Czy masoni pili wino z ludzkich czaszek?

Maja Staniszewska
2010-01-26 , aktualizacja: 27.01.2010 12:20
A A A Drukuj
Przeczytaliście z zapartym tchem "Kod Leonarda da Vinci", a następnie pochłonęliście "Anioły i demony"? "Zaginiony symbol", nowa książka Dana Browna, która w środę trafi na półki księgarskie, jest zatem tym, na co czekaliście. Miłośnikom prawdziwej literatury dziękujemy
Prawie pół roku musieliśmy czekać na polską premierę najnowszej powieści Dana Browna, człowieka, który zaczarował prawie dwa miliony Polaków i 200 mln czytelników na całym świecie książkami pełnymi zagadek i spisków. "Zaginiony symbol" już ma status najszybciej sprzedającej się w historii książki dla dorosłych (ponad milion egzemplarzy pierwszego dnia i dwa miliony po tygodniu). Zawiera wszystko to, za co czytelnicy na plażach i w komunikacji zbiorowej całego świata pokochali Dana Browna - wartką akcję, liczne tajemnice, ekscytującą mieszankę prawdy i fikcji, nieco zbrodni i wreszcie szczegółowe opisy budynków i dzieł sztuki, które później można zobaczyć podczas wakacyjnej wycieczki. Bohaterem jest oczywiście Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista od symboli. Tym razem Langdon ma do rozwiązania zagadkę w Waszyngtonie. W ciągu 12 godzin będzie musiał wykorzystać całą swoją wiedzę, by uratować przyjaciela, najbardziej wpływowego amerykańskiego masona, uprowadzonego przez wytatuowanego szaleńca.

Czasu jest mało, stron dużo, akcja pędzi więc jak szalona, zagadka goni zagadkę, symbole masońskie mieszają się z nowoczesną nauką, a Langdon znajduje jeszcze chwilę na fascynację Katherine, pracującą nad odkryciem, które zmieni świat. Jednak wbrew masońskiej dewizie ordo ab chao (porządek z chaosu), która pojawia się już na okładce książki, "Zaginiony symbol" to jeden wielki chaos pojęć, epok, mitów i faktów. Kilka ciekawostek o waszyngtońskich zabytkach i amerykańskich ojcach założycielach, dreszczyk emocji w scenie rozgrywającej się w całkowitych ciemnościach i trochę satysfakcji, że część zagadek odkryło się samemu (albo rozczarowania, że okazały się tak proste). Najbardziej zadowoleni z książki Browna powinni być masoni, bowiem kilkadziesiąt milionów ludzi na całym świecie dowiaduje się, że nie są oni demoniczną sekretną sektą rządzącą światem, czczącą mroczne siły. Czy czarna legenda masonów upadnie? Opus Dei udało się dorobić gębę. Ale to zawsze jest łatwiejsze.

Z Bartoszem Szczęsnym, członkiem Wielkiej Loży Narodowej Polski, rozmawia Maja Staniszewska

Czy masoni już rządzą światem, czy dopiero do tego dążycie? I czy nadal spotykacie się na tajemnych rytuałach, podczas których pijecie wino z ludzkich czaszek?

- Władza nad światem musi być strasznie męcząca. Zostawiamy to politykom. Wolimy zmieniać rzeczywistość oddolnie, każdy z braci na własną rękę - udzielając się charytatywnie, tworząc dzieła sztuki, biorąc udział w debatach, pracując na rzecz społeczeństwa. Co do rytuałów, owszem, posiadamy je. Tajemnymi bym ich nie nazwał - w końcu całkiem sporo informacji o nich można znaleźć w książkach i w internecie. Owszem, pijemy wino, jednakże jako naczyń używamy kieliszków. W życiu nie słyszałem, by pito cokolwiek z czaszki. Ale z pewnością dzięki temu zabiegowi literackiemu sprzeda się o parę egzemplarzy książki więcej.

Skąd tyle negatywnych stereotypów o masonach?

- Po pierwsze, człowiek potrzebuje kozła ofiarnego dla uzasadnienia własnych nieszczęść - myślę, że to wyjaśnienie jest szczególnie zasadne w naszym kraju. Zdecydowanie łatwiej jest winą obarczyć małe i praktycznie niewidoczne grono osób, niż otwarcie krytykować tych, którzy posiadają znaczący wpływ na rzeczywistość. Po drugie, znalezienie wroga to stara jak świat praktyka służąca wzmacnianiu tożsamości wewnątrz grup. Po trzecie, każdy, komu zależy na forsowaniu własnej wizji rzeczywistości jako jedynej słusznej, będzie darzył antypatią ruchy mówiące o tolerancji, pluralizmie, równości wyznań i ludzi. Zdarzały się też przypadki osób, które wymyślały najprzedziwniejsze historie na temat masonerii po to tylko, aby zdobyć posłuch i popularność albo zysk.

W nowej książce Dana Browna masoni są nie tylko głównymi, lecz także pozytywnymi bohaterami. Czy może ona zmienić ich postrzeganie?

- Jak wiadomo, książka, aby coś znaczyć, albo musi być na bardzo wysokim poziomie literackim, albo też musi podkoloryzować rzeczywistość tak, żeby stała się intrygująca i zapalała zmysły. Ten ostatni zabieg stanowi główną metodę Dana Browna. Ale jeśli pobudzi ona zainteresowanie czytelników ruchem wolnomularskim i poprawi wizerunek zakonu - jestem zdecydowanie za. Zwłaszcza że w książce też można znaleźć sporo prawdziwych informacji o wolnomularstwie i jego filozofii.

Czy gdzieś w Warszawie jest takie miejsce jak waszyngtoński Dom świątyni położony o kilka przecznic od Białego Domu?

- Pozwolę sobie na uwagę z przymrużeniem oka, że nasza świątynia mieści się w bezpiecznej odległości od polskiego Białego Domu.

>> Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl


Podziel się

Jesteśmy na Facebooku! Lubisz nas?