Nie tylko dla dużych chłopców

Maja Staniszewska
2010-01-14 , aktualizacja: 14.01.2010 16:52
A A A Drukuj
Kiedy miłość miała smak oranżady... "Wszystko, co kocham" to słodka i melancholijna opowieść o wchodzeniu w dorosłość na początku lat 80., kiedy półki były puste, a ludzie sobie bliscy. Pierwszy raz, pierwszy bunt, pierwszy "jabol" - Jacek Borcuch opowiada o świecie, za którym zatęsknił
Jacek Borcuch
Fot. Piotr Janowski / AG
Jacek Borcuch
>> Pies policyjny działa jak broń

Nowy film Jacka Borcucha, wchodzący do kin, to na poły autobiograficzna historia wrażliwego chłopaka, który na początku lat 80. wchodzi w dorosłość, a na drodze do jego szczęścia niespodziewanie staje wielka historia, czyli stan wojenny. W ciągu roku szkolnego licealista Janek (bardzo dobra rola Mateusza Kościukiewicza) bardzo wiele rzeczy przeżywa po raz pierwszy: wielką miłość, seks, żałobę, sukces ze swoim punkowym zespołem, a także poważny bunt, bunt, za który przyjdzie zapłacić nie tylko jemu. W czasach, w których niewiele się dzieje, razem z przyjaciółmi zakłada punkową kapelę, chce wykrzyczeć swoje rozczarowanie światem. Ale wygląda to tylko na pozę, bo na co dzień Janek się nie buntuje. Jest grzecznym chłopcem, który dobrze się uczy, wraca do domu o wyznaczonej godzinie, ma dobre relacje z ojcem-oficerem i ćwiczy grę na pianinie. Wszystko się zmienia, gdy zakochuje się w Basi (Olga Frycz), córce związkowca. Kiedy wybucha stan wojenny, ojciec Janka jest po jednej stronie barykady, a ojciec Basi po drugiej. Po jego aresztowaniu dziewczyna każe Jankowi zniknąć ze swojego życia. W poczuciu wielkiej krzywdy bohater decyduje się na prawdziwy bunt. Kibicuje mu się, bo ma w sobie tyle chłopięcego uroku, że można przymknąć oko na naiwność tej opowieści.

"Wszystko, co kocham" dobrze się ogląda. Młodzi aktorzy (zwłaszcza chłopcy) świetnie sobie radzą, punkowa muzyka dodaje energetycznego kopa po scenach lirycznych ilustrowanych przez Daniela Blooma. Jest też coś nostalgicznego w widoku podwórek, na których przesiadywało się na trzepakach, tarcz szkolnych na rękawach, pustych ulic, na których nie ma korków, i morza, używanego od czasu do czasu jako ilustracja emocji bohaterów. Z kina wychodzi się podniesionym na duchu opowieścią o młodzieńczych uczuciach i z miłym ciepełkiem w okolicy serca, jakie wzbudza wspomnienie siebie z czasów, kiedy było się pięknym i młodym, a miłość miała smak oranżady. Oczywiście pod warunkiem, że jeszcze nie jest się odpornym na chłopięcy urok.

Z Jackiem Borcuchem, reżyserem i scenarzystą filmu "Wszystko, co kocham", rozmawia Maja Staniszewska

Co zrobiłeś Kubie Wojewódzkiemu? Napisał, że pierwszy raz od lat miał łzy w oczach na polskim filmie.

- Zaprosiłem na film. To fajne, prawie anegdotyczne, że taki cynik ma w sobie jeszcze trochę płynów, które może wydalać w czasie filmu. Nie da się kupić takich rzeczy, a tym bardziej u Kuby.

Bohater "Wszystkiego, co kocham" to jakby personifikacja chłopięcego marzenia: mieć własną kapelę, najładniejszą dziewczynę w szkole, kumpla, z którym można pomilczeć, i seksowną sąsiadkę, z którą można stracić cnotę. Takie sąsiadki istnieją?

- Oczywiście. Ten film to prawdziwa historia. Większość tych rzeczy, które w nim są sam przeżyłem albo o nich marzyłem. Co ciekawe, wśród ludzi, którzy film widzieli, powtarzają się głosy, że to też ich historia. "Ja też to przeżyłem, też mieliśmy taką Malenę, która chodziła po podwórku" - mówią.

Mówisz, że to przeżyłeś, ale jesteś młodszy niż twoi bohaterowie. Kiedy wybuchł stan wojenny miałeś 11 lat, a nie 17.

- Scenariusz napisałem dla trzynastolatków i chciałem tak tę historię prowadzić. Problem w tym, że nie mogłem znaleźć takich chłopców. Uświadomiłem sobie, że ich nie znajdę, a nawet jeśli, to film zrobi się bardziej naiwny. Bo jak się ogląda w kinie dzieci, to nakłada się na nie cudzysłów, uruchamia się stereotyp, że to historia dziecięca. Zacząłem zatem ją przepisywać na prawie dojrzałych ludzi, 17-latków. Rzeczy, które im się przydarzają (poza wątkiem miłosnym, który w rzeczywistości miał miejsce ciut później), są prawdziwe.

Grałeś wtedy punk rocka?

- Tak, mam nawet kasety z tamtych czasów, a zaczęliśmy grać na początku 1983 roku. Do dziś zdarza mi się grywać. A muzyka w filmie to są moje korzenie - utwory zespołu "WC", który już nie istnieje, ale był jednym z najważniejszych zespołów punkowych na północy Polski. Pochodzili z Miastka i całe wybrzeże ich słuchało.

Pojawiłeś się w 1999 roku jako aktor w bardzo różnych rolach - w "Długu" i "Na dobre i na złe". Ale szybko to aktorstwo rzuciłeś.

- Najpierw znalazłem się w podwójnej roli na festiwalu w Gdyni: jako aktor w "Długu" i jako reżyser w "Kallafiorrze" - to był mój debiut reżyserski. A "Na dobre i na złe" pojawiło się już później, kiedy bardzo szybko wydałem pieniądze z "Długu", a na "Kallafiorrze" nic nie zarobiłem. Decyzja czysto finansowa. Choć z drugiej strony grałem jednego z pierwszych polskich serialowych homoseksualistów i do dziś najwięcej ludzi z tej roli mnie pamięta, niekoniecznie pozytywnie. Miałem potem propozycje grania, ale aktorstwo przestało mnie interesować. Zdarzają mi się tylko czysto towarzyskie przygody typu "Persona non grata" Zanussiego czy "Ile waży koń trojański" Machulskiego. Nie lubię oddawać się w ręce innych ludzi. Uciekłem stamtąd.

Przeszedłeś na drugą stronę kamery. I "Tulipany", i "Wszystko, co kocham" są do siebie podobne klimatem i budzą podobne uczucia. Ja byłam trochę wzruszona i trochę podniesiona na duchu...

- Mnie się wydawało, że robię kompletnie inny film. Jest jedno, co je łączy - to język opowiadania. No, i emocje. To jest to, co mnie w kinie interesuje. To, dla czego chce się żyć - miłości, tęsknoty. Kino jest od tego, żeby ludzi czarować. W "Tulipanach" konfabulowałem, wymyśliłem sobie starość, bohaterów, wsadziłem siebie w postać graną przez Andrzeja Chyrę, która się konfrontowała ze swoimi rodzicami i ich przyjaciółmi. Tutaj opowiedziałem swoją historię tak, jak ją zapamiętałem. Kiedy jesteś szczery, ludzie to widzą i kategoryzacja "dobry-zły film" staje się nieważna. Ważniejsze jest: "czuję go czy nie".

"Tulipany" to był film o starszych od ciebie, "Wszystko, co kocham" jest o młodszych. Masz w planach coś o równolatkach?

- To brzmi jak zaplanowana strategia, właściwie może jakiś tryptyk powinienem zrobić... Teraz myślę o historii mocno współczesnej, dziejącej się w roku 2010 w Polsce, hiperrealistycznej. Ale jestem na bardzo wstępnym etapie.

Twoje filmy jeżdżą po festiwalach, ale "Wszystko, co kocham" spotkało jak na razie największe wyróżnienie. Dostałeś list od Roberta Redforda z zaproszeniem na jego Sundance, najważniejszy festiwal kina niezależnego na świecie.

- Ten list sprawił, że jak szedłem po wizę amerykańską, to konsul przez pół godziny opowiadał mi, że mieszka niedaleko i jeździ na ten festiwal od wielu lat. To miłe uczucie, że przed polską premierą film ma już zaproszenia na światowe festiwale. Półtora miesiąca temu pokazałem "Wszystko, co kocham" w Korei, właściwie na końcu świata. Okazało się, że budzi tam podobne emocje jak w Polsce. Śmiali się w tych samych momentach, wzruszali w tych samych. To fajne, że w filmie są uniwersalne emocje, które działają na ludzi kompletnie nieznających naszych realiów, naszej historii, którzy nigdy nie słyszeli o stanie wojennym. To, czego się nie spodziewałem, to to, że "Wszystko, co kocham" weźmie największy dystrybutor w Polsce, zrobi prawie sto kopii i wprowadzi go z takim rozmachem, jakby to było "Kochaj i tańcz". To jest dla mnie szok.

"Wszystko, co kocham" Polska 2009 scen. i reż. Jacek Borcuch, wyst. Mateusz Kościukiewicz, Olga Frycz, Andrzej Chyra, Anna Radwan, Katarzyna Herman

Podziel się

Jesteśmy na Facebooku! Lubisz nas?