
Jest ich zatrzęsienie. Muzyczne show - prezentujące tańce irlandzkie, balet albo tango, muzykę gospel, popisy akrobatów i umiejętność grania na wszystkim - podróżują po świecie i ostatnio często zaglądają do Polski. Teraz, w szczycie sezonu, w największych miastach codziennie goszczą rozśpiewane i roztańczone grupy. Przed tygodniem warszawską Salę Kongresową wypełniły tłumy widzów musicalu z piosenkami Michaela Jacksona "Thriller", w środę niemal pełna widownia oglądała "The Merchants of Bollywood" - australijskie show w stylu bollywoodzkich filmów. Show bajecznie kolorowe i błyszczące (tylu cekinów większość widzów nie widziała zapewne w całym swoim życiu) i... z playbacku.
- A Bollywood wcale nie jest najpopularniejszą z naszych propozycji - mówi Agata Łoszewska z agencji Makrokoncert sprowadzającej do Polski najwięcej wędrownych muzycznych show. - Największym hitem jest od kilku lat Moscow City Ballet. Zapraszamy ich już po raz piąty i znów musimy robić więcej przedstawień - opowiada.
Tym razem Rosjanie pokażą "Dziadka do orzechów" i "Jezioro łabędzie". Widzom nie przeszkadza, że wystawia je baletowa trupa, a nie tancerze z któregoś z wielkich teatrów. Komplet w Kongresowej zapewniony, choć bilety kosztują zwykle od 70 do 250 zł.
Kuglarze XXI wieku Dlaczego tak bardzo zachwyca nas to, co znawcy kultury nazywają "rozrywką dla mas"? Wojciech Dudzik z Zakład Teatru i Widowisk Instytutu Kultury Polskiej UW ma na to prostą odpowiedź:
- Od średniowiecza po jarmarkach jeździły trupy kuglarzy, aktorów, śpiewaków. Współcześnie zmieniły się tylko warunki techniczne, a rynek miejski zastąpiła sala widowiskowa. Prezentuje się tam kopie, skróty, fragmenty sztuki wysokiej. Żyjemy w kulturze kopii, oryginałów jest coraz mniej. Ale te widowiska zawsze znajdą widzów, dla których oryginał będzie za trudny albo za drogi, a którzy aspirują do uczestnictwa w kulturze. Ale to coś na kształt relacji między serialem a filmem - mówi profesor.
To wszystko nie przeszkadza Teresie Drzewicz, emerytowanej pielęgniarce i byłej tancerce zespołu Śląsk, która w środę razem z mężem oglądała Bollywood. - Kocham taniec, kocham piękne stroje, kocham teatr, chciałabym tego oglądać jak najwięcej, więc choć bilety były drogie, przyszliśmy - mówi pani Teresa. Maria Jesiołowska, studentka anglistyki, do Kongresowej przyszła kolejny raz. - Połączenie śpiewu i tańca na scenie to coś, co mnie pasjonuje, a nie ma wielu teatrów musicalowych - mówi.
Nam brakuje musicali Rzeczywiście, w Warszawie jest tylko jeden duży teatr muzyczny, Roma - który gra przez całe sezony jeden tytuł - i jeden mały teatr muzyczny, Studio Buffo - którego flagową produkcją od prawie 20 lat pozostaje "Metro" - oraz niezbyt zresztą popularna operetka. Spektakli muzycznych brakuje, co potwierdzają nie tylko widzowie "The Merchants of Bollywood", lecz także Kinga Knapik, kierownik biura obsługi widzów i promocji Gliwickiego Teatru Muzycznego, który przyjedzie w styczniu do Warszawy pokazać swój przebój - "High School Musical on Stage". - Dużo podróżujemy po Polsce, głównie tam, gdzie nie ma teatrów muzycznych. Przyjeżdżamy też często do Warszawy, gdzie największą popularnością cieszą się nasze operetki - mówi. - Nie jest to może sposób na zarobienie pieniędzy, jak w tych międzynarodowych show objeżdżających kulę ziemską, ale na to, żeby się pokazać i... wyjść na swoje - kończy Knapik. Bilety na styczniowe spektakle w Gliwicach już zostały wyprzedane, na te w Warszawie pozostały tylko ostatnie sztuki.