Proces po latach. Prokurator żąda po pół miliona dolarów [WIDEO]

Po pół miliona dolarów domaga się prokurator dla każdej z rodzin Ukraińców, których dwadzieścia lat temu zastrzelono w Cedzynie. Od strzałów w głowę zginęli wtedy młoda kobieta i dwóch mężczyzn. W poniedziałek na ławie oskarżonych kieleckiego sądu siadł mężczyzna skazany już wcześniej na dożywocie. Za zabójstwo właścicieli kantorów.
- Miałem 16 lat, kiedy to się stało, nie wierzyłem, że ta sprawa się kiedyś wyjaśni. Teraz jestem przekonany, że będzie sprawiedliwy sąd i wyrok - powiedział dziennikarzom Ilia Szczerbyn, syn jednego z mężczyzn zamordowanych dwadzieścia lat temu w lesie w podkieleckiej Cedzynie.

Sędziów sądu okręgowego czeka jednak nie łatwe zadanie. Po dwóch dekadach od zbrodni muszą ustalić, co dokładnie wydarzyło się 21 września 1991 roku.

Fakty są takie. Z zimną krwią zastrzelono wówczas troje handlarzy z Ukrainy, 24-letnią kobietę oraz jej dwóch towarzyszy: 40 - i 41-letniego. By zatrzeć ślady sprawcy spalili ich moskwicza. Nie ma jednak naocznych świadków zbrodni, a oskarżony o potrójne zabójstwo Tadeusz G. milczy. - Ja tego nie zrobiłem, nie było mnie tam, ta sprawa jest zmanipulowana - mówił w śledztwie.

Oskarżony to oficjalnie 51-letni rolnik z podkieleckiego Górna, właściciel dziewięciohektarowego gospodarstwa, w którym m.in. uprawiał truskawki. Rozwodnik, ojciec dwójki dzieci. Ale ma też drugie oblicze - bezwzględnego zabójcy. To on uznawany jest za mózg gangu, który kilka lat temu mordował właścicieli kantorów w całej Polsce. Krakowski sąd skazał go za to na dożywocie. I to właśnie jeden z członków tego gangu, który poszedł na współpracę z policją, naprowadził śledczych na trop niewyjaśnionej przez lata zbrodni w Cedzynie.

Jacek P. zajmował się bowiem bronią, którą dysponował gang. Pamiętał, jak na początku lat 90. przerabiał berettę z której strzelano do ofiar w Cedzynie. Mordercy przed zabójstwem brutalnie zgwałcili 24-letnią Natalię P., a zabezpieczony wówczas materiał genetyczny okazała się zgodny z DNA Tadeusza G. - Przecież zgwałcenie to rzecz nieludzka, ja miałem wtedy żonę, syna, nie miałem potrzeby nikogo gwałcić - mówił w śledztwie oskarżony. Twierdził też, że został pomówiony przez Jacka P.

W poniedziałek na jego proces przyjechały do Polski rodziny osób zamordowanych w Cedzynie. Opowiadali, że tragicznie zakończona wyprawa ich bliskich była ich pierwszą podróżą do Polski. Sędzia Adam Kabziński pytał pokrzywdzonych, jak bardzo ta zbrodnia zmieniła ich życie.

- Mama musiała iść do pracy, ja musiałem przerwać technikum i też pracować, bo nie mieliśmy się z czego utrzymać. Miałem wtedy jeszcze małą siostrę - mówił 36-letni dziś syn jednego z zamordowanych. Jego ojciec był sportowcem, odnosił sukcesy w boksie. - Gdyby został zaatakowany na pewno podjąłby walkę. On i jego przyjaciel byli odważnymi ludźmi - podkreślał w poniedziałek. Z analizy kryminalistycznej wynika, że obaj mężczyźni najpierw bronili się czym mogli przed napastnikami, potem zostali zastrzeleni.

Bliscy ofiar pytali sąd jak mogą domagać się zadośćuczynienia za śmierć swoich bliskich. Po konsultacjach z prokuratorem złożył on w ich imieniu wniosek o zasądzenie dla każdej z rodzin tak zwanej nawiązki. Po pół miliona dolarów, czyli ponad 1,5 miliona złotych.

Tadeuszowi G. grozi 25 lat więzienia. W momencie zbrodni najwyższym wyrokiem nie było bowiem dożywocie, tylko kara śmierci, choć już wtedy jej nie wykonywano. A ponieważ kary śmierci już nie ma, drugą co do wysokości ówczesną karą za morderstwo było właśnie 25 la więzienia.

Na ławie oskarżonych w tej sprawie powinien zasiadać także wieloletni kompan Tadeusza G. z półświatka. Na udział Stanisława T. w zbrodni także wskazały badania DNA. Mężczyzna sam wydał na siebie wyrok. W lutym powiesił się w celi aresztu w Piotrkowie Trybunalskim.

Następna rozprawa 12 grudnia.

agnieszka.drabikowska@kielce.agora.pl

Więcej o: