sierżant Paweł M.: " Mężczyzna był w wieku około 50 lat, jego twarz nosiła ślady dawnych obrażeń w postaci rozcięć i złamania nosa, na łukach brwiowych były narośla kostne i ślady zszycia. (...) Uniósł lewą rękę, w której trzymał nóż, i zamachnął się w kierunku stojącego przy oknie Pawła. (...) Ja natychmiast zareagowałem, błyskawicznie ruszyłem w jego kierunku, chwytając za rękę z nożem, i zastosowałem chwyt obezwładniający".

Starszy sierżant Piotr K.: "W trakcie obezwładniania Grzegorz Zdunek stawiał czynny opór, szarpał się z nami. (...) Miał na twarzy jakieś blizny czy otarcia".

Starszy sierżant Bogdan Z.: "Podczas szarpaniny p. Zdunek stracił równowagę i wraz z nim przewróciliśmy się na podłogę, uderzając w stolik, na którym stał telewizor, który również spadł na podłogę".

Cztery miesiące później prokurator z Mokotowa oskarżył Grzegorza Zdunka o czynną napaść na funkcjonariusza policji. Za to przestępstwo kodeks przewiduje nawet dziesięć lat więzienia.

Dziwnie podobne zeznania

Grzegorz Zdunek: - Wiedziałem, że w tej sytuacji będę podejrzanym. Spodziewałem się, że będą chcieli mnie zabrać na komendę i przesłuchać.

Jego adwokat podnosi argumenty świadczące o jego niewinności: * jest praworęczny; * mieszkanie jest tak ciasną i zagraconą klitą, że nie sposób w niej zrobić swobodnego ruchu w obecności czterech osób; * do sprawy nie zabezpieczono jako dowodu rzeczowego noża, którym Zdunek miał atakować policjanta. I pyta: jaki powód miałby jego klient, żeby atakować policjantów?

Dwa lata po wniesieniu aktu oskarżenia sędzia Małgorzata Lewczuk wydaje wyrok: niewinny. - Zeznania policjantów są zaskakująco podobne - zwraca uwagę w uzasadnieniu. - Miejscami zaś identyczne.

Sędzia zastanawia się, czy przypadkiem policjanci nie przedstawili uzgodnionej wcześniej wersji wydarzeń. - Przesłuchiwani winni składać zeznania, opisując własne obserwacje czynione z perspektywy własnego udziału w zdarzeniu. Jest niemożliwe, aby cztery osoby podczas składania zeznań (podczas nieobecności przecież pozostałych świadków) używały wzajemnie takich samych zwrotów, wyrażeń, zachowując tę samą chronologię - argumentuje. - Każdy człowiek, obserwując wraz z innymi jedno zdarzenie, dostrzega i zapamiętuje inne szczegóły, a opisując je, czyni to zawsze trochę inaczej niż inni: używając innych zwrotów, słów czy sformułowań.

Sędzia wychodzi też z założenia, że "raczej na pewno", a wbrew temu, co sami twierdzą, policjanci już na początku skuli Grzegorza Zdunka kajdankami. To o tyle uzasadnione, że był wtedy głównym podejrzanym o atak na swoją towarzyszkę. Skoro sięgnął po nóż, znaczy, że jest niebezpieczny. - Gdyby go od razu nie skuli, byłoby to daleko idącą niefrasobliwością - dowodzi sędzia.

To nie jest proces o pobicie

Grzegorz Zdunek cieszył się z decyzji sądu pięć miesięcy. Prokuratura złożyła apelację i sąd odwoławczy nakazał powtórzyć proces. Kolejny sąd już Zdunkowi nie uwierzył. Za dobrą monetę wziął za to zeznania policjantów. Sędzia Paweł du Chateau zauważył co prawda, że nie da się wykluczyć, że to oni pobili oskarżonego, ale nie to jest przedmiotem procesu. Jest nim za to zbadanie, czy Zdunek rzucił się na policjanta z nożem czy nie. I sąd uznał, że się rzucił. Wymierzył mu za to karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata.

Kolejną apelację złożył więc obrońca. Tym razem sąd odwoławczy przyznał rację Zdunkowi i nakazał kolejną powtórkę procesu. W poniedziałek 9 września sprawa, w której Grzegorz Zdunek jest oskarżonym o atak na sierż. Pawła A., rozpocznie się od nowa. Już po raz trzeci.

W toku jest za to inny proces. Akurat w piątek, zaplanowana była kolejna rozprawa. Na ławie oskarżonych zasiadają policjanci, którzy byli na interwencji w mieszkaniu na Dolnym Mokotowie. Paweł M. (to on miał kopać i rzucić telewizorem) odpowiada za spowodowanie u zatrzymanego ciężkiego kalectwa. Pozostali za utrudnianie śledztwa i składanie fałszywych zeznań. Oskarża ich Grzegorz Zdunek w tzw. subsydiarnym (prywatnym) akcie oskarżenia. Dlaczego nie prokuratura? Bo uznała, że policjanci nie popełnili przestępstwa.

Niewiarygodny, bo pijany

Prowadząca śledztwo w tej sprawie prok. Sylwia Czenskowska-Piętka stanęła po stronie policjantów. Uznała, że Zdunek nie jest wiarygodny, bo był pijany. Poza tym jego opowieść o tym, że policjant rzucił w niego telewizorem, jest "nielogiczna". To prawda, ktoś pobił Zdunka, przyznała prokurator, tylko nie wiadomo kto. - W tej sytuacji pytam, co policja i prokuratura zrobiły, by wykryć sprawców pobicia? Czy wykonano choć jedną czynność, by te osoby odnaleźć? - komentuje mec. Szulejewski.

Umarzając śledztwo, prokurator Czenskowska-Piętka oparła się m.in. na opinii biegłych lekarzy, którzy uznali, że nie da się jednoznacznie wykluczyć bądź potwierdzić żadnej z dwóch wersji wydarzeń. Problem w tym (co później wytknął sąd), że biegli dostali do analizy kopie akt, w których znajdowały się nieczytelne protokoły oraz zupełnie nienadające się do oglądania kserokopie zdjęć dokumentujące obrażenia Grzegorza Zdunka. Co więcej, prokuratura nie przesłuchała kilkorga kluczowych świadków. Jeden z nich to kwiaciarka, która pomagała Zdunkowi wezwać pogotowie. Podczas przesłuchania stwierdziła, że nie miał żadnych obrażeń. - Przecież gdybym był wcześniej pobity, lekarze z pogotowia, którzy przyjechali do żony, zwróciliby na to uwagę - mówi dziś Zdunek.

Od stoiska z kwiatami do jego bloku idzie się dosłownie chwilę. Po telefonie na pogotowie wrócił natychmiast do mieszkania. Zaraz po nim dotarli ratownicy, chwilę później policja. Jeśli ktoś go tak dotkliwie pobił, to musiało się to stać w ciągu minuty. Czy tak skatowany dotarłby o własnych siłach do mieszkania? Czy żaden z ratowników by tego nie zauważył?

Alkohol znieczula ból

Po wytknięciu uchybień przez sąd prokurator uzupełnił materiał dowodowy. Przesłuchał świadków, sporządził szkic mieszkania, dostał nową opinię biegłych lekarzy. Ci napisali: "Brak jest dowodów, aby przed interwencją policji Grzegorz Zdunek posiadał ślady świeżych obrażeń. Biorąc zatem powyższe pod uwagę, najprawdopodobniej do powstania stwierdzonych u Grzegorza Zdunka obrażeń (...) doszło podczas interwencji policji w dniu 11.01.2009 r.".

Ale prokuratura znów umorzyła śledztwo. Prok. Michał Mistygacz, podobnie jak jego koleżanka, napisał, że Zdunek jest niewiarygodny, bo był pijany. Poza tym "nie można wykluczyć", że obrażeń doznał wcześniej, a stan upojenia alkoholowego znieczulał ból. Do głównego wniosku z opinii biegłych lekarzy, czyli tego, że pobicie przez policjantów jest prawdopodobne, prokurator nie odniósł się nawet jednym zdaniem.

Wszyscy policjanci nadal pełnią służbę, dwóch wciąż na Mokotowie, dwóch kolejnych przeniosło się do innych komend. - Przeciwko tym funkcjonariuszom nie prowadzono postępowań dyscyplinarnych, a jedynie wyjaśniające - mówi nadkom. Magdalena Bieniak z mokotowskiej komendy. To oznacza, że nikt nie został ukarany.

Paweł A., jeden z czworga oskarżanych przez Zdunka funkcjonariuszy, ma przed sądem jeszcze jedną sprawę. Jest oskarżonym w głośnym procesie "o połamane nogi", o którym kilkukrotnie informowaliśmy na łamach "Gazety". W grudniu 2007 r. dwóch stołecznych taksówkarzy, po interwencji policjantów, w której brał udział Paweł A., opuściło komendę z nogami w gipsie. Tam też prokuratura nie postawiła zarzutów mundurowym i sami pokrzywdzeni musieli złożyć w sądzie subsydiarny akt oskarżenia. Wyrok jeszcze nie zapadł.

Zrobił się ze mnie wrak

- Po wizycie policji ten człowiek został inwalidą - podkreśla mec. Henryk Szulejewski.

- Przed tym pobiciem wszystko było ze mną w porządku. Przede wszystkim miałem śledzionę - mówi Grzegorz Zdunek. - Teraz mam problem z kręgosłupem, przepuklinę pooperacyjną. Nie mogę pracować, bo kto mnie przyjmie do roboty w takim stanie? Chodzę o lasce. Śmieci to jeszcze wyniosę, ale gdzieś dalej to tylko z kimś. Wrak człowieka się ze mnie zrobił. Nigdy wcześniej nie widziałem tych policjantów. Nie znaliśmy się. Nie wiem, co do mnie mieli. Zresztą niewiele mówili, tylko lali w mordę. Po prostu wzięli prawo w swoje ręce i od razu postanowili wymierzyć karę. Tylko że to była kara za coś, czego nie zrobiłem.

Śledztwo w sprawie ugodzenia nożem Haliny Gorzelak prokuratura umorzyła. Uznała, że nie zrobił tego Grzegorz Zdunek.

Komentarze (8)
Policjanci zrobili z niego inwalidę? "Lali mnie po mordzie"
Zaloguj się
  • maximus9044

    Oceniono 18 razy 18

    "Prokurator wziął to na poważnie. Polecił biegłym sprawdzić, czy obrażenia, jakie miał Zdunek, nie pochodzą od upadku z dużej wysokości."?!
    Jedno się ciśnie na usta!!!! Idiota!

  • kain_brat_abla

    Oceniono 21 razy 15

    Policjant = bandyta w mundurze

  • rezo1984

    Oceniono 6 razy 6

    Przecież to jest k***a jakaś niedorzeczność ! Jak niby miał się rzucić z nożem na "biednych" policjantów, skoro był skuty ?! I w dodatku żaden z niezawisłych sądów nie wziął pd uwagę tego, że w dowodach nie było żadnego noża ? Przecież to jest świadome krycie sprawców pobicia. Chłopaków poniosło, ale już nie są na tyle "twardzi" by za to wziąć odpowiedzialność Jesteśmy chronieni przed bandytami przez bandytów. Paranoja ;(

  • fujujama

    Oceniono 6 razy -6

    To charakterystyczne dla wszystkich rządoów obywateli niezadowolonych z takich rządow.Policja jest tylko wykonawcą rządowych represji.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX