Zagubiony zabijaka

Maja Staniszewska
2010-01-28 , aktualizacja: 29.01.2010 02:47
A A A Drukuj
Brutalno-liryczne kino z kilkoma fałszywymi nutami - "Moja krew" Marcina Wrony z wyróżnionym Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego Erykiem Lubosem dziś trafia do kin
Eryk Lubos w filmie
Fot. HAGI
Eryk Lubos w filmie "Moja krew"
Filmy
>> Film dla psów

Igor jest dobrym bokserem, ma szanse na wielką karierę. Przerywa ją choroba. Trener zakazuje mu wejścia na ring. Pozbawiony boksu mężczyzna odkrywa, że wokół niego panuje pustka. Wypełnia ją jak potrafi: imprezuje, ćpa, sypia z prostytutkami. Bladym świtem budzi się z pijackiego widu w tramwaju pełnym Wietnamczyków, jadącym na Stadion Dziesięciolecia. I tam wpada mu w oko Yen Ha (jaskółka i rzeka). Idzie za nią do jednego z licznych stadionowych barów i proponuje układ - urodzisz mi dziecko, ja ci dam obywatelstwo i zostawię wszystko, co mam. Umowa typowo handlowa, z czasem przechodzi w coś wznioślejszego, by jednak z hukiem spaść na ziemię.

"Moja krew" ma kilka błysków, ale całość brzmi fałszywie. Najpierw o błyskach. To bardzo estetyczny film. Dopracowany, ładnie skomponowany. Eryk Lubos jest stworzony do roli Igora, nie tylko dlatego, że sam boksuje, lecz także ma w sobie tę dzikość i nieokrzesanie, które tutaj są niezbędne. Po raz pierwszy w polskim kinie można zobaczyć Wietnamczyków, którzy w Warszawie stworzyli własny świat, ale żyją wśród nas i zmieniają nas trochę. Marek Piotrowski w roli trenera to wspaniały ukłon w stronę wszystkich fanów boksu, a dla tych, którzy sportem się nie interesują, okazja do poznania ciekawej postaci, która zasługuje na własny film (powstał o nim dokument "Wojownik", ale życiorys Piotrowskiego to gotowy, wciągający scenariusz).

A co do fałszywych nut: ten film jest bardzo chłopięcy, niestety nie w stylu Jacka Borcucha, który we "Wszystko, co kocham" z sentymentem wraca do własnych lat szczenięcych i daje publiczności miłe ciepełko. Marcin Wrona pokazuje raczej szczeniackie marzenie - móc kłaść innym po mordzie i jeszcze na tym zarabiać, prowadzić nocne życie, za nic nie odpowiadać, a kiedy koniec zajrzy w oczy, znaleźć uległą Azjatkę i pozostawić po sobie ślad. W bardzo pierwotnym sensie. Reżyser każe mi przejmować się losami brutala i prostaka, który w obliczu śmierci poczuł strach. Ale Igor nie budzi współczucia, a jego stuprocentowy samczy egoizm odrzuca. Coś próbuje naprawić, coś próbuje zrozumieć, komuś chce pomóc, ale pobudki, z jakich to robi, styl, w jakim to czyni, są fatalne. W boksie można wygrać przez nokaut, można też na punkty. Igor jest stanowczo zwolennikiem pierwszej metody. I w boksie, i w życiu.

>> Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Podziel się

Jesteśmy na Facebooku! Lubisz nas?